[ Pobierz całość w formacie PDF ]

z nią na spotkanie za dwa dni.
Odkładając słuchawkę miałem uczucie, że jestem zdrajcą. Uznałem jednak, że
nie wolno mi inaczej postąpić.
Nazajutrz ze swego biura zatelefonowałem do banku, prosząc o połączenie
mnie z panią Joanną Gromską.
Usłyszałem głos kobiecy o przyjemnym brzmieniu, ale bardzo urzędowy. Zda-
wało mi się, że gdzieś z daleka słyszę także stukot maszyn do liczenia, i natych-
miast wyobraziłem sobie suchą panią w okularach, podliczającą czyjeś wydatki
i oszczędności.
W krótkich słowach streściłem, o co mi chodzi.
 %7łałuję, ale nie pamiętam nazwy wioski, gdzie mieszkał ten poeta  od-
powiedziała.  Mówiłam to już koledze Zliwowskiemu, który był u mnie przed-
wczoraj z jakimś panem. Może, gdybym jeszcze raz popłynęła tym samym szla-
kiem, przypomniałabym sobie tę miejscowość. Bo wydaje mi się, że pamiętam
okolicę, brzeg jeziora, dom tego człowieka. . .
 Zliwowski był z kimś u pani?  zawołałem przerażony.  Proszę tym
osobom nie udzielać żadnych informacji w tej sprawie.
 Ależ ja właśnie z kolegą Zliwowskim brałam udział w tamtym rejsie. . .
 Niech mi pani uwierzy, z tymi ludzmi trzeba zachować ostrożność.
Zawahała się.
 Kim pan jest?  zapytała z nieufnością.
 Pracuję w Centralnym Zarządzie Muzeów i Ochrony Zabytków.
48
 Tak się właśnie przedstawił człowiek, który był u mnie z kolegą Zliwow-
skim. Mówił, że nazywa się Tomasz NN.
Aż tchu mi zabrakło.
 To oszustwo!  wybuchnąłem.  Przecież to właśnie ja jestem Tomasz
NN. Musimy się spotkać. Natychmiast!
Zaśmiała się.
 Zaraz? Już? To niemożliwe. Pracuję do piętnastej. Proszę przyjść do mnie
do domu dziś wieczorem. O osiemnastej.
Podała mi swój adres i telefon domowy.
Tego dnia godziny wlokły się, jakby wszystkie zegary były zle naoliwione
i ich mechanizmy z największym trudem przesuwały wskazówki. Na długo przed
umówionym terminem zajechałem wehikułem pod ogromny wieżowiec na Sa-
dybie i ustaliwszy, w której klatce schodowej i na którym piętrze mieszka pani
Gromska, czekałem w samochodzie, paląc jednego papierosa za drugim.
Sprawa wiersza  Złota rękawica przybrała nagle nieoczekiwany obrót. Zli-
wowski postanowił zarobić i poszukał  mecenasa dla rzezb i malowideł niezna-
nego ludowego twórcy. w mecenas chyba mnie dobrze znał. Mógł mu wystar-
czyć opis wehikułu, o którym zapewne wspomniał Zliwowski. Dlatego bez trudu
podszył się pod moje nazwisko i moją funkcję, aby wkraść się w zaufanie pani
Gromskiej.
 Zaniedbałem tę historię  pomstowałem na siebie w myślach.
Ale przecież poszukiwanie autora pięknego wiersza było moją prywatną spra-
wą i nie mogłem dla niej zaniedbywać służbowych obowiązków. Wprawdzie w tej
chwili ta prywatna pasja zaczynała nabierać charakteru służbowego, ponieważ ja-
kiś osobnik zapragnął wejść w posiadanie rzezb i malowideł ludowego twórcy,
ale wiedziałem, że jeśli zwrócę się z tym do swego zwierzchnika, dyrektora Mar-
czaka, przekaże on tę sprawę któremuś z muzeów etnograficznych.  My, panie
Tomaszu  powie  mamy stokroć poważniejsze zadania. Kończy się odbu-
dowa Zamku Królewskiego. Trzeba znalezć drzwi Bramy Grodzkiej, bo stolarze
chcą je odtworzyć. Podobno już po wojnie widziano gdzieś kilka krzeseł z Sali
Tronowej. Mamy dużo innej roboty. . . 
Pani Joanna Gromska zajmowała małe mieszkanie na ósmym piętrze  dwa
pokoiki z kuchenką. Wnętrze urządzone było nad wyraz skromnie, powiedział-
bym nawet: biednie.
Otworzył mi drzwi trzynastoletni chłopiec. Bardzo szczupły, wysoki, o bujnej
czuprynie i ukrytych za szkłami okularów wielkich, czarnych oczach.
 Mama na pana już czeka  ukłonił się i, gdy powiesiłem kożuszek
w przedpokoju, wprowadził mnie do malutkiego pokoiku, gdzie była tylko sta-
ra wersalka, niski stolik i długa ława. Pani Gromska szyła coś na elektrycznej
maszynie ze stoliczkiem, która była chyba najdroższym sprzętem w całym poko-
ju.
49
Miała najwyżej trzydzieści pięć lat. Wysoka, szczupła, bardzo zgrabna, o gład-
ko zaczesanych czarnych włosach i surowym wyrazie twarzy. Rysy niemal kla-
syczne, cera tak biała i gładka, że mogłaby jej pozazdrościć najpiękniejsza dziew-
czyna. Wielkie, nieco skośne czarne oczy, które odziedziczył po niej syn. Ubrana
była w jasną bluzką i ciemną, długą spódnicę. Od pierwszego wejrzenia budziła
respekt, stwarzając ogromny dystans między sobą i rozmówcą. Spostrzegłem, że
ma bardzo piękne ręce o długich, delikatnych palcach. Wskazała mi ławę przed
niskim stolikiem.
 Piotruś zaraz nam poda kawę. Napije się pan, prawda?  zapytała uprzej-
mie.
 Czy nie przeszkadzam?  spojrzałem na maszynę do szycia i odłożoną
robotę.
 To może poczekać  stwierdziła.  Szyję synowi dżinsy. Dostałam od
koleżanki wzór. Dżinsy w sklepach są bardzo drogie, a on marzy o dżinsach.
Wyjąłem z kieszeni swoją legitymację służbową i podałem pani Gromskiej.
 Proszę się przekonać, że to ja jestem Tomaszem NN.
Chłopiec wniósł tacę z dwiema filiżankami i postawił ją na stoliku. Sam usiadł
na krzesełku przy maszynie do szycia, zapewne chciał asystować przy naszej roz-
mowie.
Pani Gromska przejrzała uważnie legitymację i oddała mi ją.
 Widzisz, Piotrusiu  zwróciła się do syna  ten pan, który tu był przed-
wczoraj z moim dawnym kolegą Zliwowskim, po prostu nas okłamał.
I zapytała mnie:
 Dlaczego on to zrobił? I o co naprawdę chodzi?
Oczy chłopca zrobiły się jeszcze większe ze zdumienia. Patrzył na mnie, jak
na bohatera jakiejś gangsterskiej historii. Do tej pory przygody oglądał zapewne
tylko w filmach albo czytał o nich. Teraz miał wrażenie, że przygoda weszła do
jego domu, a to zawsze zaskakuje.
Nie musiałem się streszczać ani spieszyć. Opowiedziałem więc szczegółowo,
jak kupiłem wrak  Szkwała i znalazłem dziennik jachtowy. Przeczytałem pięk-
ny wiersz, który w nim odkryłem. Złożyłem relację ze spotkania z panem Do-
łęgowskim, a potem Zliwowskim. Wyjawiłem swoje podejrzenia co do powodu [ Pobierz całość w formacie PDF ]