[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wasalów i pachołków, a nawet i żołnierzy. Twierdzili oni, że dzika
nie powinno się ruszać, a tym bardziej zabijać. Ukłuty ciekawością
słuchałem pilnie tych zwierzeń i wreszcie zasłyszawszy trochę tu, trochę
tam, doszedłem do wniosku, że ten zakaz wypływał z jakiegoś strachu,
bardziej niewytłumaczonego niż obawa śmierci. Dzik  a zwłaszcza ten
o złotej sierści  był stworzeniem na pół świętym, a na pół piekielnym,
w każdym razie stworzeniem nadprzyrodzonym, które towarzyszyło w
lasach czy na łąkach istocie, sile lub bóstwu  niewątpliwie już martwemu
lub przynajmniej pogrzebanemu przez wiarę z Rzymu  zsyłającemu
płodność. Potem odkryłem w na pół spalonych napisach czy znakach
pokrywających kołki w ogrodzie mniej lub bardziej rozpoznawalny
rysunek dzika. Czasem także widziałem zawieszony na szyi jakiegoś
chłopa kieł jednego z tych zwierząt.
Ale choć te opowiadania budziły w mojej duszy jakieś nieswoje
uczucia, po pewnym czasie odrzuciłem te niepokoje i poszedłem na
poszukiwanie mojej zdobyczy z prawdziwą emocją i wyzwolony z tych
lęków.
W dniu kiedy powaliłem jedno z tych zwierząt, stałem przez długą
chwilę nieruchomo, oszołomiony i pogrążony w pewnego rodzaju głębokiej
radosnej przyjemności, obserwując zabitą bestię. Był to warchlak, właśnie
o złocistej sierści. Konając wydał głuchy ryk, spomiędzy kłów trysnął
czerwony cienki strumyczek, który wstrząsnął mną tak, że sam z kolei
jęknąłem. Był to dzień prawdziwie ważny dla mnie. Obdarłem go ze skóry
i wypatroszyłem, skórę napiąłem do wyschnięcia, a w końcu zrzuciłem
z małego wzgórza łeb  i widząc, jak się toczy, doznałem dziwnego i
przykrego wrażenia. Poćwiartowawszy mięso, upiekłem udziec i zjadłem
go z wielką rozkoszą. Był niezwykle smaczny, chociaż bardzo twardy.
Wkrótce poczułem ociężałość i senność, po zaspokojeniu mej
naturalnej żarłoczności, a zarazem na skutek emocji tego przeżycia.
Z melancholią spoglądałem na mięso, które jeszcze zostało, choć je
przyprawiłem, jak umiałem  a nie byłem bardzo zręczny ani nie miałem
do dyspozycji rzeczy potrzebnych do takich zajęć. Mięsa było za dużo
i zrozumiałem, że zepsuje się i zgnije, zanim zdążę je zjeść. Gorzkie
doświadczenia i duma nie pozwoliły mi się zwrócić do służebnych czy
wieśniaczek i prosić, żeby je posoliły i zamarynowały, jak widziałem, że
to robią z dziczyzną. Owinąłem więc to, co zostało, w kawałek skóry,
ukryłem między kamieniami, gdzie zwykle trzymałem resztki innych
łupów i chodziłem smutny, zniechęcony i zgnębiony z kąta w kąt.
Tej nocy wziąłem siodło mego konia (które zwykle służyło mi za
poduszkę) i poszedłem spać pod schody wieży, bo w końcu to miejsce
stało się dla mnie przyjemniejsze niż twardy barłóg nad lochami. Tam,
udając śpiącego lub nie  zależnie od tego, co mi radził zdrowy rozsądek
 mogłem widzieć i słyszeć rzeczy, które budziły moją ciekawość i
zainteresowanie, gdyż w miarę jak mijał czas, wszelkie próby nawiązania
z kimś rozmowy stawały się dla mnie coraz trudniejsze, jeśli nie
niemożliwe.
Tej nocy schronił się tam żebrak, którego twarz ukryta była niemal
zupełnie pod ciemnym kapturem. Jego bose stopy sterczały spod zgrzebnej
podartej siermięgi, kiedy zwinął się w kącie jak zwierzę w swej norze. Ale
gdy wyciągnąłem się obok niego, podniósł głowę i ześliznął się nieco jego
kaptur, a wtedy zobaczyłem twarz chłopca, w której błyszczało dwoje
jasnych oczu, bystrych i czujnych. Nie wiem, jaki był prawdziwy impuls,
który mi kazał potrząsnąć jego ramieniem i powiedzieć mu, że jeśli jest
głodny, mogę mu dać jeść. Przez chwilę milczał jakby zaskoczony (albo
tak mi się zdawało). Jego twarz, ciemna i koścista, nosiła wyrazne ślady
cierpienia i widać było, że nie znał nigdy niczego, co byłoby radością i
wygodą, bodaj najmniejszą.
 A czego żądasz ode mnie w zamian?  odezwał się wreszcie, ale tak
ostro, że zdawał się raczej kąsać niż mówić.
 Nic  powiedziałem, nie wierząc własnym uszom, zdumiony, że
mnie nie odepchnął.  Chcę tylko się podzielić z tobą tym, co upolowałem:
wystarczy dla dwóch.
Nie czekając dłużej, podniosłem się i ciągnąc go za suknię
powiedziałem, żeby szedł za mną. Zaprowadziłem go do kryjówki,
gdzie trzymałem moje zapasy. Obaj zabraliśmy się do jedzenia. Jadł z
żarłocznością, którą niemal można było przyrównać do mojej. Potem
dałem mu się napić wina, które nauczyłem się wykradać z piwnic ojca i
które także tam ukrywałem. Długo jedliśmy i pili, nie rozmawiając więcej.
Najadłszy się do syta, siedliśmy pod murem i oddychaliśmy
zadowoleni, patrząc w ciemność nocną. Chciałem mu coś powiedzieć,
czy może spytać go o coś, ale nie znajdowałem odpowiednich słów i
to budziło we mnie jakąś niesłuszną i nie dostosowaną do okoliczności
urazę. On przemówił pierwszy, równie niespodziewanie i szorstko, jak za
pierwszym razem pod schodami. I powiedział coś, co naprawdę wydało
mi się dziwne:
 Jeżeli jesteś synem pana tej włości, kiedyś będziesz człowiekiem
potężnym.
Przełknąłem ślinę  bo wiele mnie kosztowało mówienie  zanim
odpowiedziałem, że istotnie mam taką nadzieję, bo kiedy mój ojciec
umrze, ja będę panem i władcą całej okolicy. Było to kłamstwo i mówiąc
zdawałem sobie sprawę, że moi bracia nie rozumują tak prosto i nie są
tego samego zdania w tej kwestii. Ale nie wiedziałem, co innego mógłbym
powiedzieć, bo te ani podobne im myśli nigdy przedtem nie przeszły mi
przez głowę.
 W takim razie  mruknął młody włóczęga z rozmarzonym wyrazem
twarzy  kiedy będziesz wielkim i możnym rycerzem, wezwij mnie, a
przybiegnę wtedy niechybnie i będę walczył u twego boku, przeciw komu
każesz i kiedy każesz.
Potem mało już mieliśmy sobie do powiedzenia, tak że starannie
zakopawszy ogryzione kości wróciliśmy pod schody. Zasnąłem mocno
pod wpływem dziwnego, ogromnego zmęczenia, jak po ciężkiej walce.
Ale to zmęczenie tkwiło nie w ramionach ani nogach, ani w jakimkolwiek
miejscu mego ciała, lecz wewnątrz mojej istoty, nieuchwytne i pieniste
jak wino, powiedziałbym nawet, że przyjemne.
Gdy zaczęło świtać, obudziłem się, tknięty wielkim niepokojem.
Chciałem powiedzieć żebrakowi, żeby tu został w naszej ziemi, bo jeśli
chce być moim giermkiem, jakże może spełnić to życzenie, jeśli  gdy
nadejdzie czas  ja nie będę mógł go znalezć. Z wielkim zdumieniem
najpierw, a potem z głuchym i okrutnym gniewem stwierdziłem, że jego
miejsce pod schodami jest puste. Mój wczoraj poznany i jedyny przyjaciel
znikł nie pozostawiając żadnego śladu, za to zabrał z sobą mój puginał.
Porwała mnie taka furia, że miałem chęć wskoczyć na Krima i pędzić [ Pobierz całość w formacie PDF ]