[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Patrycjusz  nikomu nie wolno tam wchodzić!... Jeżeli komar choćby
przedostanie się do pokoju mateczki Koralii  ty mi za to odpowiedz!...
Mimo tych środków ostrożności  Patrycjusz odczuwał poważny niepokój.
Zbyt wiele posiadał dowodów na to, z jakimi przeciwnikami ma do czynienia,
aby przypuszczać, że jakiekolwiek środki ostrożności mogły zapewnić
bezpieczeństwo.
Najgorsze to, że nie wiadomo  skąd ma paść cios... Essares-bey nie żyje
 któż jest tym spadkobiercą, mającym prowadzić dalej dzieło zdrady i zemsty
Pan Desmalions rozpoczął bezzwłocznie swoje poszukiwania, ale stroną
psychologiczną tego dramatu zdawał się niewiele interesować. Nie odnalazłszy
trupa człowieka, którego krzyk agonii słyszał kapitan Belval, nie zebrawszy
żadnych poszlak odnośnie do napastnika, który strzelał do Patrycjusza i Koralii
 przestał się zajmować tymi problemami, a zwrócił całą swoją energię w
kierunku odszukania owych ukrytych worków złota...
Po upływie kilku dni sędzia doszedł do przekonania, że skrytka nie znajduje
się ani w domu samym, ani pod domem... Przeniósł więc swoje poszukiwania na
teren ogrodu... Piędz za piędzią przekopywano klomby, aleje, trawniki, szukając
skarbów.
Prace te wykonywali jego ajenci oraz inwalidzi Patrycjusza. Pomimo
usilnych poszukiwań nie zdołano wykryć niczego, co by miało pozór jakiejś
skrytki. Patrycjusz i Koralia odnosili się do tych poszukiwań z pewną
obojętnością. Nie dlatego, aby nie pojmowali całej doniosłości, ale wrażenie
świeżo przeżytych tragicznych wypadków zanadto kierowało ich myśl ku
niezbadanej tajemnicy własnego losu. To też w rozmowach swoich prawie 
wyłącznie omawiali te rzeczy, które by mogły nieco rozjaśnić mroki przeszłości
Matka Koralii, córka konsula francuskiego w Salonikach, poślubiła tam
człowieka już w starszym wieku, hr. Odolawicza, potomka starego rodu
serbskiego. Hrabia umarł wkrótce po urodzeniu się Koralii. Stało się to w tym
właśnie domu, który obecnie zamieszkiwała Koralia, a który to dom został przez
jej ojca kupiony za pośrednictwem młodego Egipcjanina, nazwiskiem Essares.
Ten Eessares spełniał przy hrabim obowiązki sekretarza i był prawdziwym jego
factotum. Koralia straciła matkę, kiedy miała lat zaledwie trzy. Essares sierotkę
do Salonik, gdzie ciotka jej matki zajęła się osieroconą dziewczynką. Na kobietę
tę Essares wywierał wpływ przemożny. Terroryzowana przez niego podpisywała
papiery lub kazała podpisywać wnuczce, które to dokumenty przeniosły powoli
fortunę administrowaną, przez Egipcjanina do jego rąk jako osobistą własność.
W wieku lat 17-tu Koralia przeżyła przygodę, która jej pozostawiła
niezatarte wspomnienie i zarazem wywarła wpływ fatalny na jej całe życie.
Pewnego dnia banda jakichś opryszków tureckich porwała ją. i musiała dwa
tygodnie przepędzić w samotnym, wiejskim pałacu, broniąc się rozpaczliwie
przed afektami przywódcy bandy.
Essares uwolnił ja stamtąd. Ale to uwolnienie miało charakter tak dziwny, że
Koralia nieraz potem zapytywała siebie, czy cała ta historya nie była poprzednio
ukartowaną pomiędzy nim, a bandytami.
Po tym wypadku wyczerpana nerwowo, zgnębiona, obawiając się ciągle
nowego napadu, zdecydowała się w miesiąc pózniej poślubić Essaresa, który
występował w roli jej wybawcy. Pożycie ich było istnym piekłem. Koralia
została bowiem żoną człowieka, którego cierpieć nie mogła, którego miłość
budziła w niej tylko nienawiść i wstręt.
W kilka miesięcy po ślubie młoda para przybyła do Paryża i zainstalowała
się w pałacu przy ulicy Ryanouard'a. Essares, który w Salonikach założył filię
banku Franko-orientalnego, wynajął na biura wspaniale apartamenty przy ulicy
Laffayette'a i wkrótce stał się w Paryżu jednym z potentatów finansowych.
Wszystko to nie tłumaczyło Patrycjuszowi tajemnicy, łączącej wspólnym
węzłem ich lata dziecięce. We wspomnieniach swoich nie mogli odnalezć ani
jednego nazwiska, ani jednego szczegółu, który by mógł być nicią Ariadny w
tym labiryncie tajemnic.
 Ostatecznie  rzekł Patrycjusz  można by sobie wytłumaczyć, że
medalion znaleziony w ręku Essaresa był własnością tego nieznanego
przyjaciela, naszego, którego on zamordował. Ale album to, się już niczym nie
da wytłumaczyć
Koralia wzruszyła ramionami. Nie umiała znalezć na to odpowiedzi. Przez
chwilę milczeli oboje, wreszcie Patrycjusz zapytał:
 A Szymon?
 Szymon zawsze mieszkał tutaj.
 Nawet wtedy, gdy matka pani jeszcze żyła?
 Nie. To dopiero w rok czy dwa po śmierci marny i po moim wyjezdzie do
Salonik Essares- bey powierzył mu zarząd tej posiadłości.
 Czy Szymon był sekretarzem Essaresa?
 Nie mogłabym określić dokładnie właściwej jego roli? Sekretarz?... Nie.
Przyjaciel?...Także nie. Oni nigdy prawie nie rozmawiali ze sobą. Szymon trzy
czy cztery razy odwiedzał nas w Salonikach. Przypominam sobie dokładnie,
jedną z jego wizyt. Byłam wtedy dzieckiem, ale pamiętam, że przemawiał do
Essaresa bardzo gwałtownie i zdawał mu się grozić.
 Czym?
 Nie wiem. W ogóle nie wiem nic o Szymonie.
 Jak on się zachowywał w stosunku do pani?
 I to mi trudno określić. Nigdy z nim nie rozmawiałam. Zauważyłam
jednakowoż, że czasem wzrok jego biegł ku mnie z za żółtych okularów z
pewną natarczywością. W ostatnich czasach towarzyszył mi z widocznym
upodobaniem do szpitala. Z tak widocznym upodobaniem, że mimo woli
zapytuję się sama siebie...
Po chwili namysłu ciągnęła dalej: .  To jest właściwie przypuszczenie
bezpodstawne... Ot. taka sobie myśl... ale jednak niech pan zważy... Dlaczego
dostałam się do szpitala przy Polach Elizejskich, gdzie poznałam pana... Dla-
czego? Dlatego, że Szymon mnie tam zaprowadził... Wiedział, że pragnę
pracować jako pielęgniarka i wskazał mi ten właśnie szpital...
A potem... Ta fotografia, która przedstawia pana w mundurze, a mnie w
stroju pielęgniarki  mogła być zrobioną tylko w szpitalu... A z tutejszych
domowników  jedynie tylko Szymon bywał w szpitalu...
I kto wie czy to nie Szymon jest tym tajemniczym przyjacielem, który panu
przysłał klucz od ogrodu...
 Szymon? Hipoteza nie do przyjęcia...
 Dlaczego?
 Ponieważ ten przyjaciel nie żyje już... On to telefonował, a potem
słyszałem krzyk jego śmiertelny... On nie żyje...
 Czy można w takim wypadku mieć pewność?
 Mam ją... Nie ulega żadnej wątpliwości, że ten nieznany przyjaciel został
zamordowany... A Szymon żyje...
I Patrycjusz dorzucił:
 Tamten miał zresztą inny głos. aniżeli Szymon, głos, którego nigdy nie
słyszałem i którego już nigdy więcej nie usłyszę.
Koralia nie nalegała, przekonana.
Siedzieli na jednej z ławek ogrodowych, korzystając z pięknego dnia
słonecznego. Ciężki zapach gwozdzików unosił się z klombów.
Nagle Patrycjusz zadrżał. Koralia położyła swoją dłoń na jego ręce. W
oczach jej błyszczały łzy...
 Co się stało, mateczko Koralio?
 Och  szepnęła  coś tak dziwnego. Niech pan spojrzy, Patrycjuszu,
niech pan spojrzy ua to kwiaty.
I wskazała ręką wielki, okrągły klomb niezapominajek.
 Tam, tam  mówiła  proszę popatrzeć. Czy pan widzi te litery?
Patrycjusz idąc za jej wzrokiem przekonał się, że pęki niezapominajek były
tak misternie ułożone, że tworzyły litery składające słowa:  Patrycjusz i
Koralia".
 Ach  szepnął  to rzeczywiście nadzwyczajne,
Koralia rzekła:
 To stary Szymon zajmuje się ogrodem.
 Mimo tego  oświadczył Patrycjusz nieco jednak zmieszany. 
przekonanie moje pozostaje niezachwiane. Nasz przyjaciel nieznany nie żyje.
Ale Szymon mógł go przecież znać. Istotnie może on mógłby rzucić światło na
pewne ciemne dla nas punkty, a gdyby zechciał przemówić i naprowadzić nas na
właściwy trop... [ Pobierz całość w formacie PDF ]