[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- To nasze dziecko - powiedziała, przyciskając dłoń do brzucha.
Skinął głową.
- Wiem. Znajdziemy jakieś rozwiązanie.
Gdyby coś przydarzyło się jej z tego powodu, nigdy nie mógłby żyć z samym
sobą. Nie mógłby żyć bez niej, ponieważ po prostu ją kochał.
- Nie ma co szukać rozwiązania. Spodziewam się dziecka, i jeśli nawet spoj-
rzeniem sprawisz, że poczuje się niechciane, nigdy, przenigdy ci nie wybaczę.
Przeszedł do gabinetu, nalał sobie brandy, a potem, spojrzawszy na kieliszek,
wylał jego zawartość do doniczki.
Jego ojciec nie tylko był hazardzistą, ale pił za dużo, ilekroć miał kłopoty -
zwykle związane z ostatnim długiem karcianym.
Gianfranco nigdy nie miał ochoty go naśladować, po co więc zaczynać teraz?
Nie musiał szukać znieczulenia w butelce.
No więc raz przegrał w loterii zwanej  małżeństwo z miłości"; to nie znaczy-
ło, że musi pozwolić, by historia się powtórzyła.
Powinien chyba cieszyć się, że ma tak wspaniałą żonę - taką, którą może ko-
S
R
chać?
Mógłby siedzieć i zastępować Dianę w wyobrażaniu sobie najokropniejszych
scenariuszy albo zadbać, aby ona i ich dziecko byli bezpieczni.
Nadal zastanawiał się nad strategią, kiedy Diana weszła bez pukania do gabi-
netu. Miała na sobie długą nocną koszulę, która w świetle lampy była przezro-
czysta. W innej sytuacji mógłby podejrzewać, że wybrała ją specjalnie, aby go
uwieść, ale najwyrazniej nie o to teraz chodziło.
Przesunęła spojrzenie na otwartą butelkę na stole.
- Piłeś?
- Nie, rozmyśliłem się.
- Idziesz do łóżka?
- A będę mile widziany?
Odwróciła wzrok i wzruszyła ramionami.
- Rano zaangażuję pielęgniarkę, która będzie tu mieszkać, i zajmę się zapew-
nieniem ci opieki lekarskiej. Angelo będzie wiedział, którzy lekarze są najlepsi.
- To nie jest konieczne.
Ale najwyrazniej dla niego było. Uświadomiła sobie, że zapewniwszy jej fa-
chową opiekę, sam będzie mógł trzymać się na dystans.
Zrozumienie jego motywów napełniło ją głębokim smutkiem. Naprawdę my-
ślała, nawet po wydarzeniach dzisiejszego wieczoru, że mąż może zmienić nasta-
wienie.
- Diano!
W odpowiedzi na swoje wołanie Gianfranco usłyszał stukot obcasów po
marmurowej podłodze w holu. Zaskoczyło go to. Diana obecnie rzadko nosiła w
domu buty. Był to ostatni miesiąc ciąży i stopy zaczynały jej puchnąć.
Jego zdaniem był to co najmniej niepokojący objaw, ale konsultant - oczywi-
ście profesor - rozproszył jego obawy.
- Gianfranco!
S
R
Odwrócił się i zobaczył nie swoją żonę, lecz Carlę. Jego rozczarowanie było
zbyt głębokie, by zdołał je ukryć.
- Carla. Gdzie jest Diana?
Brunetka przycisnęła jedną dłoń do piersi, drugą położyła mu na ramieniu.
- Przykro mi, Gianfranco...
Dramatyczne zawieszenie głosu tylko go zirytowało, podobnie jak zapach
ciężkich perfum, w których chyba się kąpała.
- Obawiam się, że odeszła... ponownie.
Pokazał zęby w gniewnym uśmiechu.
To Diana będzie miała powód do obawy, kiedy ją dopadnie - tylko że ona
nigdy by się nie bała, nieprawdaż? Wysunęłaby tylko podbródek i rzuciła mu
wściekłe spojrzenie wspaniałych zielonych oczu, mówiące wyraznie  idz do dia-
bła". Albo wyglądałaby na istotkę słabą i bezbronną, i sprawiłaby, że poczułby się
jak ostatni drań.
W obu przypadkach doprowadziłaby do tego, że chciałby ją całować. A po-
nieważ nie mógł tego robić, te ostatnie miesiące wykończyły go, jak gdyby toczyli
wojnę na wyczerpanie. Kiedy, zastanowił się ponuro, zamierzała mu wybaczyć? I
kiedy przestanie trzymać go na dystans?
I co jej przyszło do głowy, by włóczyć się poza domem w tym stanie i przy
nadciągającej burzy?
- Odeszła, dokąd? - Zmarszczył z niechęcią nos, gdy Carla podsunęła się bli-
żej.
Nie zauważył, że gwałtownie cofnęła rękę spoczywającą na jego rękawie ani
że wpatruje się w niego.
Ledwo uświadamiając sobie jej obecność, przesunął smagłą dłonią po czole i
podszedł do okna. Drzewa, rosnące wzdłuż długiej drogi dojazdowej, kołysał wiatr,
który był łagodną bryzą w porównaniu z tym, który miał zerwać się pózniej.
Tu, pośród wzgórz, letnie burze potrafiły być bardzo gwałtowne, i to myśl o
S
R
Dianie, która miała przeżyć burzę w samotności, sprawiła, że odwołał popołu-
dniowe spotkania i przyjechał do domu, kiedy jeszcze mógł to zrobić.
- Czy powiedziała, kiedy wróci? - Odsunął mankiet koszuli i spojrzał na ze-
garek.
Dawał jej dziesięć minut; jeśli do tego czasu nie wróci, sam po nią pójdzie.
- Pozwól, że naleję ci drinka - zagruchała współczująco Carla.
Odwrócił się i zobaczył, że skierowała się ku barkowi, przesadnie kołysząc
biodrami.
- Nie chcę drinka - powiedział ostro, kiedy wyciągnęła dwa kieliszki i butelkę.
- Chcę wiedzieć, o której moja żona zapowiedziała powrót.
- Ona nie wróci, Gianfranco.
Spojrzał na nią przymrużonymi oczami, z nieruchomą twarzą, i warknął to-
nem, który rozpoznałby każdy z biznesmenów:
- Gdzie, do diabła, jest moja żona?
Niewyrazny uśmiech na twarzy Carli zbladł, cofnęła się odruchowo. Wście-
kłość w oczach Gianfranca była skierowana przeciwko niej. Nie tak to miało wy-
glądać.
- Właśnie próbuję ci to wyjaśnić. - Starając się zapanować nad sobą, przesu-
nęła językiem po wyschniętych wargach. - Odeszła. A ja jestem tutaj, by cię pocie-
szyć.
Popatrzył na nią przez chwilę, potem uśmiechnął się.
Widząc ten uśmiech, Carla po raz pierwszy pomyślała, że mogła się przeli-
czyć.
- Wiem, że kłamiesz. - Zauważył bladość kuzynki, ale jej nie współczuł.
Jedno wiedział na pewno: że Diana nie odeszłaby od niego bez słowa. Kochał
ją. Nie był już właścicielem swego serca. Teraz należało do Diany.
- Nie wiem dlaczego. Ale się dowiem - obiecał spokojnie.
Wpatrywała się w niego, jakby wcześniej go nie widziała.
S
R
- Nie kłamię. Kiedyś cię już zostawiła - powiedziała piskliwie. - To było nie-
uniknione, i prawdopodobnie tak będzie lepiej na dłuższą metę. - Na jej twarzy za-
stygł brzydki, złośliwy grymas, gdy dorzuciła: - Nigdy nie była jedną z nas. Musisz
przyznać, że masz fatalny gust, jeśli chodzi o kobiety. Najpierw barmanka, a teraz
ona. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak inne byłoby życie, gdybyś ożenił się ze mną,
jak planowaliśmy?
- Planowaliśmy?
- Kiedy miałam dwadzieścia lat, powiedziałeś, że chcesz mnie poślubić.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że miała na myśli jego młodzieńczy
żart... Tyle że ona nie żartowała.
- Miałem szesnaście lat. - Ta kobieta najwyrazniej była pijana albo cierpiała
na urojenia.
- I byłeś taki przystojny. Nie patrz tak, Gianfranco. Rozumiem, że mężczyzna
taki jak ty potrzebuje żony, która go docenia, która rozumie, że człowiek na twoim
stanowisku potrzebuje wsparcia, nie krytyki.
Słuchając jej, czuł coraz większy ucisk w żołądku ze stracha Jego ciężarna
żona zaginęła, i z każdą sekundą upewniał się, że ta wariatka miała z tym coś
wspólnego.
- To znaczy... która zgadza się ze wszystkim, co powiem? Wolałbym kłócić
się z moją żoną, niż kochać się z jakąkolwiek kobietą na tej planecie.
Wytrzeszczyła oczy i potrząsnęła głową.
- Nie kochasz jej, nie możesz jej kochać.
- Nie mam pojęcia, jakie chore fantazje snujesz, i prawdę mówiąc, nie chcę [ Pobierz całość w formacie PDF ]