[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Jupiter nie zdążył odpowiedzieć. Elektronicznie otwierany zamek metalowego
ogrodzenia o wysokich, złoconych sztachetach zadziałał. Zielony, wiekowy pontiac
prowadzony przez kobietę w szerokim kapeluszu wytknął nos na wąską uliczkę i
stanął.
- Cofnij forda! - krzyknął Pete widząc zdumiony wzrok kobiety. - Przez twojego
grata nie może wyjechać!
Ale Jupiter miał swój plan. Z wargami rozciągniętymi od ucha do ucha
podszedł zaglądając w opuszczoną do połowy szybę.
- Dzień dobry. Jestem jednym z trzech sławnych detektywów. Oto wizytówka.
Kobieta rozejrzała się, wyraznie spłoszona.
- Czy to napad? - wyjąkała.
Bob i Pete przycwałowali na pomoc.
- Nic podobnego, szanowna pani! Prowadzimy pewną sprawę... chcieliśmy
tylko zadać trzy pytania. W związku ze spaloną willą w Malibu.
W oczach kobiety zabłysł strach.
- Nic o tym nie wiem! Nie chcę mieć nic wspólnego z tym okropnym
naszyjnikiem. Sprzedałam go, bo mi grozili śmiercią!
- Kto? - zdziwił się Pete. Miał tak sympatyczny uśmiech, że Toya la Roha, bo
ona to była we własnej osobie, przestała się na chwilę bać.
- yli ludzie. yli Japończycy. Wypadek mojego męża o tym świadczy. Bo niby
skąd znalazł się kabel z prądem w basenie? Zaraz potem jak japońska firma go
wyczyściła?
Jupiter kiwał głową ze zrozumieniem.
- Perły sprzedała pani już po... tragedii?
- Naturalnie. Murzyńskiej piosenkarce.
- Patrycji Mc Grove?
- Tak. Długo będziecie mnie tu trzymać?
Jupiter wyjął kluczyki z kieszeni.
- Już się wycofuję... tylko - zawahał się - czy może nam pani powiedzieć, co
oznaczają cyfry: dwa, szesnaście, osiem, szesnaście i dwanaście?
Kobieta zdjęła ciemne okulary.
- To jakaś gra? Numery totolotka? Powinnam postawić w kasynie?
Bob głośno westchnął.
- Nie sądzę, proszę pani. Czy na perłach były jakieś znaki?
- Co? - Toya la Roha uspokoiła się słysząc, jak Jupe włącza silnik forda. - No...
miały pewien wzór. Układ czarnych i białych. Och, były tak kosztowne, że nigdy nie
odważyłam się ich założyć. Ale...
- Co? - Bob nachylił głowę.
- Na płaskim zameczku... teraz to sobie przypominam... były wyryte jakieś
znaki. Mogę już jechać?
Pete i Bob grzecznie ustąpili z drogi. Za chwilę zielona limuzyna zjeżdżała w
dół, kierując się ku Pacyfikowi.
Chłopcy usiedli na murku.
- I co?
- I nic. Nie jesteśmy mądrzejsi ani o centymetr.
Bob skrobał paznokciem starą plamę na kolanie.
- Wiemy, że na zameczku były znaki. Tylko nie wiemy jakie. Ale to już coś.
Jupiter Jones wąchał zwisający mu nad nosem kwiat czerwonego hibiskusa.
- Może jest gdzieś... lub była kopia naszyjnika? Skoro kosztuje majątek, i nawet
pani Toya bała się go nosić...
Pete zerwał się z murka.
- Nie sprawdzimy tego tutaj. Jedzmy!
- Jestem taki głodny - mruknął Jupiter wstając. - Obiad u ciotki już pachnie.
Aha... zapomniałem wam powiedzieć. Wysłałem w naszym imieniu hasło na konkurs.
- Jaki?
- Masz kurzą pamięć, Pete. Jedno hasło od Trzech Detektywów. Vanessa
posłała piętnaście. Ale moim zdaniem żadne nie ma szans.
- A twoje?
Jupiter roześmiał się.
- Zobaczymy. Nie chcę zapeszyć.
Ciotka Matylda oprócz kurczaka z frytkami miała dla detektywów również
zadanie do wykonania.
- Zabierzecie sobie tę kanapę spod płotu, albo ją dziś chłopcy wywiozą na
śmietnik!
- Tę czerwoną? Nikt jej nie kupił, bo ma siedzenie pokrojone nożem! - Pete
bronił się przed kompletnym zagraceniem Kwatery Głównej. - Po co nam kanapa?
Ciotka Matylda wzruszyła ramionami.
- Jupe chciał. Od kiedy się dowiedział, do kogo należała...
Pete i Bob porzucili ogryzane właśnie udka. Z rozcapierzonymi palcami
pokrytymi tłuszczem spoglądali na Jupitera niczym prestidigitatorzy przed
wyciągnięciem królika z cylindra.
- A do kogo należała?
- Do Toi la Roha. Po śmierci męża zmieniła w willi część umeblowania.
Chłopcy wciąż patrzyli szeroko otwartymi oczami. Pierwszy milczenie Bob.
- Przecież jej mąż utopił się kilka lat temu. Skąd więc kanapa znalazła się w [ Pobierz całość w formacie PDF ]