[ Pobierz całość w formacie PDF ]

razie o jakimś uszkodzeniu na linii. Tak będzie nawet lepiej, bez niepotrzebnych formalności,
ocenia narrator po namyśle. W salonie, na talerzu gramofonu, który wyjeżdżający zapomnieli
wyłączyć, wciąż jeszcze z nierównym szumem igły obraca się płyta. Lubili amerykańskie
jazzbandy. Na stoliku okrągła taca, na tacy napoczęta butelka koniaku i trzy opróżnione kieliszki,
jeden z czerwonym śladem szminki. W wazonie różowa róża, dobrana może pod kolor
bombonierki z czekoladkami, która leży tuż obok. A więc ktoś przyszedł się pożegnać, zapewne
mężczyzna. Czemu nie miałby to być posiadacz trąbki, mieszkający piętro wyżej? Porzucona
gazeta zamieszcza uspokajające wiadomości z poprzedniego dnia. Jak widać, nie dali im wiary.
Pamiątkowa zapalniczka, okolicznościowy podarunek od pracowników drukarni Fojchtmajera,
zawieruszyła się pod gazetą i została. Jeśli Fojchtmajer nie kupi sobie teraz zapałek, będzie
musiał prosić obcych ludzi o ogień.
Narrator zagląda do sypialni, otwiera szafy, na półkach znajduje jedwabne koszule i kalesony
Fojchtmajera  uprasowane, poskładane w schludną kostkę. Sprawdza sprężyny doskonałego
materaca w wielkim łożu, siada na fotelach stojących z boku w jasnych pokrowcach i doświadcza
niezrównanej miękkości, ze względu na którą zostały wybrane. Może nie byli szczęśliwi, ale
przecież nie skarżyli się na swój los, miękkość foteli godziła ich ze światem, choć nie bez reszty i
tylko do czasu: zaczęli przecież szukać jakiegoś wyjścia. Fojchtmajer pali papierosa  którego z
kolei?  na fotografii oprawionej w ramkę i zawieszonej nad fotelem. %7łona też nie wie, który to
już papieros, wcale ich nie liczy. Patrzy w przestrzeń znad drugiego fotela, ma dla siebie osobną
ramkę, taką samą jak tamta obok, i uśmiecha się w niej do swoich myśli. Ale nikt w to nie
uwierzy, że zawsze się tylko uśmiecha. Można ich sobie wyobrazić, jak włączali lampkę o
trzeciej w nocy, pogodzeni z tym, że już nie zasną. Zwłaszcza w ostatnim czasie udręka
bezsenności musiała dać się obojgu we znaki: na nocnych szafkach po obu stronach łóżka stoją
puste fiolki po proszkach nasennych. Parzyli sobie herbatę i siadali w fotelach, z filiżankami w
dłoniach, rozważając niepokojący domysł, że będzie trzeba porzucić wyfroterowane posadzki i
gramofon z kolekcją płyt, i niestrudzenie podawali w wątpliwość tę rzecz tak oczywistą ze
względu na nieuchronność, z jaką czas przyszły zamienia się w przeszły. Próbowali nawet
żartować z tego porządku, lecz żarty nie za bardzo im się udawały, nie były dość zabawne, by
przekonać ich samych, że gramatyka ich nie dosięgnie. Toteż na koniec, wyczerpani
przewidywaniem wyprowadzki i wyobrażeniami niepewnej przyszłości, zmieniali temat,
powracali do jakiejś zdrady, bo zdradę przynajmniej byli w stanie pojąć, do jakichś listów, które
on kiedyś przeczytał, choć nie powinien, do kłamstwa, którego ona mogła mu była oszczędzić.
Zahaczali o sprawy oficyny wydawniczej Słowo Polskie, która wegetowała poniżej granicy
opłacalności, zaangażowana w opór wobec pewnych idei, kroczących zwycięsko przez cały
kontynent; o operacje giełdowe, które od lat pochłaniały wszystkie wolne moce jego umysłu i
serca, kosztem miłości, ma się rozumieć, i choć ona musiała przyznać, że szczęście mu jak dotąd
sprzyjało, nie przyniosły nic prócz pieniędzy. Ale czy dochód, na jaki on mógł liczyć jako
wydawca, wystarczyłby na przykład na jej futro? A zresztą, co tu mówić o futrze, czy
wystarczyłby chociaż na wypłaty dla drukarzy? Wreszcie milkli, nie mając nic więcej do
powiedzenia  on palił papierosa i od nowa roztrząsał przypuszczenie, że może zdradzała go od
początku i nigdy nie przestała zdradzać, ona szlochała z chusteczką przy oczach  i wracali,
każde z osobna, do samotnych wyobrażeń o przyszłości. On może myślał o tym, że wolałby już
raczej palnąć sobie w łeb niż poniżać się, szukając ratunku za wszelką cenę. W jej pojęciu takie
wyjście byłoby zbyt szalone. Myślała więc o tym, że nie chce o niczym wiedzieć zawczasu.
Cokolwiek ją czeka, woli zostać zaskoczona obrotem spraw w chwili, gdy już nie będzie żadnego
wyjścia, to jej oszczędzi zbyt trudnych decyzji. Fojchtmajerowie nie mieli ochoty zamieniać
wygód na poniewierkę, ona zgodziłaby się z nim, że życie nie jest tego warte. Na co im ocalenie
bez komfortu i bez rozrywek? Ale w tym miejscu w ich wyobrażeniach musiało zarysowywać się
niebezpieczne dla całej konstrukcji pęknięcie. Bo jeśli są dzieci, to ma się obowiązek zabiegać o
ocalenie i nie można pozwolić sobie na unik. Oboje, ona i on, muszą przełknąć wszystko, do
końca, do ostatniej kropli goryczy, bez cienia nadziei. Arogancja nie jest tu dozwolona. Co [ Pobierz całość w formacie PDF ]