[ Pobierz całość w formacie PDF ]

społeczeństwu, zmarnował jego dorobek umysłowy i dobrą wolę. Istota owej
anarchii polegała na rozpasaniu wielkich. To było jej koło napędowe. Tłum
szlachecki nie wynalazł sobiepaństwa. Zawiedziony i obałamucony, poszedł w ślady
tych, co już za Aleksandra i Zygmunta I uważali, że wolno w Polsce - a raczej w
Rzeczypospolitej - jak kto chce. Taką samą maksymę wyznawali w całej Europie
rozmaici panowie de i von. Ale tam z biegiem czasu hamulce potężniały. U nas
beznadziejnie osłabły, bo sama władza centralna nie pofatygowała się wzmocnić
ich w porę. I robiła rzeczy, które musiały demoralizować poddanych. Istnieje w
naszej historii kapitalny temat, który pomijamy obojętnie. Mało zastanawiamy się
nad tym, jak rzedko w okresie popiastowskim była Polska podmiotem swojej własnej
polityki państwowej. Pisałem o tym obszernie w "Polsce Jagiellonów".
Przypomniałem o wielu rzeczach. Między innymi, jak to artyleria z Gdańska
wspierała Jana Olbrachta walczącego z bratem Władysławem o tron węgierski,
ustawiony, jak wiadomo, za Karpatami. Tak zupełnie, jakby dla dział gdańskich
nie było roboty bliżej, na przykład pod Królewcem. Albo całkiem już blisko - pod
Kwidzyniem. Odnosi się wrażenie, jakby poczynając od XV wieku chimery zaczęły
wysysać krew z naszej historii. Niezle zagospodarowana, dość gęsto zaludniona i
względnie kulturalna Korona - sama potrzebując jeszcze wielu rzeczy, a zwłaszcza
pilnej pracy - musiała dostarczać środków na rozmaite ogromne przedsięwzięcia,
które miały jedną cechę wspólną. Nie nadawały się do urzeczywistnienia.
Władysław Konopczyński napisał w I tomie "Dziejów Polski nowożytnej" o dniach
Zygmunta Starego: "%7łądać, aby król polski nie dopuszczał w owych czasach
Habsburgów do Czech i Węgier, bronił Dunaju od Turków i wbijał słupy w limany
Dniestrowe, i pędził daleko za Dniepr carskich wojewodów, można, tylko
wykreśliwszy z pamięci klęskę bukowińską Olbrachta i pogrom Aleksandra. Daleko
nam było w roku 1515 do militarnej potęgi Franciszka I Walezjusza, a przecież i
on, gdy sięgał za granice narodowe Francji, to w walce z samymi tylko
Habsburgami przegrywał". Znakomicie powiedziane! Polityka francuska osiągnęła
dobre rezultaty we wszystkim, co dotyczyło samej Francji. Wojny włoskie
Walezjuszy to było pierwsze od czasów wypraw krzyżowych wyjście sił francuskich
poza naturalne granice Galii. Francuzi powrócili zza Alp ze skórą tęgo
wytatarowaną. Do słów Władysława Konopczyńskiego dodałbym jednak coś niecoś. O
pomyślnym rozwiązaniu wszystkich wspomnnianych problemów polsko_litewskich w
ogóle roić nie można było. Już Jan Olbracht i Aleksander stali właściwie wobec
zadań niewykonalnych. Od czasów Kazimierza Jagiellończyka ambicje dynastyczne
beznadziejnie rozdęły program państwa. Do ogromu problematyki stworzonej przez
unię beztrosko dorzuciły nowe ciężary. Objęcie przez Jagiellonów tronów Czech i
Węgier przyniosło skutki katastrofalne. Powrócę do tego samego tragicznego
tematu w książce "Rzeczpospolita Obojga Narodów", która stanowić ma trzecią
część cyklu poświęconego dziejom Polski. Przyjdzie mi mówić o tym, jak
skierowane na południe żądze dynastyczne Jagiellonów ustąpiły miejsca północnym
ciągotom Wazów, Jagiellonów po kądzieli. Wspomnę o radzie niepołomickiej, o
której krążyły po kraju fantastyczne pogłoski, lecz nikt nie wiedział nic
pewnego. Król polski Zygmunt III zaprosił bowiem na posiedzenie wyłącznie
Niemców. Napiszę o głośnym żądaniu przestrzegania tolerancji religijnej oraz o
otaczających króla jezuitach. Polityka królewska poszła w służbę wojującego
katolicyzmu, do białości jątrząc prawosławnych obywateli Rzeczypospolitej. "Pana
za łeb wodzą, a czeladz milczy, ja bym takiego parobka nie trzymał" - mówił na
sejmie 1605 roku Jan Ostroróg, kasztelan poznański, prawnuk pisarza. Zachwycam
się tą niezrównaną staropolską dobitnością wysłowienia - gospodarską swobodą
obrazowania. Tak się wyrażać potrafią tylko ludzie wyprani z zahamowań i
kompleksów, umiejący być sobą i dumni z tego. Słowa Ostroroga toż to styl Jana
Chryzostoma Paska, znakomitego pisarza Jana III... i Henryka Sienkiewicza.
Podczas tej samej sesji sejmowej hetman polny koronny Stanisław %7łółkiewski
sławił szacunek świadczony przez Rzeczpospolitą jej monarchom: "W inszych
narodach pany swe kozikami kolą, a u nas z łaski Bożej nigdy nic takowego
przeciwko panu nie było zmyślono... gdyż zawsze ten cny naród polski wiary panom
swym dotrzymywać i onych miłować zwykł". Jan Ostroróg nie zaliczał się ani do
opozycji, ani do dworaków. Był niezależny. Słowami, które przytoczyłem, popierał
politykę Zygmunta III dążącego do odzyskania tronu Szwecji. Dobrze kasztelan
powiedział - wodzono Zygmunta za łeb. Szwedzi zdetronizowali go, wynieśli do
władzy jego stryja, Karola. W roku 1598 wzięli polskiego pomazańca do niewoli.
By odzyskać wolność, musiał Zygmunt wydać swych skandynawskich stronników,
których w Sztokholmie ścięto publicznie. Estonię przyrzekł Rzeczypospolitej w
roku 1587, podczas koronacji. Oddał w roku 1600, kiedy ją Szwedzi zajęli. A
teraz Ostroróg wywodził: "Bo albo było pana ze Szwecji nie brać i panem go nie
czynić, albo go wyniósłszy tak wysoce... w przeciwnych wypadkach nie odbiegać".
Pomimo wszystko - Rzeczpospolita była monarchią. Istniało poczucie zobowiązania
moralnego wobec pana. Senatorowie otrzymywali w Inflantach dobra i rozmaite
godności, można więc ich posądzać o obronę własnych interesów. Ale pospólstwo
szlacheckie na kasztelanie nie liczyło, było za to potężnie znużone wojną.
Sejmiki na ogół opowiedziały się za programem walki o koronę szwedzką dla
Zygmunta. %7łądały tylko, aby Jego Królewska Mość raczył kraju nie opuszczać i nie
wyjeżdżać na stałe za morze. A dwór snuł takie właśnie zamiary. Te same sejmiki
protestowały przeciwko aferze "Dymitraszki". Tymczasem Zygmunt III poparł
Samozwańca, wtedy już katolika. Rachował, że Dymitr, utwierdziwszy się w
Moskwie, pomoże mu w Szwecji. Z tego samego powodu poczynił zgubne ustępstwa
Hohenzollernom w Prusach Książęcych. Na wszystko to patrzył ogół, świętujący
akurat jubileusz. Ruch reformatorski narodził się wśród szlachty równo przed stu
laty i niemal przez cały ten czas był lekceważony, sabotowany, marnowany.
Pomysły Zygmunta III, dotyczące zmiany ustroju, nie mogły wzbudzić zachwytu.
Zakładały, że król wyjedzie do Szwecji, a absolutystycznie rządzoną Polskę
obejmie arcyksiążę austriacki, jako gubernator. Niewielu było na to w kraju
amatorów, co jednak nie tylko zle o nim świadczy. Parlamentaryzm polski wymagał
naprawy, lecz nie kasowania izby poselskiej, czego Zygmunt pragnął. Na sejmie
1605 roku po raz ostatni w życiu przemówił Jan Zamoyski, daremnie podając
królowi rękę w imieniu całej opozycji: "Miłuję, dalibóg, Waszą Królewską Mość i
służę wiernie i po wtóre mówię, wiernie służę; racz tylko Wasza Królewska Mość
miłować też nas, poddane swe: łacnoć będzie o pieniądze, łacno o pomnożenie
państw, snadnoć przyjdzie wszystko, gdy miłość poddanych będzie. Uczynisz tu
Wasza Królewska Mość z Polaka Aleksandra, z Litwina Herkulesa; miłości tylko
potrzeba, bez tej trudno co począć". Nie bierzmy za pustą retorykę słów
kanclerza i hetmana, który mowę swą "z płaczem wielkim, stojąc zakończył". O
wzajemne zaufanie, o dowody życzliwości monarchy ku poddanym wołał ten sam [ Pobierz całość w formacie PDF ]