[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Ten Książę Skał wśród swojego ludu nazywa się Sternau.
- Uff! Książę Skał jest twoim przyjacielem? - pytał Niedzwiedzie Oko z radosnym zdziwieniem.
- Tak.
- Gdzie on jest?
- Tutaj.
- Tutaj w forcie Guadalupe?
- Tak.
- Co tutaj robi?
- Dowodził obroną fortu.
- Zobaczę go?
- Tak.
- Kiedy przybył do fortu?
- Dzisiaj o czwartej części słońca.
- Ma wielu wojowników ze sobą?
- Nie, ale ci co są przy nim, wszyscy są sławni.
- Jak się nazywają?
Lekki uśmiech przemknął po twarzy Indianina:
- Nazywają się Shosh-in-liett.
- Shosh-in-liett? Niedzwiedzie Serce? Ty sam z nim przyszedłeś?
- Tak. Z nim byłem razem przez tych szesnaście zim.
- Gdzie?
- Na jednej wyspie pośrodku wielkiej wody. Opowiem ci to jeszcze. Następnie jest przy nim Piorunowy
Grot i Bawole Czoło.
- To bardzo sławni wojownicy.
- I jeszcze inni są przy nim. Wszystkich zobaczysz. Otóż on jest wodzem wszelkich chorób. Ma mały
nóż, którym wycina w ślepym oku dziurę, tak, że światło słońca może znowu do niego wejść.
Niedzwiedzie Oko potrząsnął głową z niedowierzaniem mówiąc:
- Brat powinien bratu mówić prawdę.
- Ja ją też mówię.
- Widziałeś to sam?
- Nie, ale słyszałem o tym.
- Okłamali cię.
- Ten człowiek, który mi to powiedział, widział to sam lub słyszał od drugiego, który to widział.
- Ja jednak nie wierzę.
- Będziesz wierzył, jak zobaczysz.
- Jakże mogę zobaczyć?
- Mówię ci, że zobaczysz.
- Kiedy?
- Wkrótce. Poproszę Księcia Skał, by pojechał do wigwamu Apaczów i aby mojej matce przywrócił
wzrok.
- Zrobi to?
- Zrobi.
- To chodzmy zaraz do niego.
- Dobrze, chodz ze mną. Matka ucieszy się powrotem Niedzwiedziego Serca, bo ten przyprowadzi do
niej człowieka, który ją uzdrowi.
Twarz jego zabłysła na myśl, że wkrótce ujrzy swą matkę. Już chciał spieszyć zapominając o
wszystkim.
- Czekaj! - zawołał Niedzwiedzie Oko. - My się obmyliśmy.
- Uff! - odrzekł Niedzwiedzie Serce.
Poszedł do siodła i wyciągnął z niego małe naczynia służące do przechowywania farb, które ma każdy
Indianin podczas wojny ze sobą. Niedzwiedzie Oko uczynił to samo. Wyjęli pędzle i poczęli się
wzajemnie malować. Ukończywszy, spoglądali jeden na drugiego. Widać było z ich zadowolonych min,
że dzieło się udało.
Dosiedli koni, skierowali je najpierw do prezydenta Juareza, który stał w centrum pola wali i oglądał
trupy. Indianie byli zajęci znoszeniem ciał swoich zabitych. Wieczorem mieli opłakiwać poległych. Trupy
Francuzów zostały już powrzucane do rzeki.
- Dobre żniwo zebrał dzisiaj tomahawk Apaczów.
- Uff! - odezwał się Niedzwiedzie Oko.
- Moi czerwoni bracia są dzielnymi wojownikami. Do kogo należą te dwa stosy trupów tam pod skałą?
- Do Niedzwiedziego Serca i Niedzwiedziego Oka. Oni ich zgładzili i poznaczyli swoimi znakami. Apacze
biorą tylko tych nieprzyjaciół, których własna ręką zabili. Prezydent popatrzył na nich ciekawych i
odrzekł:
- Ten wojownik jest Shosh-in-liett, ów sławny wódz Apaczów?
- Tak - odpowiedział Niedzwiedzie Oko.
- Słyszałem, że on miał zginąć?
- Dobrze słyszałeś, dzisiaj jednak powrócił.
Prezydent zamyślił się na chwilę, po czym rzekł:
- Teraz już wiem. Przypomniałem sobie. Zna mój brat hacjendę del Erina?
- On ją zna - odrzekł zapytany.
- Kiedym jeszcze byłem sędzią właściciel jej przybył do mnie i opowiadał mi o zniknięciu wielu osób, a
wśród nich Niedzwiedziego Serca - przerwał temat i po chwili zapytał znowu: - Apacze zdobyli dzisiaj
wiele skalpów i broni?
Przeszedł tak nagle do innego tematu, bo wiedział, że Indianie, a zwłaszcza wodzowie niechętnie dają
się wypytywać.
Niedzwiedzie Oko odparł z dumą:
- Niedzwiedzie Oko nie wie tego, bo całą zdobycz podarował swoim wojownikom.
- Będzie z trzysta strzelb?
Niedzwiedzie Oko skinął głową potakując.
- I tyle koni?
- Tak.
- A amunicji?
- Też.
- Chce mi to mój brat wszystko sprzedać?
Wódz potrząsnął przecząco głową mówiąc:
- Wojownicy Apaczów sami potrzebują strzelb, ołowiu i koni.
- Mówisz prawdę, ale konie chciałbym od was kupić.
- One należą do moich wojowników, więc ich zapytaj.
- Ja muszę się udać do Chihuahua. Będzie mój brat Niedzwiedzie Oko towarzyszył mi?
- Dał ci przecież swoje słowo.
- Ha, to wygońmy i stamtąd Francuzów. Ale najprzód musimy wypocząć. Jeżeli się nie mylę to w forcie
jest jakaś venta?
- Tak.
- Jak się nazywa gospodarz?
- Pirnero.
- Będę u niego mieszkał. Chcą mi moi bracia towarzyszyć? Zamiast odpowiedzi skierowali swoje konie,
tak, że się znalezli po obu jego bokach, po czym wyruszyli w kierunku wzgórza, na którego oczu,
Apacze rozłożyli swój obóz. Właśnie rozdzielali między siebie zdobycz. Dojechawszy do venty ujrzeli
białych myśliwych, którzy rozmawiali o walce. Tu i ówdzie kręcili się Indianie chcący sprzedać swoją
zdobycz. Cała venta roiła się od przybyszów. Pirnero miał bardzo wiele pracy. Kilku vaqueros pomagało
mu jak mogło. Na szczęście Resedilli szybko przeszło, więc i ona mogła zająć się kuchnią. Właśnie w
chwili, gdy Juarez zsiadł z konia wyszedł Pirnero ze sklepu chcąc się udać do szynku. Juarez
zobaczywszy go zawołał:
- Ty jesteś Pirnero, senior?
- Tak - odrzekł zapytany.
- Znacie mnie?
- Nie.
- Nazywam się Juarez.
Pirnero rozdziawił gębę ze zdziwienia, pytając:
- Senior Juarez, prezydent?
- Tak.
- Co za zaszczyt dla mego domu. Proszę do środka, senior! Juarez zaśmiał się mówiąc:
- Zaszczyt ten mało mnie obchodzi, wolałbym raczej dostać jakiś pokój, macie coś wolnego?
- Nawet salon.
- Dostanę coś do jedzenia i będę się mógł przespać?
- Naturalnie, z wszelkimi wygodami.
- Zaprowadzcie mnie więc i zajmijcie się końmi. Kiedy wszedł na piętro zauważył na pierwszy rzut oka
rozwalone drzwi pokoju. Zaglądnął do środka i ujrzał obie dziewczyny: Pepi i Zilli. Zdumienie
wymalowało się na jego twarzy. Równe zdziwienie, a nawet zakłopotanie można było spostrzec na
twarzach obu dam.
- Czy mnie oczy nie mylą?
- Senior Juarez - odezwała się Pepi.
- Zna mnie seniorita? Więc nie mylę się, musieliśmy się już gdzieś spotkać.
- Tak jest, senior.
- Gdzie?
- W klasztorze.
- Della Barbara w Santa Jaga.
- Tak.
- Byłyście panie tam wychowywane?
- Tak.
- Ale skąd panie aż tutaj?
- Przybyłyśmy z Chihuahua.
- Ale dlaczego panie przybyły aż tutaj, do fortu Guadalupe?
- Przyłączyłyśmy się do wojsk francuskich, które tutaj maszerowały.
- Do tej kompanii co została wyciętą?
- Tak.
- Jak panie uszły śmierci?
- Czarny Gerard nas wyratował.
- Czarny Gerard! Znacie panie tego sławnego męża?
- I to bardzo dobrze.
- Ale dlaczegóż się panie przyłączyły do francuskiej kompanii?
- Senior - rzekła Pepi z zakłopotaniem i prośbą.
- Tajemnica?
- Tak jakby - odpowiedziała figlarnie.
- Ale przecież z polityką nie mają seniority nic wspólnego?
- Ani trochę.
- A zatem sprawa osobista?
- Tak.
- To nie będę dalej wypytywał. Jak długo chcą się panie tutaj zatrzymać?
- Nie wiemy jeszcze.
- Macie tu jakiś znajomych lub przyjaciół?
- Tak. [ Pobierz całość w formacie PDF ]