[ Pobierz całość w formacie PDF ]

literaturę. Będziesz przy pannie Lucy czuwać przez całą noc?
- Czy nie lepiej wezwać pielęgniarkę?
- Najlepszymi pielęgniarzami jesteśmy my dwaj. Nie wolno ci ani na chwilę
zmrużyć oka. Wrócę tak szybko, jak tylko będę mógł. A potem zaczniemy.
- Zaczniemy? Na Boga, co zaczniemy?
- Ciszej, proszę. Zobaczymy. Nie zapominaj, proszę, że powierzyłem
pacjentkę twojej opiece. Jeżeli coś się wydarzy, nie zaznasz spokoju do
końca życia. %7łegnam cię.
Dziennik dr. Sewarda - ciąg dalszy
8 września
Całą noc siedziałem przy Lucy. Zrodek nasenny działał aż do zmroku.
Obudziła się sama. Wyglądała jak niegdyś, pełna życia i dobrego nastroju.
Poprzednie wyczerpanie pozostawiło jednak na jej twarzy pewne ślady.
Musiałem wyjaśnić matce Lucy, iż zgodnie z zaleceniem profesora muszę i
tej nocy czuwać przy jej córce aż do rana. Pani Westenra starała się mnie
odwieść od tego postanowienia, podkreślając zupełnie dobre
samopoczucie córki. Nie dałem się jednak przekonać. Usadowiłem się na
swoim stanowisku i udawałem, że nie dostrzegam wdzięcznych spojrzeń
panny Lucy. Morzył ją sen, ale ona wyraznie się przed nim broniła.
Zapytałem dlaczego to robi?
- Gdyby pan był na moim miejscu... Gdyby dla pana sen znaczył
okropność...
- Okropność? Jak to? Co panienka chce przez to powiedzieć?
- Nie wiem. Boże drogi! Naprawdę nie wiem. To straszne, ale siły
opuszczają mnie właśnie zawsze podczas snu - nawet myśleć o tym się
boję!
- Panno Lucy, dzisiejszej nocy możesz wypoczywać spokojnie. Przyrzekam,
że w razie jakichś oznak męczącego snu, zaraz panienkę obudzę.
- Na pewno? Obudzi mnie pan, doktorze? W takim razie mogę spać
spokojnie - powiedziała z ulgą i po chwili już nie wiedziała o bożym świecie.
Przez całą noc nie spuściłem z niej oka. Lucy nawet się nie poruszyła, spała
głębokim, przywracającym siłę i zdrowie snem. Usta miała lekko
rozchylone, jej pierś unosiła się i opadała regularnie. Uśmiechała się
nawet, to znaczy, że sny miała spokojne.
Wczesnym rankiem przyszła służąca. Oddałem Lucy pod jej opiekę i
pośpieszyłem do zakładu, ponieważ przez te dwa ostatnie noce dyżury u
panny Lucy zaniedbałem poniekąd własne obowiązki. Wysłałem krótkie
telegramy: jeden do Van Helsinga, a drugi do Artura. Informowałem ich o
doskonałych wynikach przeprowadzonej transfuzji. Przez cały dzień miałem
wiele zajęć, tak że dopiero wieczorem mogłem zapytać o mojego zoofaga.
Raport, jaki otrzymałem w jego sprawie, był zadowalający. Renfield
zachowywał się ponoć spokojnie i dniem, i nocą. Przy kolacji otrzymałem
telegram z Amsterdamu. Profesor życzy sobie, bym i dzisiejszą noc spędził
przy łóżku Lucy. On zaś wsiada w nocny pociąg i rano będzie w Londynie.
9 września
Do Hillingham przyszedłem zmęczony jak koń. Przez dwie ostatnie noce
oka nie zmrużyłem. Zaczęła mnie ogarniać apatia - oznaka przepracowania
mózgu. Lucy jeszcze nie spała, a jej nastrój był wyjątkowo dobry. Witając
się ze mną, omiotła mnie wzrokiem od stóp do głów, zajrzała głęboko w
oczy, po czym stwierdziła z przekąsem:
- Dzisiejszej nocy nie wolno panu czuwać przy moim łóżku. Jest pan
kompletnie wyczerpany. Za to ja czuję się wyśmienicie. Może to ja właśnie
powinnam w rewanżu czuwać dziś przy panu?
Nie byłem w nastroju do żartów, by się z nią przekomarzać. Do kolacji - ku
mojemu zadowoleniu - podano wyśmienite porto, które znakomicie mnie
pokrzepiło. Potem Lucy zaprowadziła mnie do pokoju przylegającego do jej
sypialni, wskazała leżankę i udzieliła mi przyjacielskiej rady:
- Pan zostaje tutaj. Drzwi do mnie zostaną otwarte, a gdybym czegoś
potrzebowała - zawołam.
Musiałem się zgodzić, ba! nawet - przy mojej kondycji - bardzo mi to
odpowiadało. Z całej mojej garderoby zdjąłem li tylko buty, wyciągnąłem
się na kozetce - i zasnąłem snem sprawiedliwego...
10 września
Nagle poczułem, że ktoś dotyka mojego czoła. Otworzyłem oczy i
zobaczyłem pochylonego nade mną profesora.
- Jak się ma nasza pacjentka?
- W momencie naszego rozstania czuła się całkiem niezle -
odpowiedziałem, wskakując pośpiesznie w buty.
Wkroczyliśmy do sypialni Lucy. Podczas gdy ja poszedłem rozsunąć kotary,
profesor na plecach podszedł do łóżka panny. Pokój został zalany
porannym słońcem. Van Helsing pochylił się na pacjentką i... jego  Gott im
Himmel! - nie wymagało żadnych wyjaśnień.
Lucy leżała zemdlona! Była bardziej blada niż kiedykolwiek. Nawet wargi
miała niemalże białe, a jej zęby zdawały się wychodzić z dziąseł.
- Prędzej, brandy! - wykrzyknął Van Helsing.
Pobiegłem do jadalni i wróciłem z butelką. Profesor zwilżył alkoholem usta
Lucy, masował jej dłonie, nadgarstki i klatkę piersiową w okolicy serca.
Potem zbadaliśmy jej puls. Sytuacja była krytyczna, lecz nie beznadziejna.
- Jeszcze nie jest za pózno, kolego! - zawołał profesor. A ponieważ nie ma
pod ręką Artura, musisz ty podarować jej nieco krwi. Szybko!
Van Helsing przygotował instrumenty, a ponieważ Lucy była nieprzytomna,
nie trzeba było zastosować opium. Transfuzja przebiegała sprawnie, lecz w
pewnej chwili - w miarę jak policzki Lucy nabierały rumieńców -
dziewczyna zaczęła się budzić. Wtedy profesor wstrzyknął jej,
przygotowanego na wszelki wypadek  Morfeusza . Lucy znieruchomiała, a
my już bez przeszkód dokończyliśmy zabieg.
- Teraz proszę zjeść obfite śniadanie i napić się wina - powiedział mój
mistrz z wyrazną ulgą. - Lucy oddycha regularnie, ja przy niej jeszcze
posiedzę, a ty musisz wypocząć. Potem wróć. I jeszcze jedno: o tej
transfuzji nikomu ani słowa. Artur mógłby być zazdrosny, albo co? Jasne?
Jak zawsze i tym razem posłuchałem go bez słowa sprzeciwu. Po posiłku
wyciągnąłem się na kanapie i usilnie myślałem o tym, jaka mogła być
przyczyna nawrotu dolegliwości Lucy. To nie do pomyślenia, by człowiek
utracił tyle krwi - i nigdzie nie powstał ślad po obfitym krwawieniu.
Przyłapałem się na tym, że coraz częściej kojarzę jej stan z małymi
rankami na szyi.
Lucy spała spokojnie i twardo, a kiedy się obudziła, była różowiutka jak
noworodek, chociaż o wiele słabsza, niż wczoraj. Van Helsing okazywał
widoczne zadowolenie z jej stanu, co podkreślił udając się na spacer. Przed
wyjściem zapytał o najbliższą pocztę, ponieważ potrzebuje wysłać
telegram.
Lucy rozmawiała ze mną o różnych sprawach i wcale nie była świadoma
tego, co przed chwilą miało tu miejsce. Odwiedziła nas jej matka, która
także niczego nie zauważyła. Starsza pani zwróciła mi tylko uwagę, bym
się bardziej oszczędzał, bo w oczach blednę!
- Powinien się pan ożenić - dodała, a po tym słowach Lucy jakby się lekko
zarumieniła, położyła porozumiewawczo palec na wargach i opadła na
poduszkę.
Chyba po godzinie wrócił Van Helsing. Uprzedził mnie, że od teraz [ Pobierz całość w formacie PDF ]