[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zaprzeczyłam wyraznie ruchem głowy i czmychnęłam do swego pokoju.
Właściwie to chciałam się zakopać w łóżku i w spokoju wypłakać, ale tego nie
zrobiłam. Myślałam, że zamiast tego pójdę do łazienki, napuszczę pełną wannę pienistej
wody i spokojnie, dokładnie się umyję, lecz także tego nie zrobiłam. Chciałam krzyczeć,
wpaść do piwnicy i szukać rzeczy mojej zmarłej Mamy, ale do tego również nie potrafiłam
się zabrać. Stałam w kompletnym bezruchu, nie robiąc absolutnie nic.
Wsłuchiwałam się ze strachem w samą siebie, zastanawiając, czy znowu nie daje o
sobie znać śpiączka? Ale przecież ja nie byłam śpiąca - tylko smutna.
Smutna, smutna, smutna.
Stałam w pokoju z opuszczonymi rękami i zapłakanymi oczami, czując jak
bezgraniczny smutek wypełnia każdą cząstką mojego przemarzniętego ciała.
W pewnej chwili do pokoju weszła Roswitha i potrząsnęła moim ramieniem.
- Hannah, zbzikowałaś do reszty? - krzyknęła, a jej głos brzmiał jednocześnie
szaleńczo i lękliwie.
- Hannah, czy ktoś ci coś zrobił? Jesteś ranna? Czy ktoś cię...? - Przygryzała wargi,
przyglądając mi się zaniepokojona.
- Hannah, rozbierz się, rzeczy są mokre i cała lepisz się z brudu, jeszcze się czegoś
nabawisz... - wymamrotała w końcu. A potem zdjęła ze mnie ubranie jak z nieruchomego
manekina z witryny sklepowej. Zerwała ze mnie bluzkę, spódnicę oraz ściągnęła sandały.
Wreszcie zaprowadziła mnie do łazienki, odkręciła prysznic i ustawiła pod strumieniem
wody. Potem podeszła do drzwi. - Babcia przyjdzie za pół godziny. Zabierze cię na służbę
głosicielską na ulicę, pospiesz się więc trochę. Musisz przecież jeszcze coś zjeść.
Stojąc w bezruchu wlepiłam wzrok w Roswithę.
- No, zasuń drzwi od kabiny, bo wszystko zaraz będzie mokre - zezłościła się już.
- Chyba nie chcę iść na służbę głosicielską - powiedziałam.
- Czego nie chcesz? - zapytała zbita z tropu, marszcząc czoło jak ktoś, komu urwał się
wątek.
- Nie chcę iść na służbę głosicielską. Nie chcę z siebie robić pośmiewiska. Może w
ogóle Boga nie ma, a ta cała gadanina o Jehowie to bzdura. A może ja wcale nie chcę żadnego
Boga, który...
Dalej nie mogłam już nic powiedzieć, gdyż Roswitha z całej siły uderzyła mnie prosto
w twarz.
- Hannah! - krzyknęła przerażona. Wlepiłyśmy w siebie wzrok.
- Dobry Boże, pomóż mi - wyjąkała wreszcie, kiedy woda z prysznica opryskiwała ją
przez dłuższą chwilę. Aazienka pływała.
Wyszłam spod prysznica, cała drżąc, a Roswitha zaczęła się głośno modlić. Po chwili
usłyszałam dzwonek do drzwi. Macocha poszła je otworzyć. - Hannah jest...! - krzyknęła
rozgniewana. Stałam w płaszczu kąpielowym w ciepłej łazience i nasłuchiwałam. - ...jest...
jeszcze niegotowa - dokończyła zdanie trochę ciszej, zadając sobie wiele trudu, aby
zabrzmiało spokojnie i zwyczajnie. Jednakże po jej głosie domyśliłam się, że się wyjątkowo
nie uśmiechała podczas rozmowy. Dziwne, że można poznać, kiedy ktoś się uśmiecha,
przynajmniej w przypadku Roswithy dało się to usłyszeć. Odpowiedzi babci nie dosłyszałam,
gdyż obie zamknęły się w kuchni. Powoli otworzyłam drzwi od łazienki i poszłam do swego
pokoju, aby się ubrać. Bluzka, którą przygotowała mi Roswitha, nie była taka zła, biała,
zwyczajna, a przynajmniej prosta i bezpretensjonalna. Czarne rajstopy także były w porządku,
tylko niebieska spódniczka wyglądała okropnie. Uszyta z trzech falban, zwisała mi nieładnie
do kolan. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze przygnębiona, czując się jak groteskowy
strach na wróble. Nigdy, nigdy, przenigdy nie zakocha się we mnie żaden chłopak taki jak
Paul. Powinnam być zadowolona, że się ze mnie nie naśmiewa, jak niektórzy z klasy.
- Hannah, jesteś już gotowa? Babcia czeka! - krzyknęła Roswitha z kuchni.
- Nie, nie jestem, ponieważ nie chcę iść - wyszeptałam do siebie bezdzwięcznie.
- Tak, już idę - odpowiedziałam głośno ze wstrętem. Kiedy zbierałam się powoli do
wyjścia, mój wzrok padł na stary, od dawna stwardniały na kamień piernik w kształcie serca,
który dostałam ongiś, przed wielu laty, w prezencie od Roswithy, który sprawił, że ją
pokochałam, zapominając o moje Mamie.  Ukochanej .
Smutna wlepiłam w niego wzrok, a potem uderzyłam w niego pięścią. Zrobiłam to z
umiarem, ponieważ za ścianą, na której wisiał, znajdowała się kuchnia, a w niej czekające na
mnie Roswitha i jej matka. Powieszone na gwozdziu serce z piernika kołysało się
jednostajnie, tylko różowy lukier pokruszył się pod moją pięścią.  Ukochanej rozsypało się
w różowy proszek, osadzający się brzydko na szpicu serca, w folii, w którą opakowany był
piernik. Gapiłam się przerażona, czując się jeszcze gorzej niż przedtem.
Potem wyszłyśmy z domu.
Ustawiłyśmy się na brzegu pasażu, na rynku przed ratuszem.
- Nie rób takiej niezadowolonej miny, Hannah - zwróciła się do mnie babcia, podając
mi torbę z czasopismami.
Zawzięcie rozmyślałam o Paulu, całującej się parce nad parkowym stawem,
zabronionej sztuce teatralnej pani Winter i o wielu kłamstwach, do których się uciekałam w
ostatnich dniach.
- Stój prosto i nie trzymaj czasopism w takim nieładzie - wycedziła babcia, rzucając na
mnie srogie spojrzenie.
Mnóstwo ludzi przechodziło koło nas.
Zadałam sobie wiele trudu, żeby się zachowywać jak zazwyczaj. Spojrzałam
ukradkiem na babcię, znowu była gotowa zatopić się w swojej bezdzwięcznej rozmowie z
naszym Panem i nie zwracała na mnie więcej uwagi.
Zdrętwiały mi nogi, a także poczułam na nowo przenikliwy ból głowy, którego [ Pobierz całość w formacie PDF ]