[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Znieżnobiałe zęby obnażyły się w złowieszczym uśmiechu, kontrastując z hebanem
południowej skóry i czarnym habitem, jaki skrywał sylwetkę nieznajomego. Mogador zdjął
zaklęcie z Durgara, który nagle otrzezwiał, kompletnie nie rozumiejąc, co się właśnie stało.
Szczypta leczniczej magii pozwoliła ustabilizować umierających członków drużyny i
przyspieszyć ich zdrowienie, jednak nie na tyle, by wydało się to podejrzane.
 Sztafeta&  Mogador znów obnażył zęby w uśmiechu. Mocarna dłoń dotknęła lekko
amuletu, który nosić mógł tylko Najwyższy Inkwizytor Wężowego Oka. Gorzki grymas
przebiegł mu przez twarz, gdy przed oczami przemknęły mu lata fanatycznej służby.  Już
niedługo  wyszeptał do siebie i zniknął w kładącej się do snu dżungli.
*
Nec hra Daar, moja piękna Nec hra Daar. Czymże jest twe imię, jeśli nie strachem i
zapomnieniem dla wszystkich bogów? Stworzona przez zapomniane smocze bóstwa potrafi ranić
i obracać w nicość jestestwa najwyższych bytów. Topi w śmierci i zapomnieniu bogów i ich
wyznawców, pozbawiając ich mocy i pamięci potomnych. Zmierć bogów, tak, to twoje imię&
Mogador z ekstatycznym wyrazem twarzy i półprzymkniętymi oczami chłonął moc
artefaktu i słuchał jego nieziemskiego głosu. Słuchał i zaczynał rozumieć, jak skończonym był
głupcem. Czuł, jak jego fanatyzm zaślepił go na prawdę, która nie miała nic wspólnego ze
słowami kapłanów i, co gorsza, słowami samego Węża. Został oszukany, a jego oddanie uczyniło
zeń doskonałe narzędzie w rękach egoistycznego Boga i jego urzędników.
Nec hra Daar, antyczna kosa dusz ze smoczych legend, spoczywała teraz w jego dłoniach.
Ostrze, mieniące się setkami zawiłych i iskrzących potęgą glifów, skrywało miejsca na pięć
klejnotów: diament, rubin, szafir, szmaragd i czarny opal. Każdy z nich, poszarzały i przygasły,
zdawał się być uśpionym rezerwuarem niezmierzonej potęgi, czekającej tylko właściwego czasu,
aby znów się obudzić. Duch Nec hra Daar tchnął w Mogadora całą potrzebną wiedzę. Niczym
ktoś, kto otarł się o śmierć, wynurzając się z przepastnych głębin, inkwizytor zadławił się tym
haustem myśli, dzwięków i obrazów. Leżał na kamiennej podłodze godzinami, a może i całymi
dniami, dryfując po światach magii i niezwykłych opowieści, gdzie powoli przyswajał wiedzę,
jaką przekazywał mu antyczny artefakt.
W końcu nadszedł czas wyrównania rachunków. Nadszedł czas zemsty& JEGO CZAS.
Całe swe życie służył Wężowi, znając najwyższą i największą prawdę, a jednak jej nie rozumiał
 aż do dziś. Siła bóstwa bierze się z wiary i poświęcenia jego kapłanów. Zadowolony ze swych
sług Set, jak i wielu innych jego boskich braci i sióstr, obdarzał swych najwierniejszych i
najgorliwszych wyznawców potęgą zaklęć i boskimi darami. Wszystko jednak brało swój
początek i swą moc z wiary kapłana, płonącej żarliwością w głębinach jego serca. Skoro więc ta
moc, którą władał, brała się z jego własnej wiary, to czyż nie on sam ją sobie ofiarował? Czyż to
nie on sam jest bogiem? O tak& JEST!
Mijały dni i tygodnie, a moc kapłańskich czarów ulatniała się z Mogadora, tak jak gasła
jego wiara w Seta. Zyskał jednak coś więcej. Zyskał wiedzę i miał cel. Kapłani wszystkich bóstw
legną u jego stóp, pozbawieni wsparcia, gdy już upora się z ich tchórzliwymi bóstwami, ale
najpierw zacznie od swojego Kościoła. Znajdzie sposób, by wskrzesić swą ukochaną i
wynagrodzić jej wszelkie krzywdy, jakich odeń doznała, a za te krzywdy zapłaci Set i wszyscy
pozostali, bo na niebie jest tylko miejsce dla nowego boga i dla nikogo innego. To, co się stało, to
jego wina, ale uśmiercona wybranka nie musi wszystkiego wiedzieć, bo koniec końców to on jest
teraz wschodzącym na panteon bogiem. I może wszystko.
*
Stara pochodnia prychnęła płomieniami, zalewając kamienną posadzkę kałużami światła.
Uciekające przed nimi cienie, poganiane wyobraznią, gdzieś na skraju pola widzenia przybierały
przerażające kształty. Wkoło rozchodził się zapach piwnicznej stęchlizny, a rdzawe plamy
zakrzepłej na podłodze i ścianach krwi nie wróżyły niczego dobrego.
Myrloh widział w ciemnościach jak za dnia, jednak jego towarzysze potrzebowali światła
pochodni, toteż poza obnażoną bronią, Vorth i Durgar nieśli płonące żagwie, oświetlając
kamienny korytarz.
Ciemność przed nimi zdawała się hipnotyzować i wciągać niczym wir w odmęty
niepewności. Ruiny starej, smoczej świątyni, choć w rozsypce, nadal sprawiały nieprzyjemne,
mroczne wrażenie, a resztki obłupanych posągów ciskały wkoło grozne i złowróżbne spojrzenia.
Poszukiwanie zejścia do podziemi zajęło drużynie wiele czasu i dopiero wraz ze zmierzchem
buszujący w starej spiżarni Durgar odnalazł przypadkiem uchylny regał, prowadzący prosto do
podziemnych korytarzy.
 Aaa!  krzyknął Durgar, gdy jego stopa zgruchotała piszczel leżącego szkieletu.
 Cisza być, bo my umrzeć jak ten szkielet.  Aowca przystawił palec do ust.
 Mam tego dość! Mogliśmy zostać w mieście! Po kiego grzyba wybraliśmy się do tych
lochów?! Cała droga to pasmo udręki, która w dodatku spada głównie na moje barki! Wracam na
tyły, będę ubezpieczać pochód.
 A jasne, najchętniej to byś wygrzewał dupę w pościeli!  wysyczał mały czarownik.
 Lepsze to niż włóczenie się po lochach, gdzie z ciemności patrzą na nas niewidzialne
ślepia.
 Jakie ślepia?  zdziwił się Vorth.  Nic tu nie widzę.
 Przecież mówiłem, że są niewidzialne!
Durgar wyjął jedwabną chusteczkę, którą otarł cisnące się do oczu łzy. Nie miał już sił
tłumić wzbierającego w nim strachu, który przeszywał go na wskroś, dosłownie paraliżując
myśli. Nie mógł też zawrócić, nie miał bowiem za bardzo dokąd wracać.
 Wspomnicie moje słowa, ta przygoda zle się zakończy. Poza tym tu, w lochach, jest
zimno i są przeciągi, można bardzo łatwo się przeziębić. A kapłana z nami nie ma.
 Zaraz będziesz potrzebować ostatniego namaszczenia, jak nie zamkniesz pyska! 
Gormak szarpnął ogra za pas.  Stul dziób, bo nawet nie usłyszymy, gdyby stado upiorów, wyjąc,
pędziło w naszą stronę.
Durgar stropił się nieco, po czym, zrobiwszy obrażoną minę, w milczeniu ruszył za
przyjaciółmi. Co jakiś czas jednak oglądał się za siebie, czy przypadkiem jakiś ohydny stwór nie
ma zamiaru wskoczyć mu na plecy.
Gormak Aremer tłustymi paluchami o wiecznie brudnych pazurach kreślił mapę,
przygryzając przy tym głupawo język, jakby jego umysł pasował się z niezwykle trudnym
zadaniem. Po kilkunastu minutach kluczenia w podziemnych korytarzach, na karcie pergaminu
widniał już całkiem pokazny bohomaz.
 Cholera  rzekł Gormak  chyba gdzieś się pomyliłem. Zdaje się, że tu jeszcze nie
byliśmy  dodał, a drużyna obrzuciła go pytającymi spojrzeniami, stając na dziwacznym,
promienistym rozwidleniu.
 Oho, zaczyna się. A nie mówiłem, że będziemy mieli kłopoty?
 Zamknij się choć na chwilę, Durgar  wyjęczał zmęczonym głosem Vorth.
 Według mapy  Gormak przysiadł na ziemi  powinniśmy być dokładnie tutaj.  [ Pobierz całość w formacie PDF ]