[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Wyłącz to. Proszę! - Uciekłam spojrzeniem od obiektywu.
Westchnął, ale opuścił kamerę. Nie ustępowałam.
- Dlaczego niby jestem trudna?
Przez chwilę oglądał kamerę, jakby widział ją pierwszy raz w życiu.
- Nie to miałem na myśli. - Przeniósł wzrok na mnie i wpatrzył się we mnie uważnie. -
Powinienem powiedzieć... skomplikowana. Złożona. Jak smak starego wina.
Pięknie. Teraz okazuje się, że jestem stara. Pomyślałam o Lauren, która miała
dwadzieścia pięć lat. Ale wyglądała na więcej.
- Chcesz powiedzieć, że faceci powinni umawiać się tylko z kobietami poniżej
trzydziestki, tak?
- Koniec. - Oznajmił kategorycznym tonem doświadczonego mężczyzny, który wie, że
rozmowę, która do niczego nie prowadzi, należy przerwać. A już na pewno jeśli jest to
rozmowa z kobietą, z którą musisz mieszkać. - O rany, Angie! - wykrzyknął nagle i pokazał
coś w głębi ulicy. - Widzisz tamto wejście? Ten dom na pewno zbudował Stanford White. -
Przyspieszył kroku i pociągnął mnie za sobą.
White (również nowojorczyk) był ulubionym architektem Justina. Stałam z boku,
obserwując, jak Justin kieruje obiektyw w stronę niesamowitego łuku nad ozdobnymi
drzwiami wejściowymi, a potem filmuje każdy szczegół budynku. Myślałam już, że o mnie
zapomniał, kiedy nagle się odezwał:
- Wiesz, jaki dzisiaj dzień?
- Nie wiem. I chcę ci powiedzieć, że wcale nie jestem trudna...
- Dwudziesty czwarty sierpnia - przerwał mi.
- No i co z... - zaczęłam, kiedy nagle do mnie dotarło. Było mi strasznie wstyd.
Dokładnie dwadzieścia lat temu zginęli rodzice Justina. - O, Boże! Przepraszam.
Nie słuchał mnie i dobrze. Co mogłam mu powiedzieć? %7łe tak bardzo skupiłam się
ostatnio na sobie, że zapomniałam o najważniejszej dla niego dacie? Mimo tego, że od kilku
lat spędzaliśmy ten dzień razem.
- Spotkali się w Nowym Jorku. Gdzieś w tej okolicy. Ale już ci chyba o tym mówiłem,
prawda?
- Tak.
Próbowałam wczuć się w to, co on teraz czuje. Targały nim emocje, które ja sama
dobrze znałam. Doświadczyłam ich po śmierci mojego taty. Tylko że ja miałam więcej
szczęścia, bo tata był ze mną dłużej. Justin stracił rodziców, mając zaledwie dwanaście lat.
Patrzyłam na niego i wyobrażałam sobie, że musiał wówczas wyglądać podobnie - mieć w
oczach ten sam wyraz bezbrzeżnego smutku.
- Wiesz, czasami wyobrażam sobie - zaśmiał się wstydliwie i odwrócił głowę - że
filmuję to wszystko dla nich. Bo oni już tego nie zobaczą. Ani tych budynków. Ani tego
drzewa. Niczego.
Tak samo jak ty nie zobaczysz już ich, pomyślałam. Nigdy. Kiedy straciłam ojca,
najgorsza dla mnie była świadomość, że już nigdy nie zobaczę jego uśmiechu. I nie będę
mogła mu powiedzieć, że go kocham - bardziej, niż myślał.
Jeszcze raz spojrzałam na Justina. W oczach miał smutek. Pomyślałam, że poczucie
osamotnienia nie opuści go prawdopodobnie nigdy.
Ale może tak to już jest? Może samotność jest uczuciem, którego musimy
doświadczyć wszyscy? Bez względu na to, jak wielki tłum nas otacza. Bez względu na to, z
kim spędzimy życie...
Dopóki śmierć (na wysokości 9000 m) nas nie rozłączy
- Bierzesz ze sobą to wszystko? - zapytał Kirk, kiedy otworzył drzwi i zobaczył mnie
na progu, zdyszaną i spoconą, z gigantyczną walizką, którą przed chwilą z wielkim trudem
wciągałam i wyciągałam z autobusu. - Myślałem, że zmieścisz się w czymś takim. - Wskazał
niewielką, płaską torbę na ramię, która stała w przedpokoju, czekając na nasz jutrzejszy
wyjazd.
- Nie udało mi się zapakować wszystkiego do torby - wyjąkałam.
Nie mogłam się przyznać, że nawet nie wyjęłam jej z szafy, bo od razu było jasne, że
żadna torba nie pomieści rzeczy, które musiałam wziąć w swoją pierwszą podróż do Newton.
Zapakowałam dwie pary dżinsów, bo bez nich nie mogę się nigdzie ruszyć: luzne,
które świetnie wyglądają z espadrylami na koturnie (musiałam wziąć espadryle na koturnie), i
wąskie, do których pasują tenisówki (nie da się przecież wyjechać na weekend bez
sportowych tenisówek, prawda?). Poza tym cztery koszulki - dwie z krótkimi rękawami na
dzień, jedną z długimi rękawami na wypadek, gdyby wieczorem zrobiło się chłodno, i jedną
bez rękawów na upał; dwie pary szortów (gdyby było za gorąco na dżinsy); dwie pary
dopasowanych letnich spodni (gdyby było gorąco, a nie wypadało pokazać się w szortach),
gruby bawełniany sweter (bo w końcu może być bardzo zimno); sztruksowy żakiet (pasuje do
wszystkiego). Nie mogłam zostawić swojej pięknej nowej sukienki - to jasne. Wzięłam
jeszcze klapki na wysokim obcasie (do sukienki), sandałki (gdybym nie miała ochoty na
espadryle), piżamę (nie wypadało paradować po domu rodziców Kirka w jego bokserkach),
cienką koszulkę do spania, dużo majtek (z takim wyprzedzeniem trudno powiedzieć, czy
lepsze będą stringi czy zwykłe bikini), staniki, przybory toaletowe, szczotkę do włosów,
kosmetyki i suszarkę z różnymi nakładkami (nie ufam rodzinie Stevensów w kwestii sprzętu
do pielęgnacji włosów).
No i był jeszcze prezent owinięty w bąbelkową folię, która  zupełnym przypadkiem
znalazła się w jednej z szuflad Justina.
Nie zapomniałam o lekturach, bez których nigdzie się nie ruszam ze strachu przed
bezsennością i niedobrymi myślami, jakie nawiedzają mnie nawet wtedy, gdy jestem z
Kirkiem (bo on zasypia przede mną). Zapakowałam trzy kolorowe magazyny, dwie książki ze
słynnymi monologami (bo mimo że nie chodziłam ostatnio na żadne przesłuchania, nie
mogłam powstrzymać się od zaglądania do scen, które kiedyś przygotowałam i mogłabym
zagrać, gdyby tylko ktoś dał mi szansę) i przewodnik Fodora po Bostonie (może uda się nam
tam wyskoczyć) - wydanie z 1986 roku, które Justin kupił gdzieś za pięćdziesiąt centów i mi
podarował.
Kirk z wyrazną niechęcią wciągnął moją walizę do przedpokoju. Jego zgrabna torba
wydawała się przy niej jeszcze mniejsza. Przyznaję, że miałam lekkie poczucie winy.
- Jezu, Angie! Wyjeżdżamy tylko na trzy dni! Zresztą, nieważne. Jadłaś coś?
- No, właściwie to nie. - Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że w szale pakowania
zapomniałam o jedzeniu.
- W lodówce jest resztka curry z kurczaka - powiedział Kirk. Zerknął na kuchenny
zegar (dawno minął czas, kiedy normalni ludzie, czyli Kirk, jedzą wieczorny posiłek), dając
mi do zrozumienia, że dziesiąta wieczorem nie jest dobrą godziną na spożywanie curry.
Burczało mi w żołądku. Postanowiłam zignorować niesmak malujący się na jego [ Pobierz całość w formacie PDF ]