[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Zajrzała do poczekalni, lecz nikogo tam nie było. Za biurkiem w recepcji
siedziała tylko Lorna Smith, sympatyczna recepcjonistka w średnim wieku.
- Jak cudownie, wszyscy już poszli - westchnęła z ulgą Madeleine. - A
czy jest jeszcze ktoś u doktora?
- Ależ nie - odparła wesoło Lorna. - Po raz pierwszy skończył dziś o
czasie i nikogo więcej nie przyjmie, bo ja kończę urzędowanie.
- Doskonale, to i ja już pójdę. Zjem wcześnie lunch i pojadę zwiedzać
Penruth.
- Pozwoli sobie pani powiedzieć - rozległ się za nią głos Stewarta - że
byłoby to szaleństwem! Wyprawiać się takim gruchotem w złą pogodę w drogę,
której się zupełnie nie zna...
Maddy poczuła, jak ogarnia ją złość. Jak on śmie mówić w podobny
sposób o moim garbusie?
- 52 -
S
R
- Otóż nie pozwolę - odezwała się lodowatym tonem, odwracając się do
niego. - Nie może mi pan dyktować, co mam robić w godzinach wolnych od
pracy.
Ich roziskrzone gniewem oczy spotkały się. Mierzyli się długo wzrokiem,
aż w końcu oświadczył:
- Nie jest to tylko pani prywatna sprawa, skoro inni ludzie będą potem
panią ratować.
- A dlaczego by to mieli robić? Przecież tym moim gruchotem udało mi
się dotrzeć podczas śnieżycy do tej zapomnianej przez Boga i ludzi mieściny.
- Też coś! - mruknęła pod nosem Lorna. - Zapomniana przez Boga i ludzi
mieścina!
Maddy wiele by teraz dała, by móc cofnąć te słowa. Nie miała przecież
zamiaru robić przykrości przemiłej recepcjonistce.
- Tak mi przykro - uśmiechnęła się - wcale nie to miałam na myśli. Nie
widziałam tu jeszcze wszystkiego, ale samo centrum jest naprawdę ładne i
zadbane, a w pracy czuję się doskonale. Tak mi się to po prostu powiedziało. To
wszystko wina doktora, który zaczął powątpiewać w moje umiejętności
kierowcy, no i... no i po prostu się rozzłościłem. Czy mi wybaczysz?
Lorna chwilę się wahała, a potem wzruszyła ramionami.
- No dobrze, ale muszę ci powiedzieć, że nie wszyscy daliby się od razu
przebłagać. Wyraziłaś się lekceważąco o miejscu, które wszyscy kochamy. -
Zebrała swoje papiery i ruszyła do wyjścia. - Zostawiam was i życzę miłej
rozmowy - rzuciła na odchodnym.
- Nie powątpiewałem nigdy w pani umiejętności jako kierowcy - zapewnił
Stewart i niespodziewanie się uśmiechnął. - Nic podobnego nie przyszłoby mi
do głowy. Chciałem tylko zwrócić uwagę, że pani mały samochód nie nadaje się
do jazdy w terenie podczas takiej pogody. Jest teraz więcej śniegu niż w dniu
pani przyjazdu i zapowiadają ciągle nowe opady. Szosa do Penruth jest
przejezdna, czego nie można powiedzieć o bocznych drogach. Jak pani to sobie
- 53 -
S
R
w ogóle wyobraża? Jak ja bym się czuł, gdybym wiedział, że utknęła pani na
jakimś odludziu?
- Pewnie byłby pan zły? - spytała oschle.
- Czuję się za panią odpowiedzialny, i pewnie byłbym potwornie
zdenerwowany.
Byłby potwornie zdenerwowany! Ciekawe, czy on chce mnie w ten
sposób ułagodzić? A może sobie ze mnie kpi?
Stewartowi było jednak najwyrazniej przykro. Mówiły o tym jego oczy i
Maddy czuła, jak powoli opuszcza ją gniew.
- Naprawdę byłby pan zdenerwowany? - spytała, przekomarzając się
trochę.
- Tak - odparł. - Bardzo bym się niepokoił.
Wypowiedział te słowa z tak głębokim przekonaniem, że nabrały one
szczególnego znaczenia, którego Maddy jednak nie pojmowała. Obydwoje to
odczuli i milczeli chwilę, nie odwracając od siebie oczu. Maddy czuła, że dzieje
się z nią coś dziwnego. Starała się opanować, zachować normalny wyraz twarzy,
byleby tylko Stewart niczego się nie domyślił.
- Nie możemy do tego dopuścić! W żadnym wypadku! - Próbowała
obrócić wszystko w żart. - Poddaję się i obiecuję, że pojadę najwyżej do
miasteczka. Chyba że i to jest zakazane?
Widziała, że odetchnął z ulgą; zniknęło gdzieś napięcie i znowu się
uśmiechnął.
- Wręcz przeciwnie - odpowiedział. - Powinna pani zwiedzić St Kellier's.
To stare miasteczko, kiedyś była tu kopalnia, w pobliżu są ruiny zamku, mamy
tu także stary zajazd, w którym podają pyszne domowe jedzenie. Powinna się
pani tam wybrać.
Miło by było, gdyby mnie zaprosił, pomyślała.
Po raz pierwszy w życiu postanowiła zachować się tak, jak zachowują się
często inne kobiety, choć od razu poczuła niechęć do siebie.
- 54 -
S
R
- Ale co sobie pomyślą ludzie, gdy zobaczą, jak samotna, obca w dodatku
kobieta przychodzi sama do restauracji? - spytała, przybierając naiwny wyraz
twarzy.
Coś nie bardzo mi to wychodzi, pomyślała. Najwyrazniej nie umiem
udawać.
- Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że będzie się pani krępowała
wybrać sama do restauracji - zdziwił się Trellawney.
Widać było, że nieporadnie odgrywała małą, przestraszoną kobietkę.
- Nie tyle się krępuję - zaczęła tłumaczyć - co czuję się trochę nieswojo w
obcym mi miejscu. - No, tak już lepiej, stwierdziła. Zwłaszcza że to akurat
prawda. - Wszyscy się tu znają, a ja jedna nie znam nikogo - ciągnęła. To także
prawda. Bojąc się jednak, by Stewart nie pomyślał, że jest przesadnie wrażliwa,
dodała szybko: - Z czasem na pewno wszystko się ułoży.
Powinno go to uspokoić, przynajmniej na razie.
- Oczywiście, że tak. Wkrótce znajdzie pani na pewno przyjaciół.
On z pewnością nie może narzekać na brak przyjaciół... Maddy
przypomniała sobie, co opowiadała jej Alison. Ale ja? Jestem samotną kobietą i
nikogo nie obchodzi mój los. No nie, znowu! Przestań się nad sobą użalać! -
upomniała się w duchu.
- Chciałbym... - rzekł cicho, ale chyba się rozmyślił, bo przerwał i zaczął
innym tonem: - Madeleine, muszę już iść, bo mam jeszcze parę wizyt i ważne
spotkanie. Wrócę dopiero jutro póznym wieczorem. - Delikatnie dotknął jej
ramienia. - Czy nie będzie się pani bała? Nikogo nie będzie poza panią w całym
budynku.
Zabiło jej mocno serce. Stewart wyjeżdża na cały weekend! Zmusiła się
jednak do uśmiechu.
- Oczywiście, że nie. Często jestem sama. %7łyczę udanego weekendu.
- Dziękuję. Zobaczymy się w poniedziałek.
- 55 -
S
R
Stał jednak nadal, jakby miał jeszcze ochotę zostać. Maddy zmuszała się [ Pobierz całość w formacie PDF ]