[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Kurzu i brudu mamy tu w wykopie tyle, \e przywykłem, a co do wilgoci, to cały
dzień słoneczko mnie przygrzewało, wilgoć w ka\dej postaci będzie miłą odmianą -
wyszczerzył zęby.
Ruszyłem szybkim krokiem na miejsce spotkania. - Polujemy na tego gościa - podałem
mu fotografię Vytautasa. - Przypuszczalnie siedzi gdzieś w Płocku. Dziś zastawiamy na
niego pułapkę.
62
ROZDZIAA JEDENASTY
KRLIK W SKRZYNI * NA CZATACH * KRYJWKA LITWINA * śELAZNA
SKRZYNIA
Nadkomisarz czekał ju\ przy wejściu na rynek. Przedstawiłem mu studenta. Skrzywił
się lekko.
- No có\ - mruknął - młody, wysportowany, mo\e się przyda...
Demonstracyjnie podeszliśmy do skrzyni stojącej pośrodku skwerku.
Uniosłem wieko. Na wierzchu le\ała kartka papieru. Obok niej z piachu sterczały uszy
jakiegoś pluszowego zwierzaka.
- Podą\aj za białym królikiem - odczytałem.
Piotrek chciał dotknąć maskotki, ale powstrzymałem go gestem.
- Ten facet mógł tam wsadzić granat - ostrzegłem.
Policjant wyjął mały wykrywacz metali do rewizji osobistych i przesunął nad piachem.
- Cztery metalowe punkty układające się w prostokąt - powiedział.
- To raczej nie jest bomba...
Delikatnie nakłułem piasek no\em, a potem ostro\nie rozgrzebałem. Królik ozdobną
tasiemką był połączony ze starą księgą, zawiniętą w plastyk. To okucia na rogach
zasygnalizował wykrywacz. Otrzepałem pokrowiec z piachu.
- To chyba ta zaginiona Biblia - zauwa\ył nadkomisarz. - Podło\ył ją, zanim wysłał
list, bo skrzynia przez cały czas była pod obserwacją - mruknął...
Na ksią\ce le\ała kolejna kartka.
- Mam nadzieję, \e oka\ecie się ludzmi honoru i zostawicie mi to, o co prosiłem -
przeczytałem.
- Oka\emy się? - policjant miał minę, jakby ugryzł cytrynę. - Jakoś nie jestem
przekonany...
- Bo ja wiem? - zadumałem się. - Jak do tej pory, gra w miarę czysto... Choć kradnie.
- A gdyby to zostawić, a potem go złapać? - zapytał student. - To chyba byłby
usprawiedliwiony fortel?
- Taki zamiar mieliśmy od początku - wyjaśnił funkcjonariusz.
- Dobra. Plan A.
Poło\ył w skrzyni kartkę i umieścił niewielki aparacik.
- Czujnik ruchu - wyjaśnił. - W nocy mo\e być ciemno... A kto wie, ile czasu
będziemy musieli popilnować tej paki...
Opuściliśmy rynek, ale zaraz bocznym zaułkiem dotarliśmy do równoległej uliczki.
Policjant otworzył kluczem starą bramę, przebiegliśmy jakieś podwórze i przez
częściowo zabite dechami okno dostaliśmy się do zrujnowanej kamieniczki. Z jej okien
mieliśmy idealny widok na skwer i skrzynię. Na starą, zjedzoną przez korniki podłogę
rzuciliśmy matę izolacyjną i przystąpiliśmy do obserwacji.
- A nie mówiłem, \e będzie brudno i du\o kurzu? - \artowałem ze studenta.
- A wilgoć? Dlaczego mimo obietnic nie ma ani kropli?
Powoli spowa\nieliśmy.
- Nie da się wykluczyć, \e podejdzie do skrzyni w przebraniu - powiedział
nadkomisarz. - Albo \e da jakiemuś dzieciakowi 10 złotych, \eby przyniósł mu tę kartkę.
Przez skwer przechodzili ró\ni ludzie, jakieś kobiety z dziećmi, staruszek o lasce, nikt
jednak nie zbli\ał się do pudła.
- To nielogiczne - mruknął Piotrek. - Przecie\ tam nie da się podejść bez zwrócenia na
63
siebie uwagi. To zwyczajnie niemo\liwe. Musiałby chyba rzucić pęczek świec
dymnych... Inaczej nie da przecie\ rady.
- Chyba \e w czapce niewidce - zauwa\yłem. - Podobno Japończycy ju\ nad takim
kamufla\em pracują.
- Spokojnie, nawet jeśli go nie zobaczymy, to przecie\ pokrywę skrzyni będzie musiał
podnieść - policjant uspokoił naszą rozgorączkowaną wyobraznię.
Nieoczekiwanie w jego kieszeni coś zapikało.
- Czujnik ruchu - powiedział podniecony. - Sygnalizuje coś.
Popatrzyłem na stojące na skwerze pudło. Wokoło było pusto. Wzruszyłem
ramionami.
- Ale tam nikogo nie ma.
- Nawet niewidzialnego, bo klapa się nie podniosła - filozofował młody archeolog.
- Mo\e wysłał, ja wiem, tresowanego zwierzaczka, który wlazł jakąś dziurą do środka?
- zamyśliłem się. - Ale chyba byśmy zauwa\yli.
Czujnik przestał brzęczeć.
- Mo\e piach osiadał po wyjęciu ksią\ki? - zasugerowałem.
- Mo\e - kiwnął głową policjant.
Ale po jego minie widać było, \e ma straszną ochotę zajrzeć do skrzyni. Powoli
nadszedł wieczór. Wysłaliśmy studenta do sklepu po prowiant. Zjedliśmy kolację.
Zapadła noc. Latarnie oświetlały placyk.
- Teraz pewnie uderzy - mruknął nadkomisarz. - Najpierw zgasi latarnie, potem się
podkradnie.
- To mo\e mu się udać - zaniepokoił się Piotrek. - Po ciemku go nie zauwa\ymy.
Czujnik nas ostrze\e, ale zanim zbiegniemy na dół...
- Nic mu to nie da - wskazałem torbę z noktowizorami. - Przewidzieliśmy i to -
dodałem dumnie.
Spaliśmy na zmianę po trzy godziny. Powoli wstał świt. Piąta rano. Kolejna zarwana [ Pobierz całość w formacie PDF ]