[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zasłużyłem na to, pomyślał.
- Ja też ci powinienem podziękować.
- Ty mnie?
- Za to wszystko. - Wskazał ręką dookoła. - I za
dotację. Wystąpiłem również o wsparcie do innych or
ganizacji i instytucji. Poza tym dzwonił do mnie Mont
gomery Perkins. Okazuje się, że jeden z kelnerów w Mis
sisipi widział, jak opuszczaliśmy restaurację. Powiedział
Cornelii, co się stało: że nawet nie tknąłem Dereka. Per
kins wezwał Dereka na dywanik. A mnie zaproponował
stanowisko głównego lekarza pediatry w szpitalu w San
ta Rosie.
Amber wytrzeszczyła oczy.
- No i co? Co powiedziałeś-?
- Odmówiłem.
- Ale...
- Nie chcę przenosić się do Santa Rosy.
- Dlaczego?
- Dwie minuty temu jeszcze nie wiedziałem. Ale teraz
już wiem. Bo ciebie tam nie ma.
ZONA NA POKAZ 231
Odwróciła wzrok.
- Nie lubię swojej pracy... To znaczy lubię, ale wy
konuję ją tylko dlatego, że chciałam zyskać aprobatę mat
ki. Ojca też. Ale więcej nie zamierzam siedzieć za biur
kiem i grzebać w papierach.
Oszołomiony odkryciem, jakiego przed chwilą dokonał,
starał się zrozumieć, co Amber usiłuje mu powiedzieć.
- A co chcesz robić? - spytał.
- Może wrócę na studia. Chętnie zostałabym dyplo
mowaną pielęgniarką, może lekarzem. I chętnie praco
wałabym w szpitalu w Ukiah. - Zerknęła na Trippa, po
czym szybko spuściła oczy. - To co? Nie próbujesz wy
bić mi tego pomysłu z głowy?
- Chyba nie dałbym rady.
Popatrzyła na niego zdziwiona.
- Jest tylko jedno wyjście - kontynuował. - Skoro
uparłaś się, żeby grać mi na nerwach, równie dobrze mo
żesz za mnie wyjść.
Zamurowało ją.
- Co?
- Powiedziałem, że cię kocham.
- Wcale nie.
- Ale powinienem był, i to kilka tygodni temu.
- Serio? Nie żartujesz? Kochasz mnie?
- Tak. Od pierwszego dnia. Nie tamtego sprzed laty,
ale tego teraz, kiedy zobaczyłem cię nad basenem. Boję
się miłości, lecz jeszcze bardziej boję się, że znikniesz
z mojego życia. Więc jak? Wyjdziesz za mnie? - Urwał.
- Jeśli się wahasz, to wiedz, że ja też dowiedziałem się
kilku rzeczy o sobie.
232 SANDRA STEFFEN
- Jakich, Tripp?
- %7łe potrafię się uprzeć i dążyć do celu. - Przytknął
czoło do jej czoła. - Miałem świetną nauczycielkę... No?
Wyjdziesz za mnie?
Przez chwilę milczała. Trzy razy się jej w życiu
oświadczano. Tripp jest czwarty. Jego oświadczyny nie
należą do najbardziej romantycznych, ale na pewno są
najbardziej szczere.
- Naprawdę mnie kochasz? - spytała.
- Tak. - Ujmując jej dłoń, uklęknął. - Jesteś kobietą,
o jakiej marzyłem. Kiedy ja sztywno trzymam się reguł,
ty wykazujesz inwencję; kiedy ja milczę, ty mówisz; kie
dy jestem poważny, ty tryskasz życiem i energią. Kocham
cię. Czy chcesz zostać moją żoną? %7łyć ze mną, dzielić
się pracą i łożem? Kochać mnie i nasze dzieci?
Azy podeszły jej do gardła. Skinęła głową.
- Czy to oznacza: tak?
- Tak - szepnęła. - Tak. Chcę tego wszystkiego. Ko
cham cię, Tripp.
Wstał. Po raz pierwszy od dwóch tygodni ich usta
się zetknęły. Ponieważ drzewo, za którym stali, nie bardzo
ich osłaniało, musieli pohamować pożądanie i ograniczyć
się do pocałunków.
- Kiedy? - spytał, odrywając wreszcie wargi od jej
ust.
Nie miała pojęcia, o czym mówi.
- Co kiedy?
- Kiedy mnie poślubisz?
Uśmiechnęła się szczęśliwa. Modliła się, aby Tripp
odwzajemnił jej uczucie i jej modły zostały wysłuchane.
ZONA NA POKAZ
233
Spojrzała do góry; na niebie świecił księżyc, migotały
setki gwiazd.
- Może dzisiaj?
Obrócił ją twarzą do siebie.
- Naprawdę? - Ucieszył się, po chwili jednak pokrę
cił głową. - Nie. Zasługujesz na prawdziwe wesele.
Całe życie marzyła o wyszywanej koralikami białej
sukni z trzymetrowym trenem. Wyobrażała sobie, jak oj
ciec prowadzi ją do ołtarza, a potem rodzina składa jej
życzenia - Emily, rodzice, którzy wciąż bardzo się ko
chają...
Popatrzyła na Trippa. Rzeczywistość jest ważniejsza
od marzeń.
- Dzisiaj, kochany. Jedzmy do Vegas.
Przycisnął jej rękę do swojego serca, a jego twarz roz
jaśnił uśmiech.
- Jakże mógłbym ci odmówić?
Dwie i pół godziny pózniej delikatnie przytrzymał
Amber, której po podróży samolotem i lekach wciąż krę
ciło się w głowie.
- Jak cię pani czuje, pani Calhoun?
- Cudownie - odparła, spoglądając na tandetną ob
rączkę kupioną w sklepiku na rogu.
- Jutro kupię ci prawdziwy pierścionek - obiecał
Tripp głosem ochrypłym ze wzruszenia. - Z brylantem,
perełką. Razem wybierzemy...
- Mam wszystko, czego mi trzeba do szczęścia.
Objęci, ruszyli po schodach, opuszczając jaskraworó-
żową kaplicę, w której złożyli przysięgę małżeńską.
234 SANDRA STEFFEN
W wolnej ręce Amber trzymała akt ślubu, a Tripp wy
konane polaroidem zdjęcie przedstawiające młodą parę:
jego w drogim czarnym garniturze, ją w wyzywającej
czerwonej sukni z ogromnym dekoltem i rozcięciem do
połowy uda.
- Jesteś piękna.
- Dziękuję.
Nagle rozległ się przeciągły gwizd.
- Ale laska! - zawołał przejeżdżający kabrioletem
mężczyzna.
- Ta laska to moja żona! - poinformował go Tripp.
Rozpierała go duma. Laskę mógł mieć każdy, on zaś [ Pobierz całość w formacie PDF ]