[ Pobierz całość w formacie PDF ]

jaskrawoczerwone jagody; przecież całkiem niedawno tłumaczyła sobie, że może widzieć i słyszeć, co zechce, jeśli
tylko odrobinę się postara.
To prawda... ale przecież tłumaczyła sobie także, że jeśli zaskoczy ją coś, co zobaczy, to to coś może być
prawdziwe. Zrobiła jeszcze kilka kroków i już była pewna, że jagody istnieją naprawdę. Zwisały z gęstych
krzaczków jak maleńkie jabłuszka.
- Golterie na horyzoncie! - krzyknęła chrapliwym, łamiącym się głosem i pozbyła się wszystkich
wątpliwości, gdy ucztujące na opadłych owocach wrony poderwały się do lotu, kracząc na nią z wyrzutem.
Trisha była pewna, że idzie w kierunku krzaczków, i ze zdziwieniem zorientowała się, że nie idzie, lecz
biegnie. Zatrzymała się przy nich gwałtownie. Oddychała ciężko, na jej policzkach pojawiły się cienkie czerwone
linie. Wyciągnęła brudne ręce i natychmiast je cofnęła, w najgłębszej głębi serca nadal przekonana, że palce mogą
po prostu przejść przez krzaczki, że znikną one wówczas, rozmyją się niby jakiś filmowy efekt specjalny (Peter
uwielbiał  rozmycia ), i dopiero wówczas te splątane brązowe gałęzie jeżyn o kolcach gotowych wypić jej krew,
póki płynie i jest jeszcze ciepła, okażą swą prawdziwą naturę.
- Nie! - powiedziała i tym razem nie cofnęła wyciągniętej ręki. Przez chwilę jeszcze miała wątpliwości,
a potem... och, a potem!
Trzymała w palcach niewielką, miękką jagodę. Rozgniotła ją, zobaczyła czerwone krople soku
i przypomniała sobie, jak obserwowała kiedyś golącego się tatę, i tata zaciął się w brodę. Podniosła umazany sokiem
palec, do którego przyczepił się także kawałek skórki, do ust. Poczuła ostry, słodki smak, przypominający nie gumę
Teaberry, lecz sok z dzikich jabłek nalany do szklanki wprost z butelki trzymanej w lodówce. Czując ten smak,
rozpłakała się, nie była jednak świadoma cieknących jej po policzkach łez. Obiema dłońmi zbierała z krzaków
jagody, rozgniatała je w garści, wpychała do ust, przełykała, niemal nie gryząc, i natychmiast sięgała po więcej.
Jej ciało przyjmowało je z błogosławieństwem, pławiło się w ich sycącej świeżości. Czuła to, czuła, jak się
 gotuje , jakby powiedziała Pepsi. Postępowała całkowicie instynktownie, jej rozumne  ja wydawało się
przyglądać tej uczcie z daleka. Zrywała jagody z krzaków całymi pękami. Czerwone miała palce, potem dłonie, a po
chwili także i usta, w miarę jak wchodziła głębiej i głębiej w krzaki, coraz bardziej przypominała dziewczynkę, która
miała bardzo nieprzyjemny wypadek i powinna jak najszybciej znalezć się w izbie przyjęć najbliższego szpitala.
Wraz z jagodami zjadła kilka liści i okazało się, że mama i tu miała rację - były dobre nie tylko dla
świstaków. Dodawały energii. Połączenie dwóch smaków przypomniało Trishy babcię McFarland i jej galaretkę
podawaną do pieczonego kurczaka.
Mogłaby tak przebijać się przez krzaczki na południe, pożerając wszystko, co napotkała na drodze, jeszcze
przez długi czas, gdyby nie to, że jagodowa wysepka nagle się skończyła. Trisha wylazła spomiędzy kilku ostatnich
krzaczków i stwierdziła, że patrzy wprost w łagodny, lekko zdziwiony pysk i ciemnobrązowe oczy sporej łani.
Wypuściła trzymane w garści owoce i krzyknęła ochryple; wargi miała tak czerwone, że wyglądały jak
uszminkowane po ciemku.
Aani nie obszedł specjalnie hałas, który Trisha robiła wśród krzaków, a krzyk najwyrazniej też jej nie
przeraził, nawet nie zaniepokoił - pózniej dziewczynka pomyślała, że ten szczególny jeleń będzie miał szczęście,
jeśli przeżyje jesienny sezon łowiecki. Tyle że zwierzę poruszyło uszami i wykonało dwa taneczne kroki - wydawały
się raczej skokami - z powrotem na polankę, poprzecinaną promieniami zielonozłotego światła. Nieco dalej,
z chwalebną ostrożnością, scenie tej przyglądały się dwa jelonki na niezdarnych, cienkich nóżkach. Aania odwróciła
łeb, zerknęła na Trishę i w nieprawdopodobnie lekkich podskokach podbiegła do dzieci. Obserwująca ją z takim
samym zachwytem, z jakim obserwowała bobry, dziewczynka pomyślała, że łania porusza się tak, jakby kopytka
pokryte miała cienką warstewką lagumy.
Trzy jelenie stały na polance wśród bukowego zagajnika, pozując niemal do rodzinnego portretu. Potem
łania trąciła jedno ze swych dzieci (a może nawet ugryzła je w bok) i wszyscy razem ruszyli swoją drogą. Trisha
dostrzegła tylko mignięcie białych ogonków i już miała polankę dla siebie.
- Do widzenia! - krzyknęła za nimi. - Dzięki za odwiedziny i...
Przerwała, dopiero teraz bowiem zorientowała się, co jelenie robiły w tym miejscu. Na ziemi leżało pełno
orzechów bukowych, buczyny. Wiedziała o nich na odmianę nie od matki, lecz z lekcji przyrody w szkole.
Piętnaście minut temu umierała z głodu, a teraz nagle znalazła się przy czymś w rodzaju stołu zastawionego
w Zwięto Dziękczynienia na wspaniałą ucztę. Cóż z tego, że była to jej wegetariańska wersja?
Przyklęknęła, podniosła buczynę i spróbowała rozłupać skorupkę tym, co zostało jej z paznokci. Nie
spodziewała się zbyt wiele, ale skorupka dala się rozłupać równie łatwo jak u orzeszków ziemnych. Orzeszki miały
wielkość mniej więcej kostki palców, jądro zaś było rozmiarów ziarenka słonecznika. Spróbowała go, trochę
niepewnie, ale okazało się równie wspaniałe jak golteria, i jej ciało przyjęło je tak samo radośnie.
Najgorszy głód zaspokoiła jagodami; nie miała pojęcia, ile ich właściwie zjadła, żeby już nie wspomnieć
o liściach, zęby miała teraz pewnie tak zielone jak Arthur Rhodes, ten przerażający dzieciak, mieszkający przy tej
samej ulicy co Pepsi, a poza tym żołądek chyba się jej skurczył, teraz więc powinna...
- Zbierz zapasy - powiedziała cicho. - Tak, kochana, zbierz tyle zapasów, ile się da.
Zdjęła plecak, świadoma tego, jak wiele energii już odzyskała - było to zdumiewające, wręcz cudowne -
i otworzyła go. Pełzała po polance, zgarniając buczynę brudnymi dłońmi. Brudne włosy opadały jej na oczy, brudna
bluzka powiewała w podmuchach wiatru, od czasu do czasu Trisha musiała podciągać dżinsy, które pasowały na nią
doskonale, kiedy wkładała je mniej więcej tysiąc lat temu, ale teraz wciąż się zsuwały. Cały czas nuciła pod nosem
reklamówkę z radia:  1-800-54-GIANT . Kiedy wypełniła już orzechami dno plecaka, jeszcze raz przeszła przez
polankę jagód, zbierając część ich do plecaka, część do ust. Kiedy wróciła aa miejsce, od którego wszystko się
zaczęło, na miejsce, w którym stała wcześniej, zbierając odwagę, by dotknąć pierwszego krzaczka, zdała sobie nagle [ Pobierz całość w formacie PDF ]