[ Pobierz całość w formacie PDF ]

jakby się przeraził tej myśli.
 W głowie mi się to nie mieści  podjął pan Aopotek.  Przecież to
w gruncie rzeczy porządny chłopak.
 Ja też nie wierzę  wtrącił trener.  Ale jednak trzeba zawiadomić milicję
o zaginięciu chłopca.
Całą noc przesiedział Maniuś w piwnicy. Zwinął się w kłębek jak zbity, sko-
pany psiak i dygocąc z zimna spał snem nerwowym, niespokojnym. Rano obudził
go warkot motoru. Otrząsnął się z bolesnego odrętwienia. Nasłuchiwał. Jakiś sa-
mochód wytaczał się z hukiem z podwórza. Chłopiec był jeszcze zaćmiony snem,
ale gdy ocknął się na dobre, domyślił się, że złodzieje zabierają ukradzioną cięża-
rówkę. I wtedy z całą świadomością pojął, w jakiej znalazł się sytuacji.
Początkowo chciał rzucić się do drzwi z krzykiem, by go wypuszczono. Ale
przy pierwszym gwałtowniejszym ruchu doznał dotkliwego bólu w okolicy brzu-
cha. Przypomniał sobie, jak go wczoraj obił Romek Wawrzusiak. Rozsądek kazał
mu pozostać w spokoju.
Musiało być jeszcze wcześnie, bo po odjezdzie ciężarówki zaległa wokół
głucha, dzwoniąca w uszach cisza. Maniuś rozejrzał się z lękiem. Piwnica była
niemal pusta. W jednym rogu stała tylko zeschnięta, rozlatująca się beczka.
142
W drugim  leżało trochę przegniłych ziemniaków. Przez drzwi przeciekało wą-
tłe światło. Jego wąskie smugi kładły się jak szare promienie. Z boku również coś
szarzało. Maniuś podszedł do tego miejsca i spostrzegł, że również w murze jest
mała szczelina, przez którą przecieka światło wstającego dnia.
Powrócił do swego kąta, usiadł podciągając pod brodę chude, obolałe kolana.
Zapadł znowu w męczący półsen. Jak długo trwał w tym stanie, nie wiedział.
Ocknął się dopiero na zgrzyt przekręcanego w zamku klucza. Zerwał się, wtulił
w kąt i z lękiem oczekiwał nadejścia swoich oprawców.
Kiedy drzwi się otwarły, w mętnej smudze bijącego z góry światła ujrzał Kró-
lewicza.
 Paragon, gdzie ty jesteś?  zapytał szeptem młody Wawrzusiak mrużąc
nieprzywykłe do ciemności oczy.
 Co chcesz ode mnie?  syknął Maniuś.
Królewicz zbliżył się do niego. Miał na sobie nowy garnitur. Bił od niego
zapach taniej wody kolońskiej i brylantyny.
 Po co ci to było?  powiedział z odcieniem współczucia.  Z szefem ani
z Romkiem nie warto zadzierać.
Maniuś wyczuł w jego głosie łagodniejszą nutę, więc zapytał:
 Co oni ze mną zrobią?
Królewicz obejrzał się i ściszył głos:
 Słuchaj, dziś nasz mecz... Ja cię wypuszczę... Niech nie mówią, że prze
grali, bo nie było Paragona... Jak wygrać z wami to, bracie, honorowo. Tylko
musisz mi przysiąc, że nie puścisz pary z gęby, rozumiesz?
Maniuś był tak oszołomiony tym, co usłyszał, że nie powiedział ani słowa,
tylko skinął głową.
 Przysięgasz?
 Przysięgam.
 Na co?
 Na moją  Syrenkę".
 Mało.
 Nie... na moją śmierć. Jeżeli pisnę słowo, to możecie mnie zabić.
 Dobrze  piękne oczy Królewicza zapłonęły dziwnym blaskiem.  Pa
miętaj ! Ja też ryzykuję. Jeżeli się dowiedzą, że to ja ciebie wypuściłem, to oberwę
tak, jak ty wczoraj. Pamiętaj. Widzisz, ja nie taki, jakżeś myślał. A teraz chodz 
pociągnął go za rękaw.
 Julek!  zawołał ktoś złym, rozdrażnionym głosem.  Julek, gdzie jesteś?
Królewicz przylgnął do wilgotnego muru.
 Schowaj się  rzucił szeptem Maniusiowi.
Na najwyższym stopniu schodów ukazały się czyjeś nogi.
 Julek!
 Co?  odkrzyknął Królewicz głosem niezbyt pewnym.
143
 Czego tam szukasz?
 A nic... Zaniosłem mu wałówkę. Przecież od wczoraj nic nie jadł.
Stojący na górze człowiek nie zaufał jednak wykrętnej odpowiedzi Królewi-
cza. Posłyszeli szybkie kroki na schodach. Maniuś jednym susem przeskoczył
kilka stopni i skrył się za drzwiami. Przez szparę zobaczył tęgiego, barczystego
mężczyznę.
 To ten szef"  pomyślał Maniuś.
Tymczasem człowiek o czerwonej, nabrzmiałej twarzy złapał Królewicza za
rękaw.
 Czego się tu kręcisz, pętaku?!  krzyknął.  Chcesz dostać po uszach? 
wypchnął Królewicza z piwnicy, zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz.
Maniuś, z drętwiejącym z żalu sercem, patrzył przez szparę, jak na schodach
znikają dwie postacie: najpierw było je widać do połowy, potem tylko nogi, buty,
aż wreszcie w polu widzenia pozostały puste, nie zamiecione schody. Chłopiec
oparł czoło o chropowate deski drzwi i poczuł taką pustkę, jakby sam został na
świecie. Nadzieja, która przed chwilą kazała mu wierzyć, że przed południem
stanie na boisku obok Perełki, Mandżaro, Ignasia i innych kolegów, teraz zamie-
niła się w bolesną bezdenną rozpacz. Nie płakał, ale drżał cały od bezgłośnego
wewnętrznego szlochu.
 Dlaczego tak się stało? Dlaczego?...  powtarzał bezwiednie. Powlókł
się do swego kąta, skulił się jak skrzywdzone, chore zwierzę i przymknął oczy.
Zdawało mu się, że jest na Agrykoli. Wokół boiska tłoczą się niesforni malcy.  Pa
trzcie, to ten Paragon, który strzelił Pogoni trzy bramki"  pokazują na niego.
Wysoko na bezchmurnym niebie trzepoce biało-czerwona flaga, a jeszcze wyżej
stadko gołębi pomyka nad wiślaną skarpą jak siwa chmurka. Za chwilę ma się
zacząć mecz. Wszyscy mają poważne, skupione miny. Na boisko wchodzi sędzia,
w czarnym sportowym stroju. Podnosi do ust srebrny gwizdek... Już dmucha weń
z całej siły...
Zatopiony w marzeniach Maniuś otworzył oczy i wzrok jego spoczął na sza-
rej plamie światła przesączającego się przez szczelinę w murze. Zaświtała mu
szaleńcza myśl.  A gdyby tak spróbować rozszerzyć tę szczelinę, wykruszyć mur
i wydostać się na zewnątrz?" Uchwycił się tej myśli jak nitki prowadzącej do
wyjścia z labiryntu. Wstał i nagle poweselał.
 Trzeba spróbować! Trzeba spróbować! A nuż uda mi się zwiać i zdążę
jeszcze na mecz...  szeptał sam do siebie.
Podszedł do ściany i zbadał szczelinę.
Była tak wąska, że nie mógł wsadzić nawet dłoni. Jednak ściana zbudowana
z płaskiego kamienia nie wydawała się zbyt gruba. Rozejrzał się. Niestety, w piw-
nicy oprócz starej beczki po kapuście niczego nie było. Naraz dłoń jego natrafiła
na żelazną obręcz beczki.
 Jest  pomyślał  trzeba zdjąć obręcz z beczki, a potem ją przełamać".
144
Nie sprawiło mu to wiele kłopotu. Obręcz opadła po jednym nocnym kopnię-
ciu w klepki. Przygiął ją nogą do ziemi i zaczął zginać. Po kilku takich ruchach
obręcz pękła w miejscu, gdzie była nadżarta przez rdzę. W ten sposób w ręku
Maniusia został kawał ostrego żelaza.
Zaczął nim wybijać pierwszy kamień. Pracował gorączkowo. %7łelazem wy-
dłubywał ze szpar zaprawę murarską. Kruszyła się dość łatwo. Wnet pierwszy
kamień poruszył się. Maniuś jeszcze chwilę wydłubywał wokół zaprawę. Potem
spróbował wyjąć kamień. Jakoś poszło. Teraz robota szła już lepiej. Następny ka-
mień wyłupał podważając go żelazem. Pracował coraz szybciej, coraz zażarciej.
Myślał tylko o tym, że na boisku czekają nań chłopcy.
 Jeeeest!  z kilku tysięcy piersi wydarł się okrzyk i popłynął echami po
zalanym słońcem parku.
 Jest"  powtórzył w myśli Stefanek i skrzywił się z niezadowoleniem. Pa-
trzył, jak Perełka wybiera z siatki piłkę.
Przed chwilą  Huragan" przeprowadził błyskawiczny atak. Skrzydłowy po-
szedł do środka, zmienił pozycję z Królewiczem, Królewicz minął Motylskiego,
podał Skumbrii, a ten strzelił w pełnym biegu. Strzał był tak zaskakujący, że Pe-
rełka nie zdążył nawet wyciągnąć rąk.  Huragan" prowadził 1:0.
 Ten Motylski jest słaby  myślał Stefanek.  Przez niego strzelił tę bram-
kę". Podszedł bliżej linii autowej i zawołał w stronę rosłego chłopca:
 Franek, patrz, z czego żyjesz! Pilnuj lepiej Wawrzusiaka. [ Pobierz całość w formacie PDF ]