[ Pobierz całość w formacie PDF ]

entuzjazmem: Precz z tytułami - książę i pan Zetrzyjmy ślad haniebnych lat!... [24] Pani Odrowążowa
przypatrywała mu się także z dobrotliwym i łagodnym uśmiechem. Przez chwilę. Wnet poczęła zabiegać
w odwójnasób około swych i jego rzeczy, nie opuszczając już ani na moment tego pokoju, gdzie był jej
syn i Salomea. Ci obydwoje byli teraz okryci szatą spokoju, uciszeni w sobie. Lecz w pewnej chwili
pannie Brynickiej coś się przypomniało. Przez zewnętrzne zdrętwienie jak przez skorupę przerżnął się,
przebił i wydarł zdrój wewnętrzny. Poruszyła się niespokojnie. Coś chciała wykonać, coś zdziałać, coś
powiedzieć... Dusiła się. Jęła się przeciągać z bolesnym poziewaniem. Ach, nareszcie! Prawda - prawda!
Wyszukała w staniku sukni zaszytą kulę. Rozerwała paznokciami zaszycie, wyłuskała zeń ołowianą kulę,
która była wypadła z Józefowej rany. Nieznacznie, krótko ucałowała tę bryłę moskiewskiego ołowiu.
Podała ją na dłoni pani Odrowążowej. Jąkając się, nie mogąc znalezć dokładnych słów, przez
szczękające zęby grzecznie i spokojnie wykrztusiła:
- Ta kula... To ode mnie... Ode mnie... Na pamiątkę!... Pani Odrowążowa wzięła kulę i ważyła ją na
pięknej, białej, delikatnej dłoni. Głębokie zadumanie poryło jej mądre czoło. Patrzyła ponurymi od
męczarni oczyma w twarz Salomei. Och, jakże dla niej był bolesny mściwy czyn tej dziewczyny! Młody
książę tym darowaniem kuli zaniepokoił się bardzo. Coś go tknęło. Coś przed nim zabłysło! Oparł chude
ręce na poręczach krzesła, żeby wstać. Patrzał oczami inkwizytora w twarz matki. Matka pokiwała
bezwładną głową. Była jak gdyby przestrzelona tą kulą. Ręce jej drżały. Józef chciał porwać się z
miejsca i pytać, gdy wtem rozległ się turkot... Wszyscy wybiegli na ganek. Stała przed nim podróżna
kareta bez latarń. Oczom Salomei kształt jej i zarys czterech koni ukazał się jak gdyby widzenie
rydwanu śmierci. Z jękiem wewnętrznym wsparła się o ścianę. Człowiek przebrany za stangreta
wymówił hasło. Z pośpiechem, co tchu, krótko popasając konie, wynoszono i przywiązywano walizę. Po
krótkim ze wszystkimi pożegnaniu księżna i jej syn wsiedli do środka. Pojazd oddalił się sprzed ganku
wolno, cicho, noga za nogą, żeby nie wywoływać turkotu ani tętentu. Wsiąkł w ciemność nocy. Znikł.
Pani Rudecka, znużona i jak zawsze smutna, oddaliła się z ganku co prędzej - rada, że nareszcie
wywieziony został niebezpieczny gość. Szczepan, który pomagał walizę ładować, odszedł również.
Panna Salomea została na ławce sama. Patrzyła w tę stronę ciemności, która pochłonęła karetę. Kolana
jej były ściśnięte. Ręce na nich złożone. W sercu spokój. Wskutek nieprzewidzianego w sferze uczuć
zawrotu poczęła z niejaką przyjemnością myśleć o pieniądzach ofiarowanych jej przez księżnę
Odrowążową. Myśl o tym była jakby uciskiem na serce, zduszeniem wszelkich wzruszeń. Chwila, o
której sama myśl przerażeniem ściskała duszę, chwila odjazdu, przeszła, minęła bez żadnego prawie
uczucia. Salomea dotykała lękliwie myślami wszystkiego: pustki pokoju, klatki kanarka, trwogi wobec
Dominika - i ze zdumieniem spostrzegała, że wszystko stało się niebolesne, a wszelkie czucie stępiało.
Ohydną ulgę przynosiła myśl, że tyle jest pieniędzy... Gdyby żył ojciec, jakżeby się, zapewne, ucieszył!
Bo przecie uczciwie zdobyte, za rzetelną usługę... Nie byłby już tym ubogim rządcą w jednym zawsze
kubraku i długich butach, co nie dosypia i nie dojada, tłucze się świątek i piątek od folwarku do
folwarku na siodle, wiecznie w swarach, twardych kłopotach, zawsze w skwar albo niepogodę na
powietrzu, wśród udręki i baczności o cudze zyski... Któż to wie, czy za tyle pieniędzy nie można by
było wziąć dzierżawy w innej stronie
- niewielkiego folwarku, gdzie na własnym spokojne zakwitłoby gospodarstwo; - miałoby się inwentarz,
sprzężaj, parę lepszych koni do wyjazdu, bryczkę resorową do kościoła, ubranie godowe. Chłopi
mówiliby, jak się patrzy: "wielmożny panie... " Myśl błąkała się po tym jakowymś nieznanym miejscu.
Lecz że musiała wrócić z kraju bezcelowych śnień do grubej rzeczywistości, więc się powlokła na daleki
grób. Och - pójść tam na klęczkach, wyszukać mogiłę, przypaść do niej piersią, objąć rękoma!
Powiedzieć tej garstce piasku, co się stało, wyznać jej swój grzech podły, okropny, haniebny!
Wytłumaczyć upadek swój i odsłonić winę! Trzeba wznieść za te złote pieniądze żelazny krzyż na
grobie... Położyć napis... Zadumała się nad tym, jak też trafić do tego miejsca. Przypomniała sobie o
liście ostatnim, pisanym ołowianą kulą. Wysunął się szczegół, że jest tam nazwisko wieśniaka, u
którego ojciec leżał przed śmiercią. Dostawszy z kieszeni ów list, trzymała go w ręku. Ciemność nocy
nie pozwalała czytać ostatnich ojca wyrazów. Ręce opadły. Lecz oto Boża dłoń poczęła z ziemi usuwać
grubą nocną zasłonę. Wyłoniły się z oćmy zarysy olch nad wodą, pochyłych w różne strony koron na
wyniosłych pniach - kształtów dziwnych, niespodzianych jak formy uczuwania w cierpieniu. Te postaci
zarysowujące się na niebie przytuliły pomiędzy sobą wzrok.
24. "Precz z tytułami - książę i pan"- wiersz Ludwika Mierosławskiego, pt. "Do broni, ludy!," śpiewany jako pieśń
rewolucyjna w okresie powstania styczniowego.
Na chwilę - bo wnet wydarł się spomiędzy nich... Daleko, szary brzask oddzielił ziemię od nieba.
Miękkie mgły śniadą smugą zamajaczały nad rozdałem rzecznym. Ptaki ozwały się w tej mgle tak
harmonijnie, jakby to jej obraz ukazujący się z mroku tymi głosami dał znać o sobie, wyraził barwę i
postać swoją. Aagodny, zwilgły w nizinach wiatr ruszył senne gałęzie. Blisko, na rabatach ogrodu,
zajaśniały białe kolory. Ta barwa utopiła w sercu żądło wspomnienia - i sama stała w oczach jak
uwidoczniony, nagi ból. Lecz mężne oczy pokonały ją. Musiała wessać w siebie zemstę i stać się tylko
sobą. Przeszło...
Ciężka senność ogarniała ciało i duszę. Teraz nareszcie można będzie wyspać się po tylu niewczasach
we własnym łóżku, które przez tak długą porę obcy zajmował człowiek. - Nie będzie już serce drżało od [ Pobierz całość w formacie PDF ]