[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Wyprowadziła łódz z portu.
- Jonas, co zrobisz pózniej?
- To, co będę musiał - odparł i zapalił papierosa.
Liz poczuła nieprzyjemny dreszcz, ale wiedziała, \e powinna wyjaśnić sprawę do
końca.
- Dziś dokonamy zamiany skrzynek i jedną oddamy Moralasowi. Szajka
przemytników zostanie ujęta. Tak\e Manchez i ten, kto wydaje rozkazy...
- O co ci chodzi, Liz?
- Manchez zabił twojego brata.
Jonas spojrzał na morze. Było zupełnie czarne. Na niebie nie było widać gwiazd.
Ciszę zakłócał jedynie szum silnika.
- Tak, to on pociągnął za spust.
- Zabijesz go?
Jonas obrócił się do Liz. Zadała pytanie szeptem, ale w jej wzroku dostrzegł krzyk i
błaganie.
- To nie ma z tobą nic wspólnego.
Jego słowa ją zabolały. Skinęła głową.
- Mo\e masz rację, ale jeśli pozwolisz, \eby kierowała tobą nienawiść i chęć zemsty,
nigdy nie będziesz wolnym człowiekiem. Manchez będzie martwy, ale to i tak nie przywróci
\ycia Jerry'emu.
- Nie po to przyjechałem i spędziłem tu tyle czasu, by pozwolić Manchezowi odejść
wolno. On zabija dla pieniędzy i dlatego, \e to lubi - dodał łamiącym się głosem. - To widać
w jego oczach.
- Pamiętasz, jak powiedziałeś mi, \e ka\dy ma prawo do adwokata? - spytała cicho. -
Jerry nie \yje. Współczuję ci, Jonas. Ale jeśli postąpisz, jak zamierzasz, zabijesz coś w sobie -
powiedziała, myśląc, \e wtedy umrze te\ coś w niej samej. - Nie ufasz prawu?
- Ju\ od lat gram w tę grę. To ostatnia rzecz, której mógłbym ufać - wyznał z goryczą i
gwałtownie wyrzucił papierosa za burtę.
- Więc powinieneś zaufać sobie samemu. Ja ci zaufałam - wyznała.
Powoli podszedł do Liz i ujął jej twarz w dłonie. Chciał zrozumieć, co ona chce mu
powiedzieć.
- Naprawdę?
- Tak.
Jonas pochylił się i pocałował ją w czoło. Pragnął rzucić to wszystko i odpłynąć stąd
jak najprędzej. Wiedział jednak, \e to nie rozwią\e ich problemów. Puścił Liz i wyciągnął
spod jednej z ławek swój sprzęt do nurkowania. Zauwa\ył, \e dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Co robisz? Przecie\ nie mo\emy nurkować razem.
- Właśnie. Ty zostaniesz na łodzi.
- Plan był inny - powiedziała, starając się trzymać nerwy na wodzy.
- Zmieniłem go. Nie zgadzam się na tak wielkie ryzyko.
- To ja zgodziłam się je podjąć - odparła. - Jonas, nie znasz tych wód i nigdy nie
pływałeś tu nocą.
- Zaraz nadrobię to niedopatrzenie.
- Manchez i Trydent są przekonani, \e to ja wyłowię skrzynkę.
- Chyba twoja reputacja na tym nie ucierpi, jeśli oka\e się, \e skłamałaś mordercom i
handlarzom narkotyków.
- Jonas, nie mam nastroju do \arów - burknęła.
- Mo\liwe, \e nie masz te\ nastroju do wysłuchania tego, co zamierzam ci powiedzieć
- zaczął powa\nym tonem, przypasał nó\, zało\ył pas balastowy i sięgnął po maskę. - Ale
zale\y mi na tobie, do diabła! - krzyknął i zmusił ją, aby spojrzała mu w oczy. - Mój brat
wciągnął cię w to bagno, bo nigdy nie myślał o nikim innym oprócz siebie. Ja popchnąłem cię
jeszcze głębiej, bo myślałem jedynie o zemście. Teraz myślę o tobie, o nas. Nie pozwolę ci
zanurkować, nawet gdybym musiał cię związać.
- Nie chcę, \ebyś nurkował! - zawołała. - Pod wodą myślałabym tylko o wykonaniu
zadania, a na łodzi zamartwię się na śmierć. Nie jestem przyzwyczajona, aby ktoś o mnie dbał
i wykonywał moje obowiązki - szepnęła bezradnie.
- Najwy\sza pora zacząć to ćwiczyć - odparł z uśmiechem.
- Kieruj się na północny wschód - powiedziała zrezygnowana. - Jaskinia le\y na
głębokości dwudziestu pięciu metrów. Uwa\aj na rekiny - przestrzegła, podając mu niewielką
kuszę.
Jonas przechylił się przez burtę, wziął z jej rąk skrzyneczkę i zniknął w głębinach.
Nocą te wody nie były bezpieczne. Liz starała się zapomnieć, \e rekiny, barakudy i
mureny wypłynęły właśnie na \er. Powinnam była sama zejść pod wodę, wyrzucała sobie w
duchu. Czy tak właśnie wygląda \ycie kobiet, które mają swojego mę\czyznę? Muszą
siedzieć bezczynnie i czekać? Cztery razy spoglądała na zegarek, zanim usłyszała, \e Jonas
się wynurza. Podbiegła do drabinki, by pomóc mu wejść na pokład.
- Następnym razem ja nurkuję.
- Nie ma mowy- odparł, zdjął butlę i przyciągnął Liz do siebie. - Mamy godzinę. Czy
chcesz ją spędzić na kłótniach? - szepnął prosto w jej ucho.
- Nie znoszę, gdy ktoś mną rządzi - westchnęła.
- Następnym razem ty będziesz mogła rozstawiać mnie po kątach - powiedział i
pociągnął ją za sobą na ławkę. - Ju\ zapomniałem, jak cudownie jest nocą pod wodą.
Widziałem ogromną kałamarnicę. Chyba wystraszyłem ją na śmierć światłem latarki -
zaśmiał się.
Liz odprę\ała się powoli. Oparła głowę na ramieniu Jonasa i spojrzała w niebo.
Chmury znikły i setki gwiazd rozjaśniły mroki nocy. Siedziała ze swoim mę\czyzną i
rozmawiała z nim o zwykłych rzeczach.
- Opowiedz mi o Faith - poprosił Jonas w pewnej chwili.
- Lepiej mnie nie kuś. Jak zacznę, nie mogę skończyć - zaśmiała się cichutko.
- Proszę, naprawdę chcę o niej posłuchać.
Liz uśmiechnęła się i zaczęła mówić o roześmianej dziewczynce, która uwielbia
chodzić do szkoły, bo jest tam wielu ludzi i stale uczy się czegoś nowego. Jonas dowiedział
się, \e mała dziewczynka ze zdjęcia umie mówić w dwóch językach, uwielbia biegać i nie
znosi warzyw. W głosie matki słychać było czułość i dumę.
- Zawsze była słodka - rozczuliła się Liz. - Ale nie jest aniołkiem. Jest uparta i
zdarzają się jej wybuchy złości. Lubi wszystko robić sama. Gdy miała dwa latka, rozzłościła
się, bo chciałam jej pomóc zejść ze schodów.
- Niezale\ność i samodzielność to wasze cechy rodzinne.
- Są nam bardzo potrzebne - Liz spowa\niała.
- Nigdy nie myślałaś o dzieleniu z kimś swojej odpowiedzialności?
- Wtedy trzeba ustępować i rezygnować z wielu rzeczy - odparła i lekko zesztywniała.
- Ja nie umiem tego robić. [ Pobierz całość w formacie PDF ]