[ Pobierz całość w formacie PDF ]

pózniej obejrzeć dom, czy przejść się po domu przed herbatą.
Nie byłem przygotowany na herbatę, gdyż moja wizyta odbywała się o piętnastej trzydzieści, ale
zaproponowałem, że może najpierw zwiedzę dom.
Oprowadziła mnie, szczebiocząc z ożywieniem prawie cały czas i w ten sposób zwalniając mnie z
wypowiadania jakichkolwiek opinii na temat architektury.
Szczęśliwie się złożyło - mówiła - że przyszedłem teraz. Dom został wystawiony na sprzedaż. "Jest
za duży dla mnie po śmierci męża". Chyba znalazł się już kupiec, choć agenci mają go w swych
księgach zaledwie od tygodnia.
- Nie chciałabym, żeby oglądał go pan, kiedy będzie pusty. Uważam, że dom musi być zamieszkany,
jeśli ktoś rzeczywiście go ocenia, prawda?
Wolałbym widzieć ten dom nie zamieszkany i nie umeblowany, ale naturalnie nie mogłem tego
powiedzieć. Zapytałem ją, czy zamierza pozostać w sąsiedztwie.
- Naprawdę nie wiem. Chcę trochę podróżować. Pojechać gdzieś, gdzie jest słońce. Nienawidzę tego
ohydnego klimatu. Obecnie myślę o spędzeniu zimy w Egipcie. Byłam tam przed dwoma laty.
Cudowny kraj, ale sądzę, że pan to wszystko wie.
Nie wiedziałem niczego o Egipcie i powiedziałem to.
- Przypuszczam, że jest pan skromny - odparła wesoło i wymijająco. - To jest jadalnia. Jest
ośmiokątna. To dobrze, prawda? Prawie nie ma kątów.
Odparłem, że ma zupełną rację, i pochwaliłem proporcje.
Zakończywszy rundę po domu, wróciliśmy do bawialni i pani Tuckerton zadzwoniła po herbatę.
Wniósł ją ten sam zaniedbany służący. Ogromny, wiktoriański, srebrny czajnik wymagał czyszczenia.
Kiedy służący wyszedł, gospodyni westchnęła.
- W dzisiejszych czasach służba jest niemożliwa. Po śmierci mego męża para małżeńska, którą on
zatrudniał od dwudziestu lat, uparła się, żeby odejść. Twierdzili, że przechodzą na emeryturę, ale
słyszałam, że podjęli inną pracę. Dostają bardzo wysoką pensję. Sądzę, że to absurd, bym ja sama
płaciła tak duże pieniądze. Kiedy się pomyśli, ile kosztuje mieszkanie i utrzymanie służby... nie
mówiąc o ich praniu.
Tak - pomyślałem - skąpa. W tych bladych oczach, zaciśniętych ustach kryło się skąpstwo.
Nie miałem trudności z zachęceniem pani Tuckerton do mówienia. Lubiła mówić. Szczególnie o
sobie. Niebawem, dzięki słuchaniu z wytężoną uwagą i rzucaniu od czasu do czasu zachęcającego
słowa, wiedziałem o niej sporo. Wiedziałem przy tym więcej, niż się jej zdawało.
Dowiedziałem się, że poślubiła wdowca, Thomasa Tuckertona, pięć lat temu. Była "dużo, dużo
młodsza od niego". Poznała go w nadmorskim hotelu, w którym pracowała jako brydżowa hostessa.
Nie zdawała sobie sprawy, że ten ostatni fakt wymknął się jej. On miał córkę w pobliskiej szkole, a
"mężczyzna nie wie, co zrobić z dziewczyną, kiedy zabiera ją ze szkoły".
- Biedny Thomas był taki samotny... Jego pierwsza żona zmarła parę lat wcześniej i bardzo mu jej
brakowało.
Pani Tuckerton nadal przedstawiała obraz swojej osoby. Miłosierna, życzliwa kobieta, litująca się
nad starzejącym się, samotnym mężczyzną. Jego pogarszające się zdrowie i jej poświęcenie.
- Choć, oczywiście, w ostatnim stadium jego choroby nie mogłam naprawdę mieć własnych
przyjaciół.
Zastanawiałem się, czy byli tam jacyś zaprzyjaznieni mężczyzni, których Thomas Tuckerton uznał za
niepożądanych. To mogłoby wyjaśniać warunki testamentu.
Ginger sprawdziła jego treść w Somerset Home.
Zapisy dla starych służących, dla kilkorga chrześniaków i zaopatrzenie dla żony - dostateczne, ale nie
przesadnie hojne. Pewna suma w depozycie, z której dochód miał być wypłacany przez całe życie.
Reszta majątku, wyrażająca się sześciocyfrową liczbą, dla córki, Thomasiny Ann, miała zostać jej
oddana bez żadnych warunków w chwili ukończenia przez nią dwudziestu jeden lat albo
zamążpójścia. Gdyby zmarła jako osoba niezamężna przed osiągnięciem pełnoletności, pieniądze
przechodzą na jej macochę. Wyglądało na to, że nie ma innych członków rodziny.
Nagroda - jak pomyślałem - była wysoka. A pani Tuckerton lubiła pieniądze... To aż z niej tryskało.
Byłem pewien, że zanim poślubiła starszego wdowca, nigdy nie miała własnych pieniędzy. I wtedy,
być może, przyszło jej to do głowy. %7łyjąc z chorym mężem, który ją krępował, cieszyła się na czasy,
kiedy będzie wolna, jeszcze młoda i bogatsza, niż kiedykolwiek mogła marzyć.
Testament, być może, przyniósł rozczarowanie. Zniła o czymś lepszym niż umiarkowany dochód.
Radowała się na kosztowne podróże, luksusowe rejsy, suknie, biżuterię, a może na czystą
przyjemność posiadania rosnących w banku pieniędzy.
Tymczasem wszystkie pieniądze miała dostać ta dziewczyna! Dziewczyna została bogatą
spadkobierczynią. Ta dziewczyna, która prawdopodobnie nie lubiła macochy i okazywała to z
nierozważną bezwzględnością młodości. Ta dziewczyna miała być bogata - chyba że...
Chyba że...? Czy to wystarczyło? Czy mogłem uwierzyć, że to złotowłose, mizdrzące się stworzenie,
gadające tak gładko komunały, było zdolne do wyszukania Bladego Konia i postarania się, żeby
pewna młoda dziewczyna umarła?
Nie, nie potrafiłem w to uwierzyć.
Musiałem jednak wykonać swoją robotę. Powiedziałem dosyć obcesowo:
- Wydaje mi się, że spotkałem kiedyś pani córkę... pasierbicę. Popatrzyła na mnie z łagodnym
zdziwieniem, ale bez większego zainteresowania.
- Thomasinę? Naprawdę?
- Tak. W Chelsea.
- Och, w Chelsea. To możliwe... - Westchnęła. - Te dzisiejsze dziewczyny. Takie trudne. Nie da się
utrzymać nad nimi żadnej kontroli. To niepokoiło bardzo jej ojca. Ja nie potrafiłam nic na to [ Pobierz całość w formacie PDF ]