[ Pobierz całość w formacie PDF ]

delektując się poranną kawą i przyglądając ludziom uprawiającym jogging w
Central Parku.
Uważnie słuchał, co mówi jego rozmówca. Gdy skończył, zapytał:
- Jesteś pewien, że nie wciskają ci kitu?
- Absolutnie. Mój przyjaciel bankowiec próbuje zasięgnąć języka.
Najwidoczniej J. B. Lawson był niezle zadłużony i trzeba dopełnić pewnych
formalności, żeby można było przeprowadzić nowe transakcje. %7łeby wszystko
wyprostować, wystarczą pewnie dwa tygodnie.
- A jeśli Laura Spencer dostanie cynk o tym, co zamierzasz zrobić?
- Nie dostanie. Leo Brunnel i Johnny O'Toole dali mi słowo, że nic jej nie
powiedzą, dopóki nie dam im znać. Nie mam powodu im nie wierzyć, Enzio. Ci
dwaj aż palą się, żeby sprzedać udziały. Mają już pod sześćdziesiątkę i panicznie
się boją, że stracą pracę. - Zaśmiał się. Ostatnia rzecz, jakiej by chcieli, to
zmarnować taką okazję.
- W porządku, Carl. Informuj mnie, co się dzieje.
Enzio odłożył słuchawkę i dolał sobie kawy. Pomysł, żeby poprosić Carla
Hansena o kupno udziałów w  Sentinel , był genialnym posunięciem. Nie miał
wątpliwości, że dzięki niemu nie tylko uda się usunąć Laurę Spencer, ale też
Malcolm będzie miał po swojej stronie obie gazety w Austin.
Jednak dwa tygodnie opóznienia zaniepokoiły go. To może być podstęp, gra
na zwłokę do czasu, aż Laura zakończy dochodzenie. Ale Hansen dobrze znał ludzi
z branży. Jeżeli twierdzi, że Laura Spencer o niczym nie wie, Enzio musi mu
uwierzyć.
Zadowolony, że wszystko idzie zgodnie z planem, wypił kawę i poszedł
przebrać się do joggingu.
21
- W tym mieście jest chyba z milion samochodów - stwierdził Ted, gdy
Laura powiedziała mu w końcu o podejrzanym sedanie, który widziała na
cmentarzu. - Na pewno zauważyłaś coś więcej niż to, że był czarny i miał znak
strażników Teksasu na tylnym zderzaku?
Jego zniecierpliwiony ton zasługiwał na ostrą ripostę. To, że J. B. zostawił
mu część udziałów w  Sentinelu , nie upoważniało go do tego, żeby rozstawiał ją
po kątach. Jednak rzut oka na jego twarz, na głęboką zmarszczkę między brwiami i
niespokojne spojrzenie błękitnych oczu wystarczył, by Laura zrozumiała, że to nie
ona jest powodem irytacji, tylko brak postępów w śledztwie. Bardzo dobrze to
rozumiała.
Siedzieli w jej biurze w redakcji  Sentinela , pijąc kawę. Na zewnątrz, w
pokoju prasowym tempo pracy było stosunkowo powolne, bo ponad połowa
dziennikarzy przygotowywała reportaże w terenie.
- Mężczyzna za kierownicą był brunetem - powiedziała Laura. %7łałowała, że
nic więcej nie zapamiętała.
- To wszystko?
- Przykro mi. Nie każdy ma oko tak wyczulone na szczegóły jak ty.
- Jak udało ci się przetrwać jako reporterka kryminalna?
Postukała się palcem w skroń.
- Dzięki dedukcji, mój drogi Watsonie. To dar, który otrzymali nieliczni.
Nigdy mnie nie zawiódł.
%7łart wywołał uśmiech na jego twarzy.
- Dobrze, Sherlocku. Jak zamierzasz złapać faceta, który cię śledził, skoro
nic o nim nie wiesz?
- Skąd wiesz, że mnie śledził? Może chodziło mu o ciebie? - Napiła się
kawy. - Może to jakiś zazdrosny mąż?
- Nie zadaję się z mężatkami.
- A może nieśmiały żałobnik. Albo czubek, który lubi kręcić się koło
cmentarzy?
Do szału doprowadzało go, że nie traktuje tej sprawy poważnie.
- Równie dobrze to może być zabójca. Może ktoś wynajęty przez, jak mu
tam, Hansena.
- Chyba przesadzasz.
- Może. Ale nie wiemy, o co tu chodzi. I dopóki się nie dowiemy, nie
pozwolę ci się narażać. Od tej chwili ty i ja tworzymy zespół. Wszędzie będziemy
chodzić razem.
Po raz pierwszy od śmierci J. B. jej oczy pojaśniały.
- Czy to syndrom dużego brata znowu daje o sobie znać?
- Coś w tym rodzaju. - Wolał powiedzieć coś na odczepnego, niż przyznać,
że zaczęło mu na niej zależeć. Może nawet za bardzo. - W końcu przyrzekłem J.
B., że będę cię miał na oku. A ja dotrzymuję słowa.
- To było jakieś dwa tygodnie temu. I jeśli dobrze pamiętam, chodziło o to,
żebyś dotrzymał mi towarzystwa do czasu, aż przyjdzie mój narzeczony.
- Już nie masz narzeczonego - powiedział szorstko. - Czy ci się to podoba,
czy nie, jesteś skazana na mnie.
Spodziewał się zdecydowanego oporu. Zaskoczyła go. Wzruszyła
ramionami.
- Dobrze, możemy pracować razem. Pamiętaj tylko, kto jest Holmsem, a kto
Watsonem.
Bardzo wcześnie rano, gdy Ted i brygadzista pracujący na ranczu pojechali
na aukcję bydła, Laura wzięła szybki prysznic, włożyła wyblakłe dżinsy, starą
bluzę od dresu i cicho weszła do gabinetu J. B. Nie wiedziała dlaczego, ale tu
właśnie potrafiła myśleć jaśniej niż gdzie indziej. Może dlatego, że spędzili tu z J.
B. wiele czasu, pracując nad przekształceniem gazety.
Pokój wyglądał tak samo jak zawsze. Był przytulny. Panowała w nim
atmosfera męskości. Brakowało jedynie starego skórzanego fotela, który oddano do
tapicera, i antycznego noża - narzędzia zbrodni.
Tym razem Laura nie pozwoliła, by wspomnienia zakłóciły tok jej myśli, tak [ Pobierz całość w formacie PDF ]