[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Szli ścieżką prowadzącą przez kamieniste zbocze, potem drogą do kamiennej
ściany, do kamiennego budynku. Czy to był cel ich podróży? Czy to Aono Matki? Ale
okazało się, że to tylko schronisko, przystanek. Przez dwa dni i dwie noce
pozostawali w tym cichym domu, odpoczywając, leżąc w śpiworach. Mogli gotować
tylko na malutkich kuchenkach, została im wyłącznie wędzona ryba, którą wydzielali
sobie małymi porcjami, mocząc ją w roztopionym śniegu, by przyrządzić coś w
rodzaju zupy.
 Przyjdą  mówili. Nie pytała, kto ma przyjść. Była tak zmęczona, że mogłaby zo
stać w tym kamiennym domu na zawsze, tak jak mieszkańcy małych kamiennych
dom
ków w miastach zmarłych, które widziała w Ameryce Południowej, odpoczywający w
pokoju. Jej rodacy palili swoich zmarłych. Zawsze bała się ognia. To było lepsze, ta
lo
dowata cisza.
Trzeciego dnia rano usłyszała odległe dzwonki, słabe pobrzękiwanie.
 Chodz, Satti, zobacz  odezwała się Kieri i pomogła jej wstać, aby mogła wyjrzeć
przez drzwi kamiennego domku.
Z południa nadchodzili ludzie, wyłaniali się spomiędzy szarych głazów, wyższych niż
oni, ludzie z minulami, obładowanymi bagażami aż po łęki wysokich siodeł. Na
przywiązanych do siodeł długich tyczkach trzepotały długie wstążki, czerwone i
niebieskie. Wokół białych kudłatych szyj młodych, biegnących za swoimi matkami,
brzęczały dzwoneczki.
Następnego dnia ruszyli w drogę w dół wraz z jezdzcami do ich letniego
obozowiska. Szli przez trzy dni, lecz droga była na ogół łatwa. Ich towarzysze
nalegali, żeby Sat-ti jechała na grzbiecie jednego z minuli, ale poza nią wszyscy szli
pieszo, więc szła i ona. W pewnym miejscu musieli obejść występ skalny, pod którym
ziała przepaść. Zcieżka była równa, lecz miejscami szeroka najwyżej na stopę, a
śnieg zaczynał topnieć. Jezdzcy puścili minule wolno i szli za nimi. Powiedzieli Satti,
że powinna stawiać stopy w śladach zwierząt. Wybrała więc sobie jednego minula i
podążała za nim krok w krok. Obrośnięte wełną pośladki zwierzęcia drgały
nonszalancko; minul szedł niedbale, od czasu do czasu zatrzymując się, by spojrzeć
ze znudzeniem w mglistą otchłań. Nikt się nie
86
odezwał, dopóki wszyscy nie znalezli się na bezpiecznym terenie. Wtedy zaczęto
śmiać się i żartować, a parę osób zrobiło gest góry-serca w stronę Silong.
Z wioski rogaty szczyt był niewidoczny; widać było tylko wielki masyw bliższej góry
i skrawek ściany od północnego zachodu. Wioska kipiała zielenią, otwarta na północ
i południe, doskonałe letnie pastwisko, idylla. Nad rzeką rosły drzewa, Odiedin
pokazał je Satti. Były wielkości jej małego palca. W Okzat-Ozkat te same drzewa
osiągały wielkość krzewów. W parkach Dowza City przechadzała się w ich cieniu.
W wiosce miał miejsce zgon; młody mężczyzna zaniedbał skaleczenie na stopie i
umarł z powodu zakażenia krwi. Przechowywano jego zwłoki w śniegu, czekając na
pojawienie się maz. Skąd wiedzieli, że zbliża się grupa Odiedina? Jak to wszystko
zorganizowano? Satti tego nie rozumiała, ale nie łamała sobie głowy. W górach było
wiele rzeczy, których nie pojmowała. Na razie była bezradna jak dziecko.  Bylibyśmy
jak dzieci&  . Kto to powiedział? Cieszyła się, że może iść, siedzieć w słońcu,
podążać za zwierzęciem.  Dokąd mnie w swej dobroci przewodnicy wiodą, tam idę,
idę lekko&  .
Dwaj młodzi maz opowiedzieli pogrzeb. Tak się to tutaj nazywało. Jak wszystkie
rytuały, i ten polegał na narracji. Przez dwa dni Siez i Tobadan siedzieli z rodziną
zmarłego, jego ojcem, ciotką, siostrą, przyjaciółmi, kobietą, która od pewnego czasu
była jego żoną  i wysłuchiwali wszystkich, którzy chcieli o nim mówić, opowiadać,
kim był, czego dokonał. Następnie to oni opowiedzieli o wszystkim od nowa,
uroczyście i w ceremonialnych zwrotach przy cichym tabat, tabat bębenka, śląc
słowa nad ciałem owiniętym białym, cienkim, ciągle zamarzniętym materiałem. Była to
pieśń pochwalna, ubranie życia w słowa, uczynienie go częścią niezmierzonego
przestworu opowiadania.
Potem Siez o pięknym głosie wyrecytował zakończenie historii o Penan-Teran,
mitycznej parze bohaterów, szczególnie ukochanych przez Rangma. Penan i Teran
byli młodymi wojownikami z Silong, którzy ujeżdżali północny wiatr, zjeżdżając na
nim z gór jak na eberdynie i rzucając się na nim w bitwę przy furkocie proporców, by
walczyć z odwiecznym wrogiem Rangma, ludzmi morza, barbarzyńcami z zachodnich
równin. Ale Teran poległ w walce, a Penan osiodłał południowy wiatr, wiatr od morza,
pofrunął na nim w góry, rzucił się z niego w przepaść i zginął.
Ludzie słuchali i płakali, a w oczach Satti pojawiły się łzy.
Potem Tobadan uderzył w bębenek tak, jak jeszcze nigdy dotąd, nie cicho, w rytmie
serca, lecz gwałtownie, nagląco, na co ludzie podnieśli zwłoki i ruszyli z nim w
procesji. Wynieśli je z wioski przy nieustającym bębnieniu.
 Gdzie go pochowają?  spytała Odiedina.
 WT żołądkach geyma.  Maz wskazał na odległe kamienne wieżyce na jednym z
potężnych skalnych wzniesień nad wioską.  Zostawią go tam, nagiego.
To lepsze niż leżenie w kamiennym domu, pomyślała. I o wiele lepsze niż ogień.
 %7łeby mógł jezdzić na grzbiecie wiatru  powiedziała.
87
Odiedin obrzucił ją spojrzeniem, a po chwili pokiwał w milczeniu głową.
Nie był zbyt rozmowny, a jeśli się odzywał, to na ogół sucho i surowo. Jednak do tej
pory Satti czuła się już zupełnie swobodnie z jego towarzystwie, tak jak on w jej.
Pisał na skrawkach niebieskiego i czerwonego papieru, którego niewyczerpane
zapasy nosił w plecaku. Zapisywał imię i nazwisko zmarłego dla tych, którzy go
opłakiwali, by mogli zabrać karteczki do domu i umieścić je w opowiadających
pudełkach.
 Zanim Dowzanie doszli do władzy&  odezwała się -& zanim zaczęli zmieniać
wszystko, tworzyć maszyny, produkować przedmioty w wielkich fabrykach zamiast
ro
bić je ręcznie, wprowadzać nowe prawa& i tak dalej&  Odiedin skinął głową.  Mi
nęło niespełna sto lat& odkąd przybyli wysłannicy Ekumenu. Kim do tego czasu
byli
Dowzanie?
 Barbarzyńcami.
Jako Rangma nie mógł się powstrzymać, by tego nie powiedzieć, głośno i wyraznie.
Ale wiedziała, że jest też rozważny i prawdomówny.
 Czy nie znali Opowiadania?
Milczenie. Odiedin odłożył pióro.
 Dawno temu, nie. W czasach PenanTeran, nie. W czasach gdy pisano  Drzewo .
Potem ludzie z centralnych równin, z Doy, zaczęli ich oswajać. Handlowali z nimi,
uczy
li ich. Nauczyli czytać, pisać i opowiadać. Ale oni nadal byli barbarzyńcami, joz Satti.
Woleli walczyć niż handlować. A kiedy handlowali, to tak jakby walczyli. Pozwalali na
lichwiarstwo, szukali wielkich zysków. Zawsze mieli gobey, przywódców, którym
płaci [ Pobierz całość w formacie PDF ]