[ Pobierz całość w formacie PDF ]

codziennie zabieram do torby kilka pajd chleba i prawie pół pęta kiełbasy. Matka mówi, że
jem jak koń, a wyglądam jak gęś wyścigowa. Za to Jagna wygląda coraz lepiej, pyzata,
rumiana, w niczym nie przypomina chudej suki z ostatniej jesieni.
Dola, mocno zniecierpliwiony kwietniem, chodzi do kułaka słuchać radiowych
prognoz pogody. Wraca niepocieszony, bo wciąż podają złe prognozy dla rolników. I tym
samym dla naszej ciekawości. Uzbrajamy się w cierpliwość i wyobraznię. Obie funkcjonują
na coraz wyższych obrotach, ale nie ma to wpływu na zmianę pogody, ani żarłoczność Jagny.
Wprost przeciwnie, Jagna wciąż nie widzi stosownej pory do zaspokojenia naszej ciekawości.
Sama wie wszystko o sobie, widzi się, kiedy chce się zobaczyć, opowiada nam historie spod
niejednej spódnicy, a twierdzi uparcie, że spod własnej. Pozwalamy jej mówić, niech myśli,
że jej wierzymy. Ja jestem bardziej skory do wiary, lecz gdy jesteśmy sami, Dola prostuje
niektóre rewelacje Jagny.
- Nieprawda, że głowa mówiącej lalki wchodzi jej tam bez trudu, skąd wychodzić
powinna - objaśnia Dola. - Każda chce się czymś pochwalić, ale Jagna to jeszcze nie Kachna
Wielgachna. Słonicą nie jest i nigdy nie będzie. Ale niech się cieszy, że jej uwierzyliśmy.
Wkrótce skończą się jej fantazje. Wszystko ma swoje granice, nawet cud jej natury.
Ilekroć chcę jej delikatnie dotknąć, śpiewa modną przyśpiewkę: Ty chłopczyku, ty
mnie nie rusz, Ja mam pizdę jak kapelusz...
Kwiecień nadal bez zmian: nie pomagają mu pełnie, nowie ani żadne kwadry
księżyca, w które wierzą starzy chłopi Nikt nie wyjechał w jeszcze w pole, a jeśli wyjechał -
zaraz musiał wracać. Baby cały dzień chodzą w półkożuszkach, furmani jeżdżą w rękawicach
i watowankach, my każdego dnia chodzimy do szkoły w butach. Ma się odbyć msza na
intencję poprawy kwietnia. Dola mówi, że wraca kolejne zlodowacenie i średniowiecze - ktoś
doniósł księdzu i jest chryja w szkole i we wsi.
Zwięta wielkanocne niczym wigilia: kosze pisanek pewnie stoją w zaspach śniegu.
Baby wracają ze święconym popędzane zamiecią.
Rezygnujemy nawet ze strzelania na wiwat. Rezygnujemy z naprawy świata w
kwietniu. Jagna, niepodzielna właścicielka  małej cieszy się, bo korzysta z naszych darów.
Ale i smuci, bo żyje sama dla siebie.
Dopiero ostatnie dwa dni kwietnia przynoszą odmianę. Nie poznajemy miesiąca, który
w całości był zimą.
Dzisiaj! - mówi wreszcie Jagna.
Dola patrzy na mnie. Ja na Dolę. Obaj patrzymy na Jagnę. Ona idzie, kołysząc
biodrami. Idzie, gwiżdżąc:  na lewo most, na prawo most .
W kwietniu nawet kułackie stodoły lekko pustoszeją. Biedniackie od dawna są puste,
przestronne, z resztkami zapomnianej słomy lub siana. Takie stodoły są mało przydatne. W
stodole musi być siano, albo choćby słoma. Na piętrze, pod niebem zasnutym chmurami
pajęczyn otworzy się nasz mały raj.
Dola już wcześniej sprawdził kilka stodół. Stodółka jego ojca jest normalnym
brogiem. Trochę strzechy na słupach - i wokół widoczne powietrze. Rodzice Jagny nie mają
nawet brogu. Mają jedną kuchnię, sień i szopkę. W kuchni gnieżdżą się wszystkie dzieci i
jeszcze dziadkowie. Dziadków nie ubywa, a dzieci wciąż przybywa. Bo rodzice Jagny czują
się coraz lepiej.
- Dlatego - tłumaczy Dola - najlepsza jest stodoła twojego Ojca. - Może stać się dla
nas rajem, gdy zjawi się Jagna i pokaże się nam w całej okazałości.
Jagna mówi, że stodoła jest bez znaczenia. Najważniejsza jest ona i więcej nic. Stanie
się to dzisiaj, bo chce nam się odwdzięczyć jako koleżanka, kobieta i nauczycielka w jednej
osobie.
Dola mówi, że Jagna jest babskim trójbogiem. Występuje w postaci babskiej trójcy,
mocno nieświętej wprawdzie, ale może się okazać znacznie ciekawsza niż przypadkowe
dziewczę w nadrzecznych krzakach. Zresztą wszystko okaże się już dzisiaj.
- Przyjdę o czwartej - powiedziała Jagna.
- Umyj łapy ze smoły, może pozwoli się dotknąć - rozkazuje Dola.
- Aapy z lepiku myje się tłuszczem. Nigdy jeszcze nie myłem tak dokładnie rąk. Ręce
mam czyste, najczystsze od urodzenia.
Czwarta. Jagny wciąż nie ma. Piąta. Nadal czekamy.
- Nie przyjdzie - myślimy.
Przychodzi dopiero pod wieczór, kiedy słońce toczy się po wzgórzu w stronę nocy.
Jagna pachnie resztką lawendy. Ja niepokojem. Dola rżnie twardziela. Mówi, że widział żywą
piczkę i ta przypomina małża.
Jagna jest bez majtek. Pierwsza wchodzi po drabinie na piętro ojcowskiej stodoły. Za
nią Dola.
Niebo pod strzechą stodoły zasnute baldachimami pajęczyn. Piekło sklepienia nóg
Jagny skrywa mrok.
- Więc, chłopcy... - coś chce powiedzieć Jagna.
- Więc, Jagna... - szepce Dola.
Ja bez szeptu czuję pot na dłoniach.
- %7łycie na ziemi nie byłoby możliwe bez nas - rozpoczyna wykład Jagna. Siedzi na
wiązce słomy i mówi oczywistości.
- To wiemy - ścina ją Dola.
Ostatnie promienie słońca padają przez szpary w deskach na warkocze Jagny. Tworzą
aureolę wokół jej głowy. Poświata przechodzi w półmrok i rozprasza się. Nie wiem, czy widzi
ją Dola, raczej nie, bo patrzy w międzynoże Jagny. Nie obchodzi go nic, co dzieje się wokół
niego.
Tymczasem jej palce nerwowo składają dół sukienki w rąbek. Coraz grubszy ten
rąbek: kolana - nadkolana - rana...
- Co? - pyta Jagna.
- To wszystko... - szepce Dola.
- A ty co? Zwraca się do mnie.
- A gdzie reszta?
- Jaka, kurwa, reszta?
- Ona ma tylko tyle - wyjaśnia Dola. - Kobieta jest bez reszty... - wstydzi się za mnie.
- To jest niepełne człowieczeństwo - mówię.
- Kobieta nie musi być człowiekiem - odpowiada Jagna. - Nie ma takiej potrzeby. To,
co ma i czym jest, wystarcza każdemu.
Dola przysuwa się do niej. Jagna kładzie rękę na dłoni Doli i obie łapy, jedna na
drugiej, jak ruchające się raki wędrują po brzuchu Jagny w dół, gdzie brzucha już nie ma,
gdzie mojej łapy jeszcze nie było.
- Taka mała, największa ze wszystkich rzeczy, spraw, myśli, a nawet Kosmosu. I
gorąca.
- I przepiękna - dorzuca Jagna. - Ile ona warta...
- Dwie klasówki z polskiego! - mówię.
- W takim razie nie dam ci jej pogłaskać. Koniec seansu! - Podnosi dupę i obciąga
sukienkę.
Nadal siedzimy w półmroku. Dola obok niej, głaszcze jej pierś, tę lewą, tę prawą. Ja
nie mam co głaskać.
- Szkoda, że tu nie można zapalić - mówi Dola.
- I tak nie ma nic do palenia, schowałam na podwórzu kilka skrętów.
- To idziemy! - mówi Dola.
Zeskakujemy z piętra na siano. Mój Ojciec ma dużo siana i Dola myśli o wiecznie
głodnej krowie swoich starych.
Wychodzimy ostrożnie, ale i tak dostrzega nas mój Ojciec.
- Co tam robiłaś? - pyta Jagny.
- Uczyłam chłopców biologii - grzecznie odpowiada Jagna.
- Już ją obnosisz po wsi... - domyśla się Ojciec.
Dola odprowadza Jagnę do domu. Ja nie mam powodu. Kiedy Dola wraca, zastaje
mnie nad  Quo vadis
- Lepiej przeczytałbyś sobie  Biologię miłości . Mam stare wydanie. Dokładnie
przestudiowałem. Dzisiaj przed czwartą skończyłem. Ciekawa.
- O czym?
- O biologii miłości. O tym, co widzieliśmy. Zdaje mi się, że ty skończysz żywot w
klasztorze, a Jagna w burdelu.
- A ty? - Nie wiem...
- Pomyśl, to ważne, gdzie skończysz życie - drwię z Doli.
- Nie chciałem cię obrazić...
- Nie mam czasu na obrażanie się, ale nie baw się w proroka cudzych losów.
Rozmowa nie klei się. Dola wychodzi bez pożegnania.
Może naprawdę nie ma miłości? Może rację ma Jagna i autor  Biologii miłości . A
cała reszta jest złudzeniem. Nie chciałbym, żeby tak było.
Niespodziewanie jeszcze raz przychodzi Dola. Przynosi podręcznik, o którym
wspominał. [ Pobierz całość w formacie PDF ]