[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Jak innych? - wyszeptała ze zgrozą dziewczyna.
- A pewnie! Den ci nie mówił, że lubimy zapraszać
gości? - uśmiechnęła się jadowicie.
- I zabijacie ich?! Zabijacie ludzi, którym ofiarujecie
gościnę?
- Z czegoś trzeba żyć, nie? Tylko nie wszystkich się
da. Ja mam nosa i wiem, których nie będą szukali. Nie
trzeba głupio narażać domu. Ale jak zobaczyłam, że ten
twój chłop ma dziurę od kuli, to od razu wiedziałam, że
macie jakieś krzywości z władzą i pewnie się nikomu nie
zwierzaliście, gdzie jedziecie. Najlepiej, jakby się sam wy
kończył, od gorączki. Aatwiej by było chłopakom z tobą
pogrywać. Trudno, masz jeszcze chwilę, żeby wziąć się
w garść, bo będziesz musiała ładnie się postarać.
- A po kiego mam czekać? - Nathan był wyraznie
rozczarowany.
- Spokojnie, synku. Jak tylko Den zejdzie i się z nią
zabawi, będzie twoja kolejka.
- Mama, jak rany, czy on zawsze musi pierwszy
kłaść na wszystkim łapę? W zeszłym miesiącu zagar
nął to piękne meksykańskie siodło. To twój pieszczoch
i pozwalasz mu brać wszystko.
- Zamknij jadaczkę! - ofuknęła go matka. - Dobrze
wiesz, że on jest w prawie. Pierwszy ją zobaczył i przy
prowadził tutaj i tak się na nią napalił, że od razu za
mówił sobie pierwszą kolejkę.
Victoria wpatrywała się w panią Miles osłupiała,
niezdolna wykrztusić słowa. Ciągle jeszcze nie mogła
uwierzyć, że ta serdeczna, uczynna kobieta może naj
spokojniej w świecie wydawać ją na pastwę swoich sy
nów.
- Chcesz powiedzieć, że... - z przerażenia rwał się
jej głos - ...że pozwolisz im mnie zgwałcić?
Uśmiech troskliwej mamusi był zimny i bezduszny.
- Taki nasz babski los, kochana.
- Ale jak możesz? Sama jesteś kobietą! I matką!
- Co ja poradzę, że im wpadłaś w oko? - powie-
działa gospodyni, wzruszając ramionami. - Jak się ra
no kąpałaś, to za cholerę ich nie mogłam upilnować,
tak się gapili przez tę szparę. A ze mnie dobra matka.
Jak synki chcą, to wszystko musi być. Nie myśl sobie,
gorsze rzeczy robiłam, żeby tylko chłopaki były szczę
śliwe i nie poszły z domu.
Victoria zadrżała ze zgrozy. Ta kobieta była wcielo
nym złem. Jak mogła dać się nabrać na jej dobrodusz-
ność? Jak strasznie była łatwowierna! Bezradna i prze
rażona chorobą Slatera, z ufnością przyjęła pomoc, nie
zwracając uwagi na podejrzane oznaki.
Pani Miles dostrzegła jej mimowolny dreszcz i za
śmiała się złowieszczo.
- Nie martw się - pocieszyła ją obłudnie. - Nie za
bijemy cię, nawet jak chłopcy się tobą znudzą. Taka śli
cznotka jak ty to prawdziwy skarb. Każdy chłop, któ
rego tu zwabimy, z ochotą wezmie cię do łóżka.
Tym razem lęk ustąpił przed zimną wściekłością.
Dziewczyna wyprostowała się dumnie, patrząc swojej
przeciwniczce prosto w oczy.
- Jeśli myślisz, że będą mnie mieli, to grubo się my
lisz - powiedziała twardo i nieulękle. - Są gorsze rze
czy niż śmierć.
- No chyba! Już Den będzie wiedział, jak cię wytre
sować. Będziesz mu jadła z ręki, prędzej czy pózniej.
- Niedoczekanie! Spróbujcie mnie tylko tknąć, a po
żałujecie!
- Mocne słowa, damulko.
- To nie tylko słowa. Wiecie, kogo zabiliście? Kapi
tana Slatera, teksańskiego zwiadowcę! Wojsko nie spo
cznie, dopóki nie odszuka jego morderców. Dotychczas
wam się udawało, ale teraz was dopadną!
- Ehe, gadaj zdrowa - prychnął Nathan. - Jak on
jest teksański zwiadowca, to ja jestem generał Jackson!
- Ciekawe - dobiegł ich nagle kpiący głos. - Nie
wiedziałem, że Stonewall Jackson jest tak obrzydliwy
i głupi.
Jak na komendę odwrócili się i spojrzeli w górę. Sla
ter stał w połowie schodów. Twarz miał upiornie bladą
i jedną ręką kurczowo ściskał poręcz, ale drugą ze
śmiercionośnego colta celował prosto w panią Miles.
- Slater! - krzyknęła Victoria bez tchu.
- Co, kochanie? - uśmiechnął się. - Chyba nie my
ślałaś, że dam się zabić takiej nędznej kreaturze, nawet
na łożu boleści?
- Powinnam wiedzieć... - westchnęła dziewczyna
z ogromną ulgą.
- A teraz, synku - głos mężczyzny miał twardość
stali - jeśli nie chcesz, żebym zrobił krzywdę twojej
ukochanej mamusi, puść pannę Stafford.
- Mamo? - młody człowiek spojrzał niepewnie na
matkę. Broda zaczęła mu drgać, jak dziecku, które za
raz się rozpłacze.
Pani Miles zimno popatrzyła w oczy Slatera.
- Zrób to, Nate.
- Mądra decyzja.
Uścisk zelżał i Victoria wyrwała się błyskawicznie.
Korzystając z zaskoczenia, dopadła karabinu Slatera,
stojącego w kącie, sprawdziła, czy jest naładowany,
i wycelowała go w Nathana, przezornie usuwając się
z linii ognia. Choć jakimś cudem choremu udało się za
strzelić Dennisa, wiedziała, że nie będzie w stanie dłu
go trzymać tych dwojga na muszce. W każdej chwili
mógł zemdleć.
- Aebska z ciebie dziewczyna - stwierdził z uzna
niem, błogosławiąc w duchu jej zimną krew.
- Gdzie Dennis? - w głosie pani Miles pojawił się lęk.
- Jeśli masz na myśli tego słodkiego chłoptysia, któ
rego posłałaś, by mnie zabił, to leży na podłodze z kulą
między oczami - wyjaśnił uprzejmie Slater.
- Nie! Niee! - krzyknęła rozpaczliwie. - Tylko nie
mój chłopak! Nie Denny!
Zaskoczyła ich, jednym skokiem rzucając się do sto
jaka z bronią. Błyskawicznie przyłożyła strzelbę do ra
mienia i wycelowała w Slatera.
Victoria była zbyt oszołomiona, by zrobić cokol
wiek, ale w ułamek sekundy pózniej, widząc, że Slater
się waha, strzeliła. Huk wystrzału zmieszał się z jękiem
pani Miles, która padając, zdążyła jeszcze nacisnąć
spust. Kula uderzyła w stopień poniżej Slatera.
Cała trójka zamarła, wpatrując sie w znieruchomiałe
ciało. Pierwszy ocknął się zwiadowca.
- Wielki Boże - Victoria ledwie dosłyszała jego głos.
Patrzył prosto na nią. - Uratowałaś mi życie. Wahałem
się. Nigdy nie strzelałem do kobiety.
Krew odpłynęła dziewczynie z twarzy. Oczy miała
ogromne, przerażone.
- Ja też - wyszeptała ze ściśniętym gardłem.
Powoli zszedł ze schodów i otoczył ją ramieniem.
Przytuliła się do niego z wdzięcznością. Czuła mdlący
ucisk w żołądku. Wiedziała, że nigdy nie zapomni
oszalałych oczu tej kobiety, podnoszącej broń do strza
łu, ani czerwonej plamy rozkwitającej na jej piersi, kie
dy osuwała się na podłogę. Zabiła człowieka. Wstrząs
nęły nią dreszcze. Opiekuńcze ramię objęło ją mocniej.
Mężczyzna czule musnął wargami jej włosy.
- Wszystko będzie dobrze - szepnął.
- Mamo? - odezwał się wreszcie Nathan. - Mamo? -
zawołał cicho i rzucił się na leżącą bez ruchu postać. -
Nie, mamo, nie, nie możesz mnie opuścić! - zawodził,
szarpiąc bezwładne ciało. - Co teraz zrobię? Co ja zrobię?
Slater patrzył na tę scenę z mieszaniną niesmaku i li
tości. Podszedł, wyjął strzelbę ze sztywniejących rąk pani [ Pobierz całość w formacie PDF ]