[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Bjrn gwałtownie ściągnął cugle i się odwrócił. Koń zarżał z bólu.
- O co wam chodzi?! - krzyknął. - Chcecie, żebym wam poobcinał
głowy?!
Mężczyzni zaprzeczyli. Bjrn chciał naśladować ojca, ale nie bardzo
mu się to udawało. Nie potrafił być tak grozny jak Gandalf. W wieku
dwudziestu lat zapuścił brodę, ale jak dotąd nie wyróżnił się jeszcze w
walce. Za każdym razem dawał raczej dowody tchórzostwa. Na
dodatek wszyscy we wsi byli świadkami upokorzeń, jakie musiał
znosić od Gandalfa. Mimo to chełpił się tym, że jest synem wodza, i
traktował wszystkich, jakby byli jego niewolnikami. Ale ponieważ tak
jak Gandalf Szalony był podejrzliwy i nieprzewidywalny, jego
wybuchy gniewu i histerii kończyły się często łzami i ośmieszającymi
go atakami nerwowymi. Ci, którzy jak Ivar towarzyszyli mu, kiedy
był młodszy, od dawna musieli znosić jego humory i stracili dla niego
sympatię.
Bjrn jakby zapomniał, że znajdują się daleko od wsi.
- Zatrzymajmy się tutaj, Bjrnie. - Ivar zsiadł z wierzchowca. - Ta
polana jest doskonała na postój.
Eskild zrobił to samo.
- Zabraniam wam! - grzmiał Bjrn. - Musicie mnie słuchać! Gandalf
wyznaczył mnie na przywódcę tej misji!
Gdyby nie siedział na koniu, zacząłby chyba tupać nogami jak
rozkapryszony trzylatek.
Nikt go jednak nie słuchał. Eskild zbierał suche drewno na ognisko.
Ivar odpinał bukłak przytroczony do siodła i pił łapczywie wielkimi
haustami. Bjrn zacisnął pięści. Nienawidził tych ludzi i obiecał sobie,
że kiedy zostanie wodzem, każe ich ściąć.
Był bowiem zdecydowany zostać wodzem. Chciał nawet, jeżeli tylko
nadarzy się okazja, pozbyć się Gandalfa. Nie rozumiał, dlaczego
ojciec z takim uporem szuka Aaricii. Ta mała idiotka mogła się
zgubić, umrzeć i cokolwiek jeszcze przyszłoby jej do głowy.
Zadawano sobie pytanie, dlaczego uciekła, skoro Thorgal nie żyje.
Bjrn się uśmiechnął. Uśmiechał się na wspomnienie zniknięcia
przeklętego skalda. Ten bękart zawsze stawał mu na drodze, a teraz
ostatecznie się go pozbył. Miał nadzieję, że cierpiał i błagał bogów o
litość, zanim znalazł się w labiryntach Helu.
Tymczasem jego wojownicy rozbili obóz. Bjrn zdecydował się w
końcu zsiąść z konia, bo i tak nie miał wyboru.
Przywiązał miecz do siodła, po czym usiadł przy ognisku. Był to
miecz, który Gandalf odebrał Thorgalowi, a który ten zazdrosny
bękart ukradł wcześniej, nie wiadomo w jaki sposób, z kufra z łupami
wojennymi. Była to bardzo piękna broń, z ozdobną głownią w
kształcie orła. To miecz godny wodza, myślał Bjrn z satysfakcją.
Przyglądał się swoim towarzyszom rzucającym nożem w ziemię
pokrytą dywanem ze świerkowych szpilek. Po drodze Eskild i Ivar
upolowali parę drozdów, zabrali się więc do oskubywania ich. Nagle
Eskild podniósł głowę.
- Słyszeliście?
- Co? - mruknął Bjrn, sięgając po nóż wbity w ziemię.
Eskild wstał i chwycił łuk. Ivar czujnie położył dłoń na rękojeści
miecza.
- Coś się poruszyło za krzakiem! - krzyknął.
Bjrn wyprostował się lekko zaniepokojony. Wyglądał, jakby węszył.
Nigdy nie lubił lasu.
- No i co? - prychnął fałszywie pewnym głosem. - Co niby tam
chcecie zobaczyć?
Mężczyzni ostrożnie zbliżyli się z dwóch stron do zarośli. Starali się
zajrzeć za krzak, ale niczego tam nie dostrzegli. Eskild podniósł patyk
i rzucił nim w gęstwinę. Cisza.
Bjrn wzruszył ramionami i zaśmiał się szyderczo:
- Ktoś podobno słyszał hałasy! Jesteście nazbyt nerwowi, chłopcy!
Uspokójcie się!
*
Aaricia westchnęła z ulgą. Na szczęście nie dała się złapać. Ale
dlaczego musieli się zatrzymać akurat w tym miejscu? Z pewnością z
tego samego powodu co ona... Tak jak powiedział Ivar, ta polanka to
doskonałe miejsce na postój. Aaricia, wycieńczona po długim marszu,
ułożyła się do snu w zeschłych liściach z głową na sakwie wciśniętą
między dwa korzenie. Zbudziła się nagle, słysząc stukot końskich
kopyt. A więc to już! Miała nadzieję, że będą potrzebowali więcej
czasu, żeby ją dogonić. Oni jednak jechali konno, a ona szła piechotą.
Solveig ukradła dla niej wierzchowca, ale Aaricia nie cieszyła się nim
zbyt długo. Po dwóch dniach podróży zostawiła konia na skraju
ścieżki, a sama zeszła w dolinę, żeby zaopatrzyć się w wodę ze
strumienia płynącego jej dnem. Korzystając z chwili wytchnienia,
orzezwiała się przy strumyku, a usłyszawszy tętent koni i krzyki,
szybko się schowała. Z miejsca, w którym się znajdowała, mogła
dostrzec grupę około dziesięciu mężczyzn, którzy otoczyli jej konia i
rozglądali się po okolicy, żeby znalezć właściciela wierzchowca. [ Pobierz całość w formacie PDF ]