[ Pobierz całość w formacie PDF ]

cały kilogram. Jest pokrojona, będziesz mógł sobie odmrozić kawałek
do kanapki. Nie dołożyłam dużo cebuli, bo może zechcesz dać trochę
swoim kotom, a wiem, że są szczególne... O! Masz nowe stołki
barowe! - pisnęła, wchodząc do środka. - Jesteśmy tacy zajęci!
Musiałam wynająć pomocnika. Obsługujemy w sobotę przyjęcie
weselne.
- Zostanie ci trochę czasu na zajęcia natury społecznej? Byłaś tu
prawdziwym skarbem.
- Mogę robić tylko jedno - krzewić wśród dorosłych umiejętność
czytania. Moją pierwszą uczennicą jest czterdziestojednoletnia
kobieta, która cieszy się jak dziecko, że będzie mogła czytać książki z
przepisami kucharskimi. Prawdę mówiąc, zatrudniłam ją jako
pomocnicę... Wynająłeś już moje mieszkanie?
- Nowemu dyrektorowi hotelu. Jak twierdzi, ma dziwne
wrażenie, że mieszkała tam przed nim wspaniała osoba.
- Och, szefie! Ale z ciebie żartowniś!
Póznym popołudniem Qwilleran zaszedł do miasta, by uraczyć się w
 Loiss Luncheonette słynną szarlotką właścicielki. Lois Inchpot była
hałaśliwą, apodyktyczną kobietą o dobrym sercu, która od dziesiątków
lat karmiła ludzi robiących zakupy w centrum i pracowników
okolicznych firm - w obskurnym lokalu na uboczu. Im paskudniej
wyglądał, tym bardziej klienci go uwielbiali; czuli się tu jak u siebie w
domu.
Kiedy zjawił się Qwilleran, knajpka była pusta, a Lois siedziała
w kuchni, przygotowując obiad.
- Czego sobie życzysz? - dobiegł przez okienko do serwowania
posiłków nieznoszący sprzeciwu głos.
- Szarlotki i kawy! - odkrzyknął.
- Nie ma szarlotki! Możesz dostać placek z wiśniami.
Podszedł do okienka i oznajmił:
- Nie przepadam za plackiem z wiśniami.
- A ty co? Nie jesteś Amerykaninem czy jak?
- Spełniłem swój patriotyczny obowiązek, kiedy pomogłem
wybrać królową festiwalu wiśni.
Lois podsunęła mu kubek kawy i postawiła obok hałaśliwie
talerz z plackiem, nucąc przy tym:  Wiśnie co dzień jedz, a podagra
pójdzie precz .
- Uprawiasz propagandę w imieniu hodowców wiśni? A może
praktykujesz lecznictwo bez pozwolenia?
- Zjadaj! - rozkazała. - Będzie ci smakował, uwierz mi!
Musiał przyznać, że placek jest wyśmienity - nie za cierpki, nie
za słodki, nie za galaretowaty, nie za gąbczasty. Nie ulegało
wątpliwości, że nie spędził ani minuty w zamrażarce czy kuchence
mikrofalowej.
- Niezły! - pochwalił, zwracając pusty talerz. - wicz dalej, a
pewnego dnia zrobisz go jak należy.
- Och, co za bezczelność - oznajmiła urażona, ale z nieznacznym
uśmiechem. Lubiła Qwillerana.
- Gdzie jest Lenny?
- Ma w środy cały dzień zajęcia, a nie chcę, żeby cokolwiek
przeszkadzało mu w nauce. - W jej głosie pojawiła się miękka nuta
czułości. - Skończy szkołę, choćbym miała szorować podłogi! Wiesz,
że pracuje na pół etatu w hotelu? To znaczy w  Mackintosh Inn ? Od
szóstej do północy. I jest szefem tych z recepcji - dodała z dumą.
- Pewnego dnia zostanie głównym dyrektorem - zawyrokował
Qwilleran, wiedząc, że to właśnie kobieta chce usłyszeć.
- Lenny powiada, że stary ważniak znów się tu zjawił i wynajął
elegancki apartament na drugim piętrze. Widziałeś go?
- Kogo konkretnie... masz na myśli? - spytał Qwilleran, chcąc się
z nią trochę podroczyć.
- Nie pogrywaj tak ze mną! Wiesz, o kogo mi chodzi.
- Nie, nie widziałem go. Myślałem, że zastanę go tutaj, jak
zajada się plackiem z wiśniami.
- Ha! - parsknęła z pogardą, waląc dla tym większego efektu
pokrywką o garnek z zupą.
W tym momencie do knajpki wpadł jej syn i rzucił książki
szkolne na stolik w jednym z boksów w tylnej części lokalu.
- Masz jakiś placek, mamo? - Nalał sobie kubek kawy. - Cześć,
panie Q! Wybiera się pan w najbliższy weekend na zawody? Na
piątek i sobotę zarezerwowano wszystkie pokoje w hotelu.
- Będziesz uczestniczył w zawodach lekkoatletycznych, Lenny?
- Tylko w biegach. Zostawiam rzut młotem i temu podobne
dużym facetom, ale nasz recepcjonista z nocnej zmiany będzie miotał
kłodą na odległość. Ma do tego krzepę. Przedstawiłem go panu na
sobotnim przyjęciu. Nazywamy go Boze, to skrót od Bożo. - Lenny
przeniósł się ze swoją kawą do stolika Qwillerana. - Jestem czymś w
rodzaju jego kierownika. Potrzebuje kogoś, kto będzie go dopingował,
podejmował za niego decyzje, utrzyma go na właściwym torze,
rozumie pan.
- Jak długo go znasz?
- Od szkoły średniej. Kierowałem drużyną futbolową, a Boze był
świetnym blokującym. Kiepsko się jednak uczył i chciał odejść ze
szkoły. Więc razem z mamą zajęliśmy się nim, to coś w rodzaju
prywatnej krucjaty. Ja go uczyłem, a mama karmiła i przywoływała
do porządku. Jest dobra w jednym i drugim!... Udało mu się ukończyć
szkołę.
- Co przez cały ten czas robili jego rodzice?
- Jest sierotą. Dorastał w rodzinach zastępczych. Po ukończeniu
szkoły dostał pracę drwala, a ja pracowałem w starym hotelu, dopóki
nie podłożono bomby.
- Co wyciągnęło Boze'a z lasu? - spytał Qwilleran.
- Przyjemna robota w recepcji, niewielkie stypendium z college^
i miejsce w reprezentacji Moose County na zawody szkockie. Boze
potrafi cisnąć w górę caber jak nikt inny! Nie chodzi tu o brutalną siłę.
To trudna rzecz, a on opracował ją do perfekcji.
- Powinienem wiedzieć, co to jest caber?
- To pal - pień drzewa - długi na siedem metrów, o wadze mniej [ Pobierz całość w formacie PDF ]