[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Tassy obserwowała przybłędę z ciekawością. Nie potrafiłaby
określić rasy czy maści zwierzęcia, , ale zaryzykowałaby twier-
dzenie, że to pies myśliwski.
 Pozory mylą. Nie wygląda na zwykłego kundla. Czy ma ob-
rożę?  zapytała.
Po długich poszukiwaniach w gęstwinie długiej sierści znalezli
51
plakietkę identyfikacyjną.
 No proszę, to mój imiennik!  zawołał Ben.  Co prawda nie
czuję się szczególnie zaszczycony. Czujesz ten zapach?
 Trudno go nie czuć. Czy jest jakiś adres?
 Bridge Cottage. To musi być gdzieś tutaj, przy ścieżce.
 Pewnie u pani Gates. Ona ma psy. Zawsze szczekają, kiedy
ktoś przechodzi, ale są nieszkodliwe. Golden retriever. Coś ta-
kiego! Kto by pomyślał, że mamy do czynienia z przedstawi-
cielem tak znakomitej rasy. Trzeba go zaprowadzić do właści-
cielki. To starsza, samotna pani.
Ben zastanowił się chwilę, odpiął pasek i zapiął psu na obroży.
Potem chwycił koniec tak powstałej smyczy i rzucił psu surowe
spojrzenie.
 Teraz posłuchaj, Ben. Idziemy grzecznie, jasne? Nie ciągnie-
my, dobrze? Ben, do nogi!
Wysunął do przodu lewą stopę. Pies posłusznie stanął obok.
Tassy pokręciła głową.
 A to dopiero! Jaki wytresowany! Pewnie zapomniał, że dobrze
wychowane czworonogi wracają do domu o przyzwoitej porze.
Szli jakiś czas w milczeniu, gdy nagle usłyszeli słabe wołanie:
 Ben! Chodz tu!
Pies postawił uszy i zaczął ciągnąć smycz, ale siłą nie dorów-
nywał swemu imiennikowi.
 Nie myśl sobie, że cię puszczę, ty narwany brudasie  powie-
dział Ben z sympatią. Jeszcze raz stanowczo przywołał psa do
porządku.
W świetle księżyca stała wątła staruszka.
 Kto tam?  zapytała drżącym głosem.
 Pani Gates? Jestem Tassy Franklin. Rozmawiałam z panią
czasem na ścieżce. Przyprowadziliśmy Bena; jest trochę zabło-
cony.
 Och, dzięki Bogu. Czy nic mu się nie stało, Tassy?
52
 Nic. Możemy wejść?
 Proszę bardzo. Furtka jest otwarta. Nogi mi się trzęsą, bo wo-
łam tego łobuza już od kilku godzin.
Przed domem Ben spuścił psa ze smyczy.
Nie wykazał skruchy, za to podbiegł do pani Gates, polizał jej
rękę jęzorem, po czym nonszalancko dołączył do drugiego psa
hasającego po ogródku.
 Wielkie nieba! Chyba tarzał się w błocie!  Właścicielka była
zmieszana.  Bardzo mi przykro, że przysporzył wam kłopotu.
Ben, niedobry pies!
Nie wyglądał na speszonego, ale starsza pani skarciła go łagod-
nie, głosem wyrażającym więcej miłości niż złości.
 Przydałaby mu się kąpiel  oznajmił Ben.  Chętnie się tym
zajmiemy, żeby nie musiała się pani z nim szarpać.
 Och, to bardzo miło z waszej strony, ale ubrudzicie się. Może
po prostu zamknę go w kuchni, chociaż on tego nie cierpi.
 Wykąpiemy go z przyjemnością  powiedział Ben.
Tassy zastanawiała się, jaki będzie w tym jej udział i jakiego
koloru będzie na koniec jej koszulka. Trudno, ktoś musi wyrę-
czyć panią Gates. Właścicielka zaprowadziła ich do łazienki.
Było to schludne, niewielkie pomieszczenie, w którego wystroju
przeważała biel. Tassy jęknęła na myśl o sprzątaniu, jakie trzeba
tu będzie zrobić po kąpieli psa.
Jednakże imiennicy byli w dobrej komitywie. Jeden odkręcił
wodę, a drugi zaczął radośnie obwąchiwać wszystkie sprzęty.
Najwyrazniej nie była to jego pierwsza kąpiel. Drugi pies, Bili,
przezornie wyniósł się z łazienki.
 Wstawię wodę. Podejrzewam, że chętnie wypijecie herbatę 
zawołała pani Gates z kuchni.
 Jest dość pózno. Nie chcielibyśmy pani przeszkadzać.  Na
pewno było już po północy.
Pani Gates roześmiała się.
53
 Moja droga, ja już nie sypiam. Ból nie pozwala mi zasnąć. Ale
już niedługo idę na operację bioder.
 Obu naraz?  Tassy była zaskoczona.
 Podobno tak będzie najłatwiej. Lekarze sądzą, że po operacji
obu stawów wrócę do zdrowia szybciej. Wiem, że zazwyczaj się
tego nie robi.
Spojrzała na Billa, wylegującego się teraz w kącie z zamknię-
tymi oczami, i pokręciła głową.
 Martwię się tylko o psy. Chyba będę musiała oddać je do
schroniska i poprosić, żeby znaleziono dla nich inny dom, bo nie
wiem, czy jeszcze będę w stanie się nim zajmować.
Tassy dostrzegła smutek w jej oczach, ale zanim zdążyła odpo-
wiedzieć, w łazience rozległo się wycie, więc poszła sprawdzić,
co się dzieje.
Kąpiel była gotowa, a Ben dwunożny zdejmował koszulkę.
 Dasz radę go podnieść?  zapytała Tassy.
Parsknął śmiechem.
 Owszem, ale nie mam takiego zamiaru. Jest obrzydliwy! Ben,
do wody!  Wskazał wannę, a pies posłusznie wskoczył do let-
niej wody i usiadł w oczekiwaniu.
W progu pojawiła się pani Gates.
 On często się kąpie. Lubi taplać się w błocie, myłam go już
wiele razy.
Wręczyła Tassy stary rondel bez rączki. Dziewczyna przekazała
go Benowi, a ten użył go do polewania psa wodą.
 Położy się, jeśli go pan poprosi. Ben, leżeć!
Pies położył się z łbem tuż ponad powierzchnią wody. Wpatry-
wał się w nich melancholijnym wzrokiem, podczas gdy Ben mył
go dokładnie i opłukał. Na koniec poradził kobietom, by wyszły.
 On nie chlapie. Ben, wyjdz!  nakazała pani Gates, i pies wy-
skoczył z wanny, wybiegł tylnymi drzwiami na dwór i tam się
otrząsnął. Pani Gates wróciła do kuchni zaparzyć herbatę. Tym-
54
czasem Tassy pomagała zrobić porządek w łazience.
 Za parę tygodni pojedzie na operację bioder. Wtedy będzie
musiała oddać psy  relacjonowała sprawę Benowi.  Bardzo ją
to martwi.
 Nie dziwię się.
 Chyba nie chce ich oddawać, ale nie ma wyboru, prawda?
Pewnie nie stać jej na opłacenie pobytu psów w pensjonacie.
Ben zamyślił się.
 Mojej matce właśnie zdechł pies. Ojciec twierdzi, że nie we-
zmą nowego, aleja w to nie wierzę. Nie mają ochoty wychowy-
wać szczeniaków, ale te psy są znakomicie ułożone. Czy ona
chce je oddać na stałe?
Tassy przerwała na chwilę szorowanie wanny.
 Chyba tak. Sądzisz, że oni by je wzięli?
 Jestem pewien. Mieszkają niedaleko, więc od czasu do czasu
mogliby przyjeżdżać z psami w odwiedziny.
Uznali, że to idealne rozwiązanie. Nie wspomnieli o nim pani
Gates, bo Ben nie chciał jej rozczarować ewentualną odmową
rodziców. Natomiast w drodze powrotnej znów rozmawiali o
psach. Potem Ben opowiedział jej o swoim dzieciństwie na wsi i
o tym, jak nie mógł znieść Londynu, jego wrzawy i zgiełku.
 Nie chodzi mi tylko o ruch uliczny. Denerwuje mnie, że tam
wciąż jest się w tłumie. Wszyscy gdzieś pędzą i przeciskają się,
nie wiadomo dokąd. Ohyda!
A teraz znów wrócił na wieś i był w swoim żywiole. Nie przej- [ Pobierz całość w formacie PDF ]