[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nie jest bezpiecznie. I jeszcze napisała coś takiego... na rysunku, który zrobiła Kait
Patrząc na nich w osłupieniu, Joyce rzuciła okiem na kartkę. Kait poczuła, jak żołądek
podchodzi jej do gardła. Wstrzymała oddech.
Kiedy Joyce odchyliła głowę, Kait przez chwilę myślała, że zacznie krzyczeć. Ale ona
zaczęła się śmiać perlistym, muzykalnym, niczym niekontrolowanym śmiechem. Po chwili
trochę się uspokoiła i zaczęła lekko prychać, ale gdy spojrzała na Kaitlyn i Roba, znowu
wybuchła głośnym śmiechem.
Kaitlyn również uśmiechnęła się lekko, ale był to grzeczny, poważny uśmiech osoby, która
czeka na puentę dowcipu. W końcu Joyce opadła na poduszki, wycierając z oczu łzy.
- Przepraszam... to naprawdę nie jest śmieszne. Po prostu... chodzi o jej lekarstwa. Pewnie
przestała je brać.
- Marisol bierze jakieś lekarstwa? - zapytał Rob.
- Tak. I kiedy je bierze, czuje się świetnie. Ale czasami zapomina albo uznaje, że nie są jej
potrzebne, i wtedy... cóż. Sami widzicie. - Joyce pomachała kartką papieru. - To chyba ma
jakieś symboliczne znaczenie. Marisol zawsze się obawiała, że osoby o nadprzyrodzonych
zdolnościach będą chciały nadużywać swojej mocy. - Joyce popatrzyła na Kaitlyn, wyraznie
powstrzymując się od śmiechu. - Mam nadzieję, że nie potraktowałaś tego dosłownie?
Kaitlyn miała ochotę zapaść się pod ziemię. Jak mogła być tak głupia? To wszystko było
jednym wielkim nieporozumieniem, powinna była się domyślić. A teraz
jeszcze okazało się, że Marisol ma jakieś problemy emocjonalne albo psychiczne.
- Przepraszam - jęknęła.
Joyce machnęła ręką, zagryzając wargi, by się nie roześmiać.
- Daj spokój.
- Naprawdę przepraszam. Ale... to było trochę straszne, a ja nie rozumiałam, o co chodzi...
Domyślałam się, że musi być jakieś proste wytłumaczenie, ale... - Kaitlyn wzięła głęboki
wdech. - Boże, mam nadzieję, że nie wpakowałam jej w kłopoty.
- Nie, ale chyba powinnam porozmawiać z panem Zetesem - odparła Joyce, nagle dochodząc
do siebie. - To on ją zatrudnił. Marisol zaczęła pracować jeszcze przede mną, zdaje się, że jest
koleżanką jego córki.
To pan Zetes miał córkę? Musiała mieć już swoje lata, pomyślała Kaitlyn. Dziwne, że
przyjazniła się z kimś tak młodym jak Marisol.
- W każdym razie nie musicie się tym martwić - powiedziała Joyce. - Jutro porozmawiam z
Marisol o tych lekarstwach i wszystko wyjaśnię. A tak przy okazji, kiedy to narysowałaś,
Kait?
- Wczoraj, w trakcie eksperymentu na zdalne postrzeganie. Rzuciłam rysunek, jak usłyszałam
krzyk tego chłopaka z irokezem.
- Jak on się czuje? - zapytał cicho Rob, patrząc na Joyce spokojnym wzrokiem.
- Zwietnie - zapewniła go Joyce, ale Kaitlyn miała wrażenie, że jej głos brzmiał nieco
defensywnie. - Dali mu coś na uspokojenie i wypisali go ze szpitala.
- Ponieważ - zaczął Rob - nadal uważam, że powinniście uważać na Ga...
- Jasne. Zmienię zasady dotyczące eksperymentów Gabriela. - Ton jej głosu zamykał dalszą
dyskusję. Spojrzała na zegarek.
- Tak mi wstyd - powiedziała Kait, gdy szli z powrotem na górę.
- Czemu? Po tym, co zrobiła Marisol, miałaś prawo wiedzieć, co się dzieje.
To prawda, ale Kait i tak uważała, że powinna się wcześniej zorientować. Powinna bardziej
ufać panu Zetesowi, który w końcu płacił kupę forsy za to, by cała ich piątka mogła rozpo-
cząć nowe życie. Powinna była się domyślić, że Marisol cierpi na jakieś paranoidalne
urojenia.
Kiedy żegnała się z Robem na korytarzu, poczuła się samotna. Myślała, że oszaleje, gdy
usłyszała jego wesołe  dobranoc", jakby cieszyła go rola starszego brata. Jakby nigdy nie
przeszło mu przez myśl, że mógłby być kimś innym, co w jego przypadku było całkiem
możliwe. Zdaje się, że całkowicie wymazał z pamięci to, co wydarzyło się po południu.
Kiedy weszła do sypialni, Anna usiadła na łóżku.
- Gdzie ty się podziewasz?
- Byłam na dole. - Chciała Annie wszystko opowiedzieć, ale była bardzo, bardzo zmęczona.
Zaczęła grzebać w szufladzie, szukając koszuli nocnej. - Chyba położę się wcześnie spać, nie
masz nic przeciwko?
- Jasne, że nie. Pewnie nadal kiepsko się czujesz - dodała Anna, a w jej głosie od razu
pojawiła się troska.
Zanim zasnęła, Kaitlyn zdążyła jeszcze wymruczeć:
- Anno? Co to jest badanie pilotażowe?
- To chyba jakiś próbny eksperyment, który robi się przed tym prawdziwym. Jak pilotażowy
odcinek programu telewizyjnego.
- Aha, dzięki. - Kaitlyn była zbyt śpiąca, by cokolwiek dodać. Ale pomyślała, że Marisol nie
myliła się co do jednej rzeczy. Twierdziła, że była tu  w czasie badania pilotażowego", a
Joyce potwierdziła, że Marisol zatrudnił pan Zetes.
Ale cała reszta to stek bzdur. Jak to, że Joyce przyczepiła jej do czoła coś dziwnego. Boże,
dobrze, że Rob nic o tym nie wspomniał, bo Joyce gotowa była uznać, że Kaitlyn też potrze-
buje leczenia.
I Rob... Ale nie chciała o nim teraz myśleć. Zajmie się nim jutro.
lej nocy miała dziwne sny. W jednym z nich stała na smaganym wiatrem cyplu, spoglądając
na zimny szary ocean. W kolejnym była z Marisol i grupą nieznajomych. Każdy z nich miał
na czole dodatkowe oko. Marisol uśmiechnęła się do niej znacząco i powiedziała:  Myślisz,
że jesteś taka sprytna, co? Też ci coś takiego wyrośnie. Ziarno zostało zasiane". Potem
pojawił się Gabriel i dodał:  Musimy na siebie uważać. Widzisz, co się dzieje, jak tego nie
robimy?"
Kaitlyn wiedziała, o co mu chodzi. Rob wpadł w głęboką szczelinę i wołał o pomoc.
Wyciągnęła rękę, żeby mu pomóc, ale Gabriel odciągnął ją do tyłu. Cały czas słyszała krzyk
Roba...
Nagle się obudziła. Pokój zalany był jasnym porannym słońcem, ale krzyk był prawdziwy.
Rozdział 10
Krzykbył odległy i stłumiony, ale niewątpliwie histeryczny. Zegar wskazywał godzinę [ Pobierz całość w formacie PDF ]