[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Gdy na drugi dzień panna Klara weszła do pokoju, już portretu nie było, a na jego miejscu
wisiał piękny obraz Espanioleta. Zmartwiło to pannę Klarę, żałowała swojej popędliwości,
wyrzucała sobie doprawdy niewdzięczność, ale nie okazała tego bynajmniej, bo czuła się daleko
gorzej skrzywdzoną, bo duma i upór kobiecy szeptały jej: Nic to, niech wie, z kim ma do czynienia.
Pan Paweł tymczasem tęsknił mocno do kuzynki. Rad był także obaczyć wszystkie piękne
rzeczy w Dębowej Woli, które mu panna Klara, dla zachęcenia choć tym, aby prędzej przyjeżdżał,
w ostatnim liście szeroko opisała. Z tych tedy powodów, gdy raz spotkał się z panem Kasprem,
opowiedział mu całą rzecz i radził się, co ma zrobić. Pan Kasper naturalnie zachęcił go, namówił,
aby pojechał, aby nie oszczędzał jej serca, które raz na zawsze wyleczyć należało, i aby
opowiedział jej szczerą prawdę.
Biedny pan Paweł usłuchał kulawego diabła i pojechał, marząc o tym nowym raju, którego
Ewą była śliczna kuzynka, i kończąc właśnie przez drogę poemat o tym przedmiocie pod tytułem:
Eden. Sam ten tytuł pokazuje, że w całym ciągu poematu nigdzie nie wspomniało się żadne
nazwisko, żadne imię. Miejsce sceny było oznaczone wyrazem:  tam ;  ona oznaczało kuzynkę;
 on jej męża;  tamten pana Augusta; dla siebie zaś zostawił pan Paweł denominację:  a tenże?
ze znakiem zapytania.
Gdy pan Paweł przybył, choć to było w połowie oktobra, postrzegł, że Dębowa Wola nawet
w tej nieprzyjaznej porze przechodziła jego wyobrażenie. W rzeczy samej, pogodna jesień,
okrywająca drzewa najrozmaitszymi kolorami, rzucająca liście pod nogi, pozbawiona kwiatów i
żywej zieloności, cudnie, choć posępnie, przybrała to piękne miejsce dla poetycznej i zakochanej
duszy pana Pawła. Nie zastawszy kuzynki, która wyszła na spacer, udał się nasz poeta do marszałka
i przy- jęty uprzejmie, wynurzył swoje podziwienie. Powróciła wreszcie panna Klara, a
dowiedziawszy się, że pan Paweł przyjechał, kazała go czym prędzej zawołać.
Gdy wszedł, drżąc od radości, gdy omamiony pięknością jej pomieszkania, chciał jej
winszować, gdy postrzegłszy rumieniec na jej twarzy, który może od tej myśli, że się będzie mogła
o kochanku nagadać, lice jej oblał, chciał coś i o tym powiedzieć  panna Klara, nie dawszy mu
otworzyć gęby, zawołała:
 Niedobry, niewdzięczny, nieludzki panie Pawle! takeś mnie wymęczył! Tego ci nigdy
nie zapomnę.
 Ależ kuzynko!
 %7ładne  ale"  odpowiedziała, tupnąwszy nóżką  żadne przyczyny nie powinny cię
były zatrzymać, gdybyś miał litość nade mną.
 Owszem, miałem litość nad tobą, kuzynko, i dlatego nie przyjeżdżałem.
 Co? co?  krzyknęła panna Klara załamując ręce  więc on w rozpaczy, chory,
nieszczęśliwy? O! pewna byłam, że tak będzie.
 Ale mylisz się, kuzynko! Zupełnie co innego.
 Co innego? Czemuż nie mówisz? Oh, zawsześ był mazgaj, panie Pawle! Siadajże, gadaj.
 I chwyciła go za rękę, i posadziła obok siebie.
Pan Paweł skonfundowany był cokolwiek tym przyjęciem kuzynki, ale gdy się opamiętał i
przypomniał sobie swój poemat; gdy postrzegł, że przy owej jego denominacji:  a tenże?" na
miejscu znaku zapytania stawał wcale niepoetyczny epitet  mazgaj , postanowił za tę krzywdę
zemścić się na panu Auguście i zaczął opowiadanie: jak jechał, jak przyjechał; czego się
spodziewał, co zastał i co jej pan August kazał powiedzieć.
Z początku mu panna Klara przerywała z niecierpliwością, pózniej umilkła, pobladła i trząść
się zaczęła. Ale gdy przyszło do słów pana Augusta nieludzkich, barbarzyńskich, nie mogła już
wytrzymać. Zerwała się z miejsca z zaiskrzonymi oczami i krzyknęła:
 Tego nadto! To nieprawda! To fałsz bezczelny! Zmówiliście się wszyscy, żeby mię
dręczyć, żeby mię zamordować. Idz precz, kłamco, i nie pokazuj mi się nigdy!
Trzeba było widzieć pocieszną minę biednego pana Pawła. %7ładne pióro opisać jej nie zdoła.
Cofnął się kilka kroków, przegiął się, wytrzyszczył oczy, rozstawił ręce i palce i tak stał
skamieniały. Panna Klara, postrzegłszy, że nie wychodzi, poskoczyła do dzwonka i mało taśmy nie
urwała. A gdy wszedł kamerdyner przelękniony, fuknęła na niego:
 Poproś tu pana  i prędko po pokoju chodzić zaczęła. W kilka minut otworzył drzwi
marszałek, rzucił okiem na przelęknionego pana Pawła, na rozgniewaną żonę i tylko co chciał
przemówić, gdy panna Klara zawołała:
 Jesteś pan tu gospodarzem i możesz przyjmować kogo zechcesz, ale jesteś także moim
mężem i winieneś mi opiekę i obronę. Jeżeli pan sobie nie życzysz, abym z tego domu wyszła
pieszo, to proszę, aby noga tego człowieka więcej tu nie postała.
To powiedziawszy, odwróciła się i poszła do gabinetu.
Pan Paweł pozycji nie zmienił. Marszałek spojrzawszy nań, nie zaśmiał się, bo nie mógł
pojąć, jaka by mogła być przyczyna gniewu żony i tej gwałtowności, do której nie sądził ją zdolną.
Przypominając rozmowę w czasie drogi z Niedolipia i jej ówczesną prośbę, tak widocznie w
kontradykcji z terazniejszym rozkazem, przyszło mu na myśl, czy biedny poeta nie uniósł się
zanadto i czy nie przebrał miary w czułości swojej dla kuzynki, czym ją tak mocno obraził.
Opierając się na tym domyśle, bardzo podobnym do prawdy (bo poecie nie trudno o wybryk
niedorzeczny), i chcąc rzecz wyjaśnić, wziął pana Pawła za rękę i zaprowadził do siebie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]