[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Tego wiosennego dnia wszystko stało się bliskie i jasne. Powiew zdawał się wydobywać
słowa z ust ściśniętych  nieść je i dopowiadać dzwięki, których brakło w zduszonej piersi.
Książę, wpół leżąc na parapecie okna, oparty o futrynę, spoglądał w zniszczony ogród.
Uśmiechnął się łagodnie, mówiąc:
 Gdyby nie pani, tobym już leżał w tej mokrej ziemi. Wyrosłaby na mnie młoda trawa.
 Byłby z pana jaki taki pożytek. A tak, to tylko zmartwienie.
 Zapewne. Przynajmniej koń moskiewski uskubnąłby mię i spożył. A tak, to rzeczywiście
tylko zmartwienie. No, ale przecie prosiłem nieraz, żeby mię zgładzić. Nikt nie chciał. Nawet
dragoński porucznik...
 Widać, pan jest przeznaczony do wyższego jakiegoś celu.
 Do celu wysokiego  i z drewna.
 O, już swoje! Ciągłe wskazywanie na tę swoją bramę tryumfalną...
 Ja? Gdzież tam!
 Dopiero by się to różne księżniczki zapłakiwały, gdyby mogły wiedzieć, jak się pan w
kadzi na sucho gotował! Szczęście, że się o tym nigdy nie dowiedzą, boby się pan utopił w
powodzi łez...
 Co ma wisieć, nie utonie.
59
 Och, z tą szubienicą! Jakoś się pana śmierć nie ima, więc co będzie, to będzie, a
szubienicy nie będzie.
 Jeżeli mię pani będzie bronić zawsze od śmierci, to mi ona nic nie zrobi.
 Zawsze! To  zawsze będzie trwało może dzień, dwa, tydzień i drugi niecały. Jakże tu
ratować, gdy pan zniknie...
 Jakoś mię pani wciąż stąd słowami wypycha.
 To się wie. Taka już ze mnie niegościnna gospodyni. W śpiżarni pustka, zęby wbij w
ścianę! A tu nieoczekiwany gość  w dodatku książę...
Odrowąż podniósł ciężką głowę, odwrócił się i patrzał w inną stronę. Wiedziała dobrze, że
ważkie łzy kapią z jego oczu na odrapany mur podokienny.
Coś ją ścisnęło za gardło. Własne nieopatrzne słowa werznęły się w piersi jak zęby piły.
To się uśmiechnęła złośliwie, to spoglądała nań bezradnie, co począć sama nie wiedząc. I oto
wbrew woli, gdy włosy nad czołem zdawały się ogniem zajmować od niezwalczonego
wzruszenia  wsparła rękę na jego ramieniu. Położywszy zaś dłoń uczuła, że jej oderwać nie
może. Wstrząsnęła go z lekka za ramię. Nie odwracał głowy. Azy wciąż kapały z jego oczu.
Wtedy nie panując nad sobą podniosła drżącą rękę i zaczęła nią głaskać mu długie, lśniące,
czarne włosy. Uspokajała go jak dziecko nieszczęśliwe, łagodnie szepcąc zalęknione, ciche
wyrazy. Wreszcie nachyliła się i wszystka w uśmiech przeistoczona poczęła całować jego
białe czoło. Całowała je łagodnie, delikatnie jak kwiat, którego niepodobna napatrzeć się ani
nawąchać  aż go wreszcie same usta przytulą do siebie. Z zapomniałą miłością prowadziła
wargami po pasmach jego włosów. Nie odwracał głowy przez czas długi, ani zdumiony, ani
przejęty tym jej występkiem. Serce jego zatopione w głębokości smutku nie zdziwiło się i nie
rozradowało. Gdy podniósł oczy, wciąż jeszcze pełne były łez. Patrzał na nią przez te łzy bez
ustanku napływające i szlochał o straszliwej doli kraju  o klęskach, których wspomnienie w
lód krew ścina... Mówił jej, jakie były przewidywania siły  i jak zawiodły  o wierze i
nadziei, z których tylko rozpacz została. Przytuliła jego głowę do swojej i coś radosnego
szeptała mu w oczy i w uszy. Nie mogliby wyznać, gdyż nie pamiętali, czy to były pocałunki,
czy tylko słowa i spojrzenia. Dusze ich nawzajem znalazły się w sobie, pobrały i, zakochane
jedna w drugiej, niosły się nad ziemią jak dwa wiosenne obłoki.
60
11
Pewnej nocy wiosennej gwałtowna ulewa zdawała się zatapiać świat. Potoki deszczu
dudniły po dachu i pluskały za okiennicami na głucho zawartymi. W pokojach panowała
nieprzenikniona ciemność. Panna Salomea od wielu godzin leżała bez snu na swym posłaniu
w dużym salonie. Drzwi od Odrowąża były przymknięte, gdyż zawsze teraz te drzwi, idąc
spać, przywierała. Wszystkie myśli nieszczęśliwe, z miłości wyrosłe, rozpostarły się nad nią
w tej nocy głuchej i potwornej. Zdawało się, że krążą jak przeklęta czereda dookoła pościeli,
że koślawe palce zapuszczają we włosy i wynoszą głowę ze snu. Co począć? Co
przedsięwziąć? Jak wyjść ze sprzeczności i dać sobie radę? Jakimże środkiem uśmierzyć
niezwalczone cierpienia serca, zadusić szlochy i ciskanie się ślepe wewnętrznej potęgi bólu?
Już w tej nocy tysiąc razy odważała się na rozmaite uczynki. Uciec z tym człowiekiem!
Zginąć z nim gdzieś w bitwie, w jakimś dzikim, zwierzęcym, iście moskiewskim zdarzeniu!
Skonać z nim razem, tutaj lub gdzie indziej  byleby tylko samej w tym miejscu bez niego nie
zostać!
Jakże to będzie? Nie wiedzieć, dokąd poszedł, i nie wiedzieć, co się z nim stało! Przybył
obcy człowiek, a stał się wszechwładną siłą, która w duszy rządzi i świat sobą napełnia. [ Pobierz całość w formacie PDF ]