[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wybebeszone (dosłownie), w grę wchodziła więc piłeczka i ciągnięcie szaliczka, który ostał się
z pluszowego misia. Podobno bawili się świetnie, zwłaszcza że Kamil jest psiarzem i ma
niewyczerpane pokłady energii.
Pózniej przyjechała do nas Ciocia Ula. Igor więc prężył pierś, prezentował się w kubraczku i
pokazywał, co potrafi. Wieczorem zaś miał powtórkę z rozrywki, bo wpadły do nas dzieciaki,
tym razem z rodzicami. Znowu Igor szalał z Kamilem, a pózniej wspólnie odpoczywali, leżakuj
ąc na podłodze.
Natomiast następnego dnia czekała nas niespodzianka, bo spadł śnieg. Dla mnie była to wyj
ątkowa atrakcja, bo po raz pierwszy jezdziłam elektrykiem po białym puchu. Zwieżutki, sypał
na całego i przyjemnie trzeszczał pod kółkami. Wniebowzięty Igor biegał, skakał, chciał się
bawić z Fuksiem, ale ten jakoś nie miał ochoty, bo Blondyn w nastroju zabawowym go przera
ża. Warknął tylko i uciekł. My natomiast korzystaliśmy z bajkowej aury. W pewnym momencie
Igor odkopał piłeczkę i był bardzo zawiedziony, że wsiadamy do auta, zamiast bawić się w
aportowanie.
Niestety, wszystko, co piękne, szybko się kończy. Zostały nam zdjęcia i nadzieja, że już nied
ługo znowu pojedziemy na Ruinkę.
Na Ruinkę uparła się Mama. Chciała mieć swoje miejsce na ziemi. Ja  wielka miłośniczka wsi -
również. Po raz pierwszy oglądaliśmy nasze przyszłe domostwo, gdy śniegu napadało po
pachy. Ruinka wyglądała żałośnie - opuszczona, zaniedbana. Stąd jej nazwa. Pokazywała ją
nam matka właściciela, bardzo rozmowna i żywiołowa kobieta. Gdy zaczęła tańczyć, by ubarwi
ć swą opowieść, byłam pewna, że sufit spadnie nam na głowę.
Musieliśmy wszystko robić tam od podstaw-podłogi, ściany, instalacje. Mnie zostawiano u
Babci, która mieszka nieopodal, a Rodzice walczyli. W jedne wakacje ciągle lało, czytałam więc
i pisałam, całe dnie przy stoliku, z tym samym widokiem za oknem i przyznam, że omal tam nie
zapuściłam korzeni. Ale w perspektywie był Własny Dom, więc nie marudziłam.
Do dzisiaj pamiętam, jakie chwile grozy przeżyliśmy podczas zrzucania dachu. Pod Tatą złamała
się stara belka i zjechał na dół. Wszyscy zamarli, ale na szczęście zatrzymał się na innej. Potem
mieliśmy z tego dużo śmiechu, bo co nieco go pobolewało...
Mama zaś pewnego dnia została zmuszona do składania rurek hydraulicznych. Tata sam robił ca
łą instalację - rurki, kurki, zaworki. Tego dnia spieszyło nam się, bo właściwie już mieliśmy
wracać do Tychów, więc Tata - z braku innych pomocników  poprosił Mamę. Zimno
panoszyło się po chałupie, ściany roz-orane, ja naubierana niczym pastuch (łącznie z czapką) i
biedna Mama, która nigdy rurek hydraulicznych nie montowała. Zła była strasznie, bo jej nie
wychodziło, ale wiadomo  wszystko się da; jeśli się chce.
Stopniowo nasza Ruinka nabierała kształtów. Za własne, uzbierane pieniądze kupiłam bojler i
farby do malowania ścian. Ale byłam dumna! Wujek Wiesiek skombinował nam malarza, tylko
ten biedny malarz-jak się pózniej okazało
- nie był świadom, że ma aż TYLE pomalować. Chciał to zrobić jak najszybciej i spał w
nieogrzewanej i nieumeblowanej Ruince podczas naszej nieobecności. Przeklinał, na czym świat
stoi, dziwił się, co za idioci chcą mieć sufit w takim kolorze jak ściany (zielony!), a wszystkimi
przemyśleniami dzielił się z naszymi sąsiadami, którzy systematycznie je nam przekazywali. Bo
z sąsiadami polubiliśmy się od początku.
Natomiast kolor mojego pokoju rzeczywiście nieco nam się nie udał - bił po oczach i nie
wyszedł zielony, a jaskrawozielony, niczym kamizelka odblaskowa drogowców. Weszłam do
pomieszczenia i oniemiałam. Moja Babcia zdołała tylko powiedzieć:
 Nie martw się, Madziu, zblednie, na pewno zblednie...
Dużo samozaparcia kosztowało nas doprowadzenie Ruinki do stanu używalności. Meble mieli
śmy  z odzysku" - od kogoś stół, od kogoś kanapę. W kuchni [ Pobierz całość w formacie PDF ]