[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ich rodziny.
S
R
- Mówisz, piknik? - spytał, wracając do jej propo-
zycji.
Izzy przytaknęła.
- Jedzenie wzięłabym z baru i moglibyśmy wyruszyć
przed południem. Najpierw pojechalibyśmy do owiec...
- Nie, najpierw zjemy lunch, a dopiero potem spraw-
dzimy pastwiska. Jeśli mam być tak blisko ciebie, muszę
wcześniej wziąć prysznic. - Najlepiej lodowaty, dodał
w duchu.
Spojrzał na biurko i westchnął ciężko.
- Jeśli zechcesz zabrać stąd swoją kształtną pupę, mo-
że uda mi się to skończyć i złapać choć trochę snu, bo
inaczej zasnę w połowie pikniku.
Ze śmiechem zsunęła się z biurka.
- Dobry Boże! - jęknęła, patrząc na stosy rachunków.
- Co to takiego?
Will wzruszył ramionami.
- Większość z nich jest już załatwiona, tylko jeszcze
niezaksięgowana. Sporo z tego można by już pewno wy-
rzucić, ale nie wiem, jak się do tego zabrać.
- Chcesz, żebym ci pomogła? Mogę zrobić z tym po-
rządek. Masz jakąś szafkę na dokumenty?
- Taa... Za drzwiami. Praktycznie pustą...
Przeniosła wzrok z biurka na szafkę, potem spojrzała
na Willa i pokręciła głową z żartobliwą rozpaczą.
- Jutro zobaczę, co da się zrobić. A teraz chodz już
do łóżka. Jest po północy.
- Chodz do łóżka? - powtórzył słabym głosem. - Do
diabła, Izzy! Miej litość!
- Dobrze wiesz, co chciałam powiedzieć - jej ener-
giczny głos zupełnie nie pasował do ciepłego rumieńca,
jakim pokryły się jej policzki, i zmysłowego spojrzenia
S
R
pięknych, zielonych oczu. - Idę na górę. Do zobaczenia
rano.
Podniósł się zza biurka i przyciągnął ją do siebie.
- Przepraszam... Przepraszam, że to takie trudne...
że jestem zmęczony i drażliwy. Przez te dni nawet cię
nie pytałem, jak twoja ręka.
Uśmiechnęła się tak łagodnie, że poczuł się jeszcze
gorzej.
- Zupełnie znośnie. Czasem, gdy ją przeforsuję, tro-
chę boli, ale poza tym jest całkiem dobrze.
Kiwnął głową, po czym, nie mogąc już się oprzeć,
pochylił się i pocałował ją.
Położył dłonie na jej zgrabnych pośladkach i przy-
cisnął ją mocno do siebie. Czuł, jak oblewa go fala go-
rąca. W końcu z jękiem oderwał wargi od jej ust.
- Idz już... idz spać. Wrócimy do tego jutro.
- Trzymam cię za słowo - szepnęła, uśmiechając się
zmysłowo. Niewiele brakowało, by znów chwycił ją w ra-
miona, jednak zanim to zrobił, Izzy wysunęła się z ga-
binetu i zdecydowanie zamknęła za sobą drzwi.
Powoli usiadł za biurkiem. Do diabła z tymi papie-
rami! - zdenerwował się. W tej chwili mógł myśleć wy-
łącznie o tym, jak ciasne zrobiły się nagle dżinsy i ma-
rzyć o następnym dniu.
Zerwał się gwałtownie z krzesła, w kuchni wciągnął
kurtkę, włożył buty i wyszedł ha dwór.
Ten ostatni wieczorny obchód był zupełnie niepotrzeb-
ny, ale musiał się czymś zająć. Byle tylko nie siedzieć
w domu i nie słuchać skrzypienia łóżka, kiedy Izzy bę-
dzie wsuwać się pod kołdrę.
- Jutro - mruknął pod nosem. Banjo pomachał ra-
dośnie ogonem i wyszczerzył zęby. - Ty tego nie zro-
S
R
zumiesz, chłopie - powiedział Will,, z czułością drapiąc
psa za uszami. - No, chodz. Czas się kłaść.
Pomóż mi, Boże, modlił się żarliwie w duchu, idąc
do domu, żebym zdołał minąć jej drzwi i dotrzeć do swo-
jego pokoju.
S
R
ROZDZIAA DZIEWITY
Izzy nie chciało się wierzyć, że Will przystał na jej
propozycję. Nawet przez chwilę nie próbował się wymi-
giwać.
Prawdę mówiąc, nie oczekiwała, że się zgodzi na pik-
nik. Od powrotu z Londynu robił wszystko, co w jego
mocy, żeby jej unikać. Zaczęła się już zastanawiać, czy
nie żałował, że się kochali. Jednak po wczorajszej roz-
mowie uznała, że najwyrazniej żałuje, że nie mają okazji,
by to powtórzyć.
Ostatni tydzień spędziła, kręcąc się bez sensu po całej
farmie. Wpadała często na pogawędki do pani T., czytała
książki i schodziła Willowi z drogi. W poniedziałek Em-
ma zlitowała się nad nią i zabrała ją na lunch. Długa
rozmowa, jaką wtedy przeprowadziły, uświadomiła Izzy,
jak bardzo jej życie różniło się od tego, co robili jej przy-
jaciele.
Emma spytała ją o pracę i słuchała w osłupieniu, gdy
Izzy opowiadała o swoich codziennych zajęciach.
- O Boże! Nie mogłabym tego robić.
- Za to ja nie mogłabym wychowywać trójki dzieci.
- A dwójki? - spytała Emma.
Izzy tylko się roześmiała na tę niezbyt subtelną uwagę.
- Wątpię.
- A jak ci się układa z Willem?
- Całkiem dobrze - odparła. - Prawdę mówiąc, pra-
S
R
wie go nie widuję. Ma mnóstwo pracy na farmie, a potem
często jeszcze po północy siedzi nad papierami.
Emma cmoknęła z dezaprobatą.
- Ma za dużo na głowie i żadnej pomocy.
Izzy myślała o słowach Emmy, gdy w dniu pikniku
wczesnym rankiem szła do baru. Chciała wcześniej za-
mówić prowiant, żeby móc jeszcze zajrzeć do biura i za- [ Pobierz całość w formacie PDF ]