[ Pobierz całość w formacie PDF ]

stynki i pudding chlebowy. Byłem bardzo rozczarowany. Potem
nadszedł Wielki Kryzys i jedliśmy głównie fasolę oraz kanapki z
masłem fistaszkowym.
- Nie wspomniałeś o specjalności tego regionu - powiedział
Qwilleran.
- Paszteciki! - krzyknęli jednocześnie Homer i jego żona.
- Powinieneś o nich napisać - powiedział Homer. - Wiesz
pewnie, że brytyjscy górnicy z Kornwalii przyjechali tu w połowie
dziewiętnastego wieku. %7łony robiły im na lunch paszteciki z
kartoflami i mięsem. Górnicy wkładali je sobie do kieszeni. Paszteciki
w tamtych czasach były duże i bardzo pożywne.
- Są różne przepisy, ale oryginalne paszteciki robi się ze słoniny
i tłuszczu wołowego - powiedziała Rhoda. - Nie przepadam za
tłuszczem zwierzęcym, ale do pasztecików nie pasuje inny rodzaj
tłuszczu. Nadzienie robi się z posiekanej wołowiny albo wieprzowiny.
Nie wolno dawać mielonego mięsa! Wołowinę miesza się z
ziemniakami, brukwią, posiekaną cebulą, solą i pieprzem, a potem
dodaje się trochę masła. Niektórzy kucharze nie dodają brukwi.
- Na Stables Road w Pickax mają otworzyć nową restaurację
 Pasty Parlor . Jej specjalnością będą paszteciki - powiedział
dziennikarz.
- To nie dla nas - powiedziała Rhoda. - Jesteśmy na diecie.
Homer i ja nie jedliśmy pasztecików od lat. Prawda, kochanie?
Rhoda i Qwilleran odwrócili się i spojrzeli na staruszka, któremu
głowa opadła na pierś. Homer spał mocnym snem.
Po uzyskaniu cennego przepisu na paszteciki Qwilleran pożegnał
się z Tibbittami i pojechał na Stables Road do  Pasty Parlor .
Restauracja miała zostać lada dzień otwarta. W środku krzątali się
pracownicy, ogarnięci gorączką przygotowań. Qwilleran zapukał,
przedstawił się i został wpuszczony. Powitali go młody właściciel i
jego żona. Oboje tryskali entuzjazmem.
- Jesteście z Moose County? - spytał dziennikarz, chociaż
właściciele nie wyglądali na miejscowych.
- Nie. Przyjechaliśmy tu na wakacje i żywiliśmy się głównie
pasztecikami. Postanowiliśmy poszerzyć wasze horyzonty -
powiedział młody mężczyzna. - Fundacja K z Chicago zaakceptowała
nasz pomysł.
- Jakie macie plany?
- Chcemy udoskonalić recepturę na paszteciki. Będziemy
dodawać do ciasta mąki kukurydzianej, przypraw i sera. Będą różne
rodzaje nadzienia: wołowina, szynka, tuńczyk i kiełbasa. Jako dodatek
warzywa: zielona papryka, brokuły, grzyby albo marchewka. Można
będzie zamówić paszteciki z pomidorami i ostrą papryczką chili - w
tej samej cenie co zwyczajne.
- Prawdziwa rewolucja - powiedział Qwilleran z poważną miną.
- Wrócę, kiedy zaczniecie wpuszczać klientów. Powodzenia!
Deszcz wciąż padał. Po wizycie w  Pasty Parlor Qwilleran
pojechał do  Spoonery . Restauracja miała zostać wkrótce otwarta.
Właścicielka przygotowywała właśnie plakaty reklamowe.
- Czy to prawda, że specjalnością lokalu będą potrawy, które
można jeść tylko łyżką? - spytał Qwilleran.
- Tak! Mam wspaniałe przepisy na zupy: hinduski rosół z
jabłkami i curry, barszcz, portugalska zupa z fasolą i bakłażanem i
mnóstwo innych. Zupa może być ucztą dla podniebienia!
- Co na to twoja rodzina?
- Nick mnie wspiera, chociaż sam pracuje ciężko na farmie.
Dzieciaki będą próbować zup i wygłaszać swoje opinie. Teściowie
pomagają w kuchni... Jak się mają Koko i Yum Yum? Dawno ich nie
widziałam.
- Są nieustannie czymś zajęte, kombinują, jak mi skomplikować
życie.
- Wiesz, co przeczytałam w gazecie? - zapytała Lori. - Podobno
kot ma dwadzieścia cztery wąsiki. Dzięki nim potrafi różne rzeczy
wyczuć.
- A jaką rolę odgrywają kocie brwi?
- Nie wiem, nie napisali.
- To suma wąsików po obu stronach czy tylko po jednej?
- Nie wiem. Wy dziennikarze musicie wszystko wiedzieć!
- Policzę je w domu - powiedział Qwilleran. - Powodzenia, Lori!
Wpadnę kiedyś na lunch.
Deszcz nie przestał padać. Kiedy Qwilleran wrócił do domu,
żeby nakarmić koty, Koko zajęty był skakaniem po meblach.
Oznaczało to, że ktoś zostawił wiadomość na sekretarce. Im szybciej
Koko skakał, tym ważniejsza była wiadomość. Ale skąd Koko o tym
wiedział? Może ma to coś wspólnego z wąsikami - pomyślał
dziennikarz.
Była to wiadomość od Sary z redakcji. Specjalistka od public
relations nigdy nie dzwoniła do niego do domu.
- Przepraszam, że cię niepokoję - powiedziała nieśmiało. -
Przyszedł do ciebie kolejny list. To ekspres. Pomyślałam, że najlepiej
cię zawiadomić.
Qwilleran wykręcił numer Sary.
- Saro? Mówi Qwill. Dzwonię w sprawie listu. Czy na kopercie
jest adres nadawcy?
- Nie ma dokładnego adresu ani nazwiska nadawcy, ale list
wysłano z Salt Lake City.
- Zaraz po niego przyjadę. Dziękuję. - Qwilleran poczuł, że drżą
mu wąsy. Domyślił się, kto do niego napisał. Pojechał do redakcji
najkrótszą drogą.
Sara wręczyła mu list.
- Rozciąć kopertę? - spytała.
- Dziękuję, sam to zrobię.
Qwilleran usiadł przy biurku w jednym z pokoi, otworzył
kopertę i wyciągnął kartkę. Na dole widniał podpis: Onoosh
Dolmathakia. Charakter pisma był trudny do odczytania. Onoosh
znała angielski lepiej w mowie niż na piśmie. Miała kłopot z
czasownikami i najwyrazniej pisała list roztrzęsiona.
Drogi panie Qwill,
ja pana przeprosić, że nie zostawić wiadomości i nie
podziękować. Słyszeć o bombie w hotelu, ja spanikować. On mi grozić
wiele razy, chcieć mnie zabić. Odejść - tak lepiej. Odejść daleko, żeby
mnie nie znalazł. Nie wiem, jak on mnie znalezć w Pickacks. Ja się
bać, nie czuć bezpiecznie, kiedy on żyje. Uciekać przed nim zawsze.
Teraz odejść z tego hotelu. To moje prawdziwe imię i nazwisko:
Onoosh Dolmathakia
Kiedy Qwilleran przeczytał list po raz drugi, poczuł ciarki na
plecach. Czoło miał mokre od potu. Uświadomił sobie właśnie, że [ Pobierz całość w formacie PDF ]