[ Pobierz całość w formacie PDF ]

sy. - Chcę tylko trzymać cię w ramionach, gdy będziesz opowiadała
mi o człowieku, którego kochałaś.
Reba odprężyła się powoli.
- Zostałam tłumaczką, sekretarkąi szoferem Jeremy'ego. Zamiesz
kałam w jego domu- dodała cicho- razem z kucharką, pokojówką
i szefem służby. - Oparła dłonie na piersi Chance'a i spojrzała muwo-
czy. Nie odnalazła w jego twarzy niedowierzania lub wątpliwości, tyl
ko pożądanie, które sprawiło, że jego oczy stały się bardziej zielone.
- Jeremy prowadził dobrze prosperujące przedsiębiorstwo impor-
towo-eksportowe, ale miał mało gotówki. Wszystkie pieniądze wyda
wał na uzupełnianie swojej kolekcji. %7łona opuściła go dawno temu,
-56-
a syn umarł. Nie miał żadnej rodziny, prócz tej bezmózgiej kupy mię
sa, Todda Sinclaira.
Reba przerwała, aby zaczerpnąć powietrza. Chance uśmiechał się,
odsłaniając białe połyskujące zęby. Masował palcami skórę jej głowy,
wywołując przyjemne dreszcze wzdłuż kręgosłupa.
- Mów dalej - poprosił.
- Nie ma wiele więcej do powiedzenia. Kolekcja Jeremy'ego oczaro
wała mnie. Zadawałam mu tysiące pytań. Odpowiadał na każde z nich. Po
pięciu latach nauczyłam się wystarczająco dużo, aby otworzyć własny in
teres. Jeremy wprowadzał mnie w świat z taką dumą, jakbym była jego
córką; przedstawiał mnie ludziom, którzy cenili rzadkie klejnoty. Czasa
mi wydawało mi się, że bardziej się cieszył z mojego sukcesu niż ja sama.
Reba zamknęła oczy. Przypomniała sobie rozpacz, jąkają ogarnę
ła, gdy dowiedziała się, jak poważnie chory jest Jeremy.
- Sześć tygodni temu miał atak serca. Zostałam z nim w szpitalu.
Czułam się taka bezradna. Tyle dla mnie zrobił, uczył mnie, kochał,
pomógł mi nabrać szacunku do siebie, za to kim jestem, a nie za to,
kim inni ludzie chcieliby mnie widzieć. Zawdzięczam mu tak wiele
...a wszystko, co mogłam dla niego zrobić, to trzymać go za rękę i pa
trzeć, jak umiera. Czasami - dodała ze ściśniętym gardłem- kiedy
o tym myślę, chce mi się krzyczeć.
- To minie - powiedział Chance, gładząc ja po włosach.
- Minie? - podniosła na niego pociemniałe spojrzenie. - Czy w koń
cu o nim zapomnę?
~ Nigdy nie zapomina się momentu śmierci ukochanej osoby - po
wiedział cicho. - Jednak nauczysz się z tym żyć. Nie pozwolisz, aby
śmierć kierowała twoim życiem. Ale nigdy nie zapomnisz.
- Ale z nas para, co? - powiedziała Reba ochryple. - Tobie nie po
zostało z dzieciństwa nic, poza złymi wspomnieniami i pragnieniem
szukania złota. A ja...  roześmiała się gorzko - ja mam złe wspo
mnienia i pięćdziesiąt procent udziałów w bezwartościowej kopalni
turmalinu. To nie może być przypadek, że się spotkaliśmy.
Przez ciało Chance'a przebiegł gwałtowny jak błyskawica dreszcz.
- Co masz na myśli? - zapytał.
- Nic - odpowiedziała, wpatrując się w niego ze zdziwieniem. -
Bóg musi mieć poczucie humoru. To wszystko.
Nie rozumiała, dlaczego spogląda na nią tak zimno, a jego pałce
zacisnęły się na jej ramionach, aż poczuła ból. Powoli uścisk zelżał.
- 5 7 -
- Co się stało? spytała, zaskoczona bólem, gniewem i innymi emo
cjami, które wyczuła pod jego pozornym spokojem.
- Nic. - Chance zaklął. - Jestem głupcem, że leżę tutaj, zadaję ci
pytania, które sprawiająci ból, gdy tyle radości sprawiłoby ci, gdybym
wziął cię w ramiona. Pozwól mi się przytulić, chaton - szepnął.  Kie
dy cię całuję, zaczynam wierzyć, że wszystko jest możliwe.
Jego prośba była dla Reby kusząca. Zapomniała, jak dziwnie zare
agował, gdy wspomniała, że jest właścicielką bezwartościowej kopal*
ni. Zapomniała, jaki ból sprawiły palce zaciskające się na jej ciele.
Poddała mu się bez chwili wahania, tuliła go i pozwoliła mu się przy
tulać, aż zapomniała o wszystkim. Liczyło się tylko bicie jego serca
i głos, który szeptał jej w ucho słowa z dziwnym, chropawym akcen
tem. Jego ręce ślizgały się po jedwabnej bluzce; przyciskał dziewczy
nę mocno do siebie, aż ogarnęła ją fala ciepła.
Obrócił się tak, że przykrył ciałem jej ciało w długiej pieszczocie.
Dłonie Reby instynktownie przesunęły się z jego barków, wzdłuż ra
mion do mięśni grzbietu, ze zmysłowością, którą starała się ukryć, ale
Chance przytulił ją i przekonywał, ile słodyczy można znalezć w dzi
kim zapamiętaniu. Gdy zbliżył usta do jej warg, jego język był gorący
i twardy, a pocałunek trwał, dopóki Reba nie wyprężyła się pod nim,
tłumiąc krzyk, ogarnięta żądzą tak dziką jak jego żądza.
Powoli Chance oderwał usta, lecz za chwilę znów obsypał Rebę
pocałunkami. Uniósł głowę i patrzył na jej miękkie wargi i piersi,
z których dobyło się długie westchnienie. Gdy pocałował miejsce,
gdzie wyczuwał puls bijący na szyi, odchyliła głowę i wyprężyła się
nagle.
Chance przemawiał do niej miękko, wypowiadając dziwne, obce
sylaby, które brzmiały jak pieszczota. Jego usta ześliznęły się po gład
kiej skórze, widocznej pod odpiętą przy szyi bluzką. Czubkiem języka
dotknął nabrzmiałej piersi, a dłonią gładził sutek. Jęknęła i podniosła
na niego spojrzenie cynamonowych oczu.
- Kiedy mnie dotykasz... nie poznaję samej siebie. Chance...?
- Jestem głupcem - szepnął. - Cholernym głupcem.
A potem jego usta ponownie przykryły jej wargi, napełniając ją
żarem i pragnieniem.
Dopiero pózniej, zbyt pózno, przypomniała sobie te słowa. Zaśmiała [ Pobierz całość w formacie PDF ]