[ Pobierz całość w formacie PDF ]

znowu:
My zaś sami z piosneczkami
Za wami śpieszymy,
A tak tego maleńkiego
Niech wszyscy zobaczymy...
 Jezus, Maria!... Aobuzy... uliczniki... łotrzyki... czy to myślicie z nas facecje sobie stroić!
cudze domy napadać! kobiety straszyć! Jezus, Maria! Plaga egipska, choroba...
Ale oni śpiewać przestawszy i u drzwi ciągle stojąc, gromkimi głosy obaj razem mówić
zaczęli:
 Rekomendujemy się i o gościnne przyjęcie prosimy. Zlusarze jesteśmy, kotlarze, drucia-
rze, nożownik, brązowniki, wszystko, słowem, co się metalu tyczy, to nasze. Zamki i klamki
reperować, rondle łatać, noże ostrzyć, garnki drutować możemy...
Zmiechem parsknęli, a Szyszkowa z rozpostartymi ramiony formalnie rzuciła się na nich.
 Proszę wyjść! proszę natychmiast wyjść sobie! Jezus, Maria! plaga egipska! Policji za-
wołam! Policja! policja!
Jadwiga, przeciwnie, stała nieruchoma i w przybyłych wpatrywała się tak uparcie i z takim
zdziwieniem, jakby ich poznawała, lecz oczom swoim wierzyć nie mogła. Oni też więcej na
nią niżeli na starą patrzali, filuternie ku niej mrugając i białe zęby w uśmiechach szczerząc.
 Staś! Oleś!  zawołała w końcu Jadwiga, a oni, jakby tylko tego wykrzyku oczekiwali,
ku dwom kobietom poskoczywszy w ręce całować je zaczęli.
 Co to? jak to? Jezus, Maria! Kto to?  domyślając się jakby czegoś, rozpoznając kogoś,
ale jeszcze oszołomiona i do siebie przyjść nie mogąca, mówiła Szyszkowa.
 Staś i Oleś, babuniu dobrodziejko! Stanisław i Aleksander Ginejkowie... Staś i Oleś, te
malcy, na których babunia kiedyś bardzo łaskawą była, a którzy teraz na takie dęby powyra-
stali, i przez to miasto przejeżdżając nie mogli wytrzymać, aby na jeden dzień w nim się nie
zatrzymać aby babunię i kochaną Jadzię wynalezć i odwiedzić... Wynalezli, na wigilijną wie-
czerzę przyszli, nastraszyli, rozgniewali, ale teraz bardzo pięknie za swoją swawolę przepra-
szają i proszą, aby babunia była łaskawą po macierzyńsku, po dawnemu ich przyjąć, i aby
kochana Jadzia także przyjęła ich jak braci, jak krewnych, którzy o niej zawsze mile wspomi-
nali i teraz przez te miasto przejeżdżając koniecznie, koniecznie pragnęli zobaczyć ją i po
dawnemu, po bratersku ją ucałować...
Wszystko to mówili jednym ciągiem, jednogłośnie, prędko. Gdy jeden na sekundę mówić
przestawał, drugi zaczynał, a tamten wnet z wtórem mu przybiegał. Gdy jeden opuszczał ręce
Szyszkowej, drugi ku nim z pocałunkami przypadał, a tamten do Jadwigi się przyklejał i
znowu na odwrót i znowu. A śmiali się przy tym prawdziwie po młodemu, świeżo, serdecz-
nie, i taka świeżość, serdeczność, wesołość biły z grubych i ogorzałych ich twarzy, z żywych
27
ruchów, z młodzieńczych głosów, że zdawać się mogło, iż nagły błysk słońca napełnił pokój i
spłynął na twarze dwóch kobiet.
 Ginejkowie! Staś i Oleś! Jezus, Maria! To wy... doprawdy wy... Przypomnieliście sobie
o nas! Ktoś na świecie przypomniał sobie o nas! Zmierć, utrapienie, męka, zgryzota... po-
czciwi, kochani chłopcy!...
Ramiona jej w rękawach kawianego koloru objęły szyję Stasia, a ustami, tymi ustami, któ-
re od tak dawna zaciskały się tylko od gniewu lub słone łzy z oczu ciekące połykały, przy-
lgnęła do jego czoła. Oleś zaś Jadwigi ręce w swoich trzymając i w oczy jej patrząc zapyty-
wał:
 Czy można po dawnemu Jadzię pocałować? Tyle lat nie widzieliśmy się z sobą, to może
już nie można?
Przez chwilę z trochą niepokoju i zawstydzenia patrzała w jego siwe, serdecznie na nią
patrzące oczy.
 Można  rzekła na koniec z uśmiechem i zapłonione czoło do pocałunku mu podała.
28
III
Wesołość, gwar, rozmowy, wzajemne zapytania, przypomnienia dawnych czasów, sło-
wem, blask słońca i świergot ptaków nagle powstałe w posępnej i głuchej ciemnicy  wszyst-
ko to było dobre, piękne, miłe, ale  pozostawała wieczerza! co będzie z wieczerzą, na którą
krewnych, jak z nieba spadłych, koniecznie zaprosić trzeba? Gdzie oszczędnie na dwie osoby
gotowano, tam cztery nasycić się nie mogą, szczególniej gdy w ich liczbie znajdują się dwaj
młodzi, tędzy, przed godziną z wagonu wysiedli chłopcy. Szyszkową chwilowy dobry humor
znowu zupełnie opuścił. Ponurymi swymi oczami na ważkę z trochą ostygłej już zupy pa-
trzała, a zaciśnięte jej usta w prawo i lewo poruszać się zaczynały. Ale przybliżyła się do niej
Jadwiga i korzystając z chwili, w której przybyli zdejmowali i na przybitych do ściany wie-
szadłach umieszczali swoje kożuszki, prędko szepnęła:
 Niech mama tymczasem zupę do kuchni odniesie, a ja do miasta pobiegnę. Wszystkiego,
co trzeba, w żydowskich sklepach dostanę. Samowar niech mama nastawi...
 Zmierć! męka! nędza! zgryzota!  zamruczała stara, po cichu jednak, a Jadwiga do ko-
mody podskoczyła i zręcznie, nieznacznie z szuflady papierek trzyrublowy wzięła. Przez
głowę jej przemknęło, że znaczny wydatek poniesie, ale wnet potem przybiegła myśl:  Niech
tam! niech choć raz w życiu i mnie wesoło będzie! Poczciwi, kochani chłopcy! Z papierkiem
ściśniętym w dłoni prędko futerko na sobie zapinała i na głowie zawiązywała chusteczkę.
Ginejkowie obaj ku niej skoczyli. [ Pobierz całość w formacie PDF ]