[ Pobierz całość w formacie PDF ]

niebogłosy:  Przecie\ nic ci nie zrobiłam!!! Jestem tu dopiero drugi dzień!!!", ale ona nic.
Postanowiła zemścić się na mnie za wszystkie krzywdy wyrządzone świniom przez ludzi.
Poniekąd ją rozumiem. Choć moje wrzaski nie robiły na niej wra\enia, to usłyszeli je
pracownicy i przybiegli z odsieczą. Biedna świnia, choć była cię\arna, dostała parę razów
kijem, a mnie było przykro i wstyd. Za ludzi w ogóle.
Z pewnością z powodu nadmiaru wra\eń świnia zaczęła się prosić (rodzić) jeszcze tego
samego dnia. Poinstruowana przez pracującego w tuczami lekarza weterynarii, miałam pełnić
dy\ur przy rodzącej. Pomna porannych kłopotów, bałam się trochę, ale maciora skupiona była
na rodzeniu, a nie na mnie. Po godzinie porzuciłam resztki obaw i wlazłam do kojca, aby
pomóc rodzącej, bo mimo jej wysiłków prosięta z trudem opuszczały łono matki. W jej
spojrzeniu nie było wrogości. Znalazłam tam nawet cień sympatii. Czy wiecie, \e świnia ma
piękne oczy? Często są niebieskie i bardzo podobne do ludzkich. Tyle \e giną w fałdach
tłuszczu.
Poród zakończył się szczęśliwie na dwunastym ślicznym prosiaku. Zmęczona świnia zasnęła.
Ja te\ udałam się na spoczynek. Następnego dnia rano wręcz popędziłam do mojej
podopiecznej. Ku mojemu zdziwieniu w kojcu było nie dwanaścioro, ale trzynaścioro prosiąt.
W nocy urodziła się ostatnia, najmniejsza loszka. Nie miała szans dopchać się do matczynej
jadłodajni, bo reszta rodzeństwa była ju\ większa i sprytniejsza. Maciora popatrzyła na mnie
\yczliwym okiem. Weszłam do jej boksu i podniosłam maleństwo. Podnoszone do góry
prosiaki wydają z siebie przerazliwy wrzask. Malutka zaczęła krzyczeć, ale jej matka nie
zerwała się na równe nogi. Patrzyła na mnie z lekkim niepokojem i mówiła  uff, uff, uff.
Kucnęłam i przystawiłam małą do sutka. Przyssała
się jak pijawka. Maciora ucichła i zamknęła oczy. Po nakarmieniu świń przyszłam znowu
nakarmić loszkę. Oczy mi się kleiły, w boksie było ciepło i czysto. Poło\yłam się obok
ró\owej maciory, przytuliłam do jej pleców i zasnęłam. Kiedy się obudziłam, śliczne ró\owe
prosiaczki skakały po mnie, a ich ró\owe ryjki szarpały mnie za kombinezon. Moja malutka
loszka wyraznie odstawała od reszty. Była du\o słabsza. Od tamtego dnia codziennie
ucinałam sobie drzemkę przy boku mojej nowej przyjaciółki i zastąpiłam ją w opiece nad
malutką loszką. Pilnowałam, aby prosiątko jadło regularnie, a w przerwach nosiłam je w
kieszeni kombinezonu. Loszka szybko zrozumiała, \e podnoszenie nie wró\y niczego złego i
spała spokojnie w mojej kieszeni. To była miniświnka, więc nazwałam ją Minia. Czas praktyk
mijał, Minia rosła i coraz bardziej przywiązywałyśmy się do siebie.
Nie bardzo widziałam przyszłość Mini w Rokitkach. Po śmierci Wiwy przelałam na świnkę
całe swoje uczucia. Zaczęłam planować wykradzenie prosiaka z tuczami i rozmyślałam, jak
pertraktować z mamą, by wyraziła zgodę na przywiezienie jeszcze małej, ale Wielkiej Białej
Polskiej do domu. Mama ju\, ju\ zaczęła się łamać, ale plany porwania Mini rozwiały się
bezpowrotnie.
Pani zootechnik, która wpisała nam w dzienniczki odbycie  praktyk chodowlanych" i
podpisała się z imienia i nazwiska, rozgryzła moje plany. Zabroniła mi nosić świnkę w
kieszeni i rozwiała nadzieję na jej wykupienie.  To jest tuczarnia, a nie zoolog" 
powiedziała i odtąd miała mnie na oku.
Zbli\ał się dzień odjazdu, a ja płakałam. Nie mogłam skazać Mini na los innych tuczników.
Po prostu nie mogłam. Lekarz weterynarii, który pracował w Rokitkach, był bardzo
przyzwoitym człowiekiem. Rozumiał moją rozpacz i nie zdziwił się, gdy go poprosiłam o
środek stosowany do eutanazji zwierząt. Podjęłam bardzo trudną decyzję, ale i dziś uwa\am,
\e była to decyzja jedyna uczciwa wobec Mini. Nie pozwoliłam jej zostać tucznikiem,
/
a następnie kotletem. Zasnęła u mnie na ręku, zupełnie spokojna o swój los. Następnego dnia
pracownicy orzekli, \e pewnie maciora przygniotła ją w nocy. To była pierwsza śmierć, jaką
zadałam zwierzęciu. Zrobiłam to z miłości.
Rozsypane Korale
Studia pochłaniały większość naszego czasu. Było du\o nauki, ale te\ du\o śmiechu.
Wydawało się, \e dalsze moje \ycie jest ju\ przesądzone. Bosman i ja. Zawsze razem. Nie
wyobra\ałam sobie innej opcji. Myślę, \e on te\ sobie nie wyobra\ał. Tak upłynął drugi rok [ Pobierz całość w formacie PDF ]