[ Pobierz całość w formacie PDF ]

zdolne przez ponad dekadę oddawać uwięziony uprzednio blask słońca. W mdłej poświacie
Morgan ujrzał obraz kojarzący się z czasami dawnych wojen: oto bezdomni uciekinierzy ze
zburzonego pociskami miasta szukają schronienia przed bombami, zrozpaczeni tulą do piersi
kilka drobiazgów ocalonych z dorobku całego życia... Wrażenie psuły dekoracje, ostatecznie
niewielu pogorzelców nosiło kiedykolwiek torby z napisami DZIAA PLANOWANIA,
LUNAR HOTEL CORPORATION, WAASNOZ FEDERALNEJ REPULIKI MARSA czy
też z zupełnie unikalnymi nalepkami, jak MO%7łE/NIE MO%7łE BY SKAADOWANE W
PR%7łNI. Ofiary wojen nie potrafiły też zwykle okazywać tak żywiołowej radości, nawet ci
leżący na podłodze uśmiechali się i machali rękami. Morgan ledwie zdołał im odpowiedzieć,
gdy nogi ugięły się pod nim i wszystko pociemniało. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się
zemdleć i kiedy łyk czystego tlenu przywrócił mu przytomność, przede wszystkim odczuł
zakłopotanie. Odzyskując ostrość spojrzenia, ujrzał pochylone nad nim twarze w maskach.
Przez chwilę pomyślał, że może jest już w szpitalu, ale po chwili wróciło także poczucie
rzeczywistości. Widać przenieśli cały bezcenny ładunek nie czekając, aż się ocknie.
Wszyscy mieli już na twarzy przywiezione pająkiem molekularne maski odławiające
cząsteczki dwutlenku węgla, a przepuszczające tlen. Zakrywały nos i usta; zasada ich
działania była bardzo prosta, chociaż wymagały dość złożonego procesu produkcyjnego.
Pozwalały przetrwać człowiekowi w atmosferze powodującej normalnie błyskawiczne
zatrucie. Trzeba było wprawdzie nieco się napracować, by zaczerpnąć w takiej masce
oddechu, ale zawsze jest coś za coś, a to była raczej niewielka cena.
Nieco chwiejnie, ale nie chcąc przyjąć żadnej pomocy, Morgan wstał i został zaraz
przedstawiony wszystkim, których uratował. Jedno go wciąż niepokoiło: czy w trakcie utraty
przytomności czujnik milczał, czy wręcz przeciwnie? Nie miał ochoty wzbudzać niczych
podejrzeń, wszelako...
- W imieniu nas wszystkich - powiedział profesor Sessui głosem znamionującym
zarówno szczerość, jak i niechęć do bycia kiedykolwiek wdzięcznym komukolwiek za
cokolwiek - chcę podziękować panu za to, co pan zrobił. Uratował nam pan życie.
Jakakolwiek logiczna odpowiedz zatrąciłaby fałszywą skromnością, zatem Morgan
poprawił tylko maskę i wymamrotał kilka możliwie nieartykułowanych słów. Zamierzał
zabrać się do sprawdzania przywiezionego pająkiem ekwipunku, gdy profesor Sessui dodał
zakłopotanym tonem: - Obawiam się, że nie możemy zaproponować panu żadnego krzesła.
Przepraszam, ale to wszystko co mamy. - Wskazał na kilka ustawionych w stertę pudeł z
przyrządami badawczymi. - Chyba powinien pan spocząć.
To ostatnie zabrzmiało prawie jak kwestia wypowiedziana przez czujnik. Morgan z
zakłopotaniem przyjął do wiadomości, że oni już chyba wiedzą. Parę sekund milczenia
potwierdziło jego domysły. Morgan pomilczał jeszcze chwilę, aby i oni dowiedzieli się, że on
wie, co oni wiedzą. Ostatecznie wszyscy poczuli się w pełni doinformowani, chociaż nikt nie
miał najmniejszego zamiaru kiedykolwiek wspomnieć o tym głośno.
Morgan odetchnął kilka razy głęboko (zdumiony, jak szybko przywykł do maski) i
siadł na wskazanych skrzynkach. %7ładnego omdlewania, pomyślał z determinacją. Dać im co
trzeba, i zmykać stąd jak najszybciej, zanim czujnik znów się odezwie.
- Tutaj macie pojemnik uszczelniacza - powiedział, wskazując na najmniejszy z
ładunków. - To powinno załatwić przeciek powietrza. Natryskajcie go wokół framugi śluzy,
twardnieje w kilka sekund. Z tlenu korzystajcie tylko w razie konieczności, najlepiej będzie
się zdrzemnąć. Masek z filtrami jest dość dla wszystkich, jest nawet parę zapasowych. Tu jest
żywność na trzy dni, starczy aż nadto. Transporter z dziesiątego tysiąca powinien dotrzeć do
was jutro. I jeszcze apteczka, ale mam nadzieję, że tego akurat nie potrzebujecie.
Przerwał dla zaczerpnięcia oddechu; w masce jednak niełatwo się mówiło, a Morgan
czuł coraz wyrazniej, że powinien oszczędzać siły. Ci tutaj powinni zająć się sobą, ale zostało
jeszcze jedno. Im szybciej się z tym upora, tym lepiej.
Morgan odwrócił się do operatora Changa.
- Proszę pomóc mi nałożyć skafander. Muszę obejrzeć prowadnice.
- Ale pan ma skafander z rezerwą tylko na trzydzieści minut!
- Wystarczy mi dziesięć, góra piętnaście.
- Doktorze Morgan, w odróżnieniu od pana jestem wykwalifikowanym operatorem
urządzeń działających w stanie próżni. Nikt nie ma prawa wychodzić w otwarty kosmos
mając jedynie trzydzieści minut rezerwy, bez zestawu zapasowego lub przewodu zasilającego.
Wyjątki są dopuszczalne jedynie w sytuacjach nagłych zagrożeń. Morgan próbował zdobyć
się na uśmiech. Chang miał rację, bezpośrednie zagrożenie zaś minęło. Jednak w ostatecznym
rozrachunku to główny inżynier określał, co jest, a co nie jest zagrożeniem.
- Chcę sprawdzić skalę zniszczeń - odparł. - I skontrolować prowadnice. Szkoda by
było, gdyby ekipa z dziesiątego tysiąca nie mogła do was dotrzeć za sprawą jakiejś
nieprzewidzianej przeszkody.
Changowi wyraznie się to nie podobało (co ten plotkarski czujnik wychłapał, gdy
Morgan był nieprzytomny?), ale nie sprzeciwiał się już, gdy Morgan skierował kroki do
północnej śluzy.
- Nie było więcej kłopotów z profesorem? - spytał jeszcze przed zasunięciem wizjera. [ Pobierz całość w formacie PDF ]