[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Gdzieś na tym statku - odparł spokojnie. - Jeśli byłeś na tyle głupi, żeby dać się tutaj
zwabić, to bądz łaskaw teraz wszystkiego nie zepsuć. Chcesz uratować jej życie, prawda,
Jacobie?
- Mam na imię Roland - sprostował chłopak.
- Roland, Jacob... Czy to nie wszystko jedno? - drwiąco odparł Kain. - Ja sam mam
wiele imion. No dobrze, Rolandzie, czego byś chciał? Czego pragniesz? Chcesz uratować
dziewczynę? O to ci chodzi, prawda?
- Gdzie ją pan ukrył? - powtórzył Roland. - Przeklęty łotrze! Gdzie ona jest?
Mag zatarł ręce, jakby chciał je rozgrzać.
- Wiesz, jak długo tonie taki statek? Nie musisz mi odpowiadać. Najwyżej kilka
minut. Zaskakujące, nie sądzisz? Doskonale wiem, co mówię - zaśmiał się Kain.
- Pan szuka Jacoba, czy jak pan chce mnie nazywać - stwierdził Roland. - No więc
znalazł go pan; nie będę uciekać. Niech ją pan wypuści.
- Szalenie oryginalne, Jacobie - zawyrokował mag, podchodząc do chłopca. - Czas ci
się kończy. Masz jeszcze minutę.
 Orfeusz zaczął powoli przechylać się na prawą burtę. Woda zalewająca ładownie
ryczała pod ich stopami, a szkielet statku jęczał pod naporem nacierających z furią fal, które
pożerały statek niczym kwas trawiący dziecięcą zabawkę.
- Co mam zrobić? - spytał pokornie Roland. - Czego pan ode mnie chce?
- O, już lepiej. Widzę, Jacobie, że zaczynasz się zachowywać rozsądnie. Chcę tylko,
byś się wywiązał z umowy, której nie dotrzymał twój ojciec - odpowiedział mag. - Tylko tyle.
I aż tyle.
- Mój ojciec zginął w wypadku. Ja... - zaczął tłumaczyć zdesperowany Roland.
Mag położył mu protekcjonalnie rękę na ramieniu. Roland poczuł metaliczny dotyk
jego palców.
- Pół minuty, chłopcze. Zbyt mało czasu na rodzinne opowieści - przerwał Kain.
Woda zaczęła wdzierać się na pokład, na którym znajdował się mostek. Roland
spojrzał błagalnie na maga. Kain klęknął przed Rolandem i uśmiechnął się.
- A może zawrzemy pakt, Jacobie? - wyszeptał.
Z oczu Rolanda popłynęły łzy. Powoli skinął głową.
- Bardzo dobrze. Zwietnie - niemal bezgłośnie rzekł mag. - Witaj w domu...
Mag wstał i wskazał ręką jeden z odchodzących od mostka korytarzy.
- Ostatnie drzwi - poinformował Rolanda. - Ale pamiętaj, kiedy uda ci się je otworzyć,
będziemy już pod wodą. Dziewczyna nie będzie miała czym oddychać. Znakomicie
nurkujesz, będziesz wiedział, co robić. Nie zapominaj o pakcie...
Kain uśmiechnął się jakby na pożegnanie, okrył peleryną i zniknął w ciemnościach.
Rozległo się echo kroków na pokładzie. Widać było również ślady stóp pozostawiane na
topiącej się pod nimi metalowej podłodze. Chłopiec stał przez chwilę jak sparaliżowany,
usiłując złapać oddech, póki kolejny wstrząs nie rzucił nim o zmurszałe koło sterowe. Woda
docierała do mostka.
Roland rzucił się w stronę wskazanego mu przez maga korytarza. Woda tryskała z
wszystkich otworów i zalewała korytarz.  Orfeusz nieubłaganie szedł na dno. Roland dotarł
do ostatnich drzwi i rozpaczliwie zaczął w nie walić z całej siły.
- Alicjo! - krzyczał, choć dobrze wiedział, że dzieląca ich gruba, stalowa ściana
skutecznie tłumi jego głos. - To ja, Roland. Wytrzymaj jeszcze chwilę. Wyciągnę cię stąd.
Chwycił za pokrętło i zaparł się, by je obrócić. Ale tylko poranił sobie dłonie.
Lodowata woda sięgała mu już do pasa. Pokrętło nieznacznie drgnęło. Roland nabrał głęboko
powietrza i zaparł się ponownie. Tym razem pokrętło, choć powoli, ale ustąpiło i można było
wreszcie otworzyć drzwi. Woda zalewała już twarz Rolanda. Po chwili cały korytarz znalazł
się pod wodą.  Orfeusz zniknął w ciemnościach.
Otworzywszy całkowicie drzwi, Roland wpłynął do kajuty, usiłując po omacku
odnalezć Alicję. Przez chwilę pomyślał z przerażeniem, że mag go oszukał i w kajucie nie ma
nikogo. Chociaż otwarte pod wodą oczy piekły go boleśnie, starał się wypatrzyć dziewczynę
w podwodnym mroku. W końcu natrafił palcami na skraj sukienki Alicji. Dziewczyna dusiła
się już i szamotała rozpaczliwie. Objął ją, próbując uspokoić, ale ona, nie wiedząc, kto jej
właściwie dotyka, wpadła w jeszcze większą panikę. Zdając sobie sprawę, że zostało mu
tylko kilka sekund, chwycił ją pod brodę i pociągnął na korytarz. Statek coraz szybciej
pogrążał się w toni. Alicja próbowała wyrwać się z uścisku Rolanda, który płynął w stronę
mostka pośród szczątków wyrwanych przez wodę z najniższych pokładów  Orfeusza .
Chłopak wiedział, że dopóki kadłub nie osiądzie na dnie, nie powinien nawet próbować
wydostać się ze statku, w przeciwnym bowiem razie wiry wessą ich i pociągną w stronę prądu
morskiego, ten zaś porwie ich bez żadnej nadziei na ratunek. Z drugiej strony świadom był
tego, że upłynęło już przynajmniej trzydzieści sekund od chwili, gdy Alicja po raz ostatni
zaczerpnęła powietrza, co ze względu na okoliczności i stan paniki, w jakim się znajdowała,
oznaczało, że zaczyna nabierać wody. Próba wypłynięcia na powierzchnię skończyłaby się
dla niej pewną śmiercią. Kain staranie zaplanował grę.
Oczekiwanie, aż  Orfeusz osiądzie na dnie, zdawało się trwać bez końca. Kiedy
wreszcie nastąpiło uderzenie, część nadbudowy mostka kapitańskiego oderwała się i spadła
na Alicję i Rolanda. Silny ból przeszył nogę Rolanda. Chłopak zrozumiał, że kawał metalu
uwięził jego stopę. Blask  Orfeusza powoli gasł w głębokościach.
Roland, walcząc z potwornym bólem uwięzionej nogi, spojrzał w twarz Alicji.
Dziewczyna miała wciąż otwarte oczy, ale widać było, że resztkami sił broni się przed
zachłyśnięciem. Nie mogła już dłużej bronić się przed nabraniem powietrza w płuca.
Spomiędzy zaciśniętych warg zaczęły wypływać pęcherzyki niczym perełki niosące ostatnie
chwile gasnącego życia.
Roland ujął w dłonie jej twarz, zmuszając ją, by spojrzała mu w oczy. Ich spojrzenia
złączyły się w głębinach. Dziewczyna w mig zrozumiała, co Roland zamierza zrobić.
Pokręciła przecząco głową, usiłując zarazem odepchnąć chłopca. Ten wskazywał na swoją
stopę uwięzioną w śmiercionośnych wnykach metalowej konstrukcji dachu. Alicja
zanurkowała w lodowatej wodzie, próbując uwolnić stopę Rolanda z pułapki żelastwa. Oboje
spojrzeli na siebie wzrokiem pełnym rozpaczy. Nikt i nic nie mogło unieść potwornego
ciężaru przytrzymującego Rolanda. Alicja podpłynęła z powrotem do chłopca i przytuliła się
do niego, czując, jak z wolna i ona traci resztki przytomności. Roland, nie zwlekając już ani
chwili, ujął twarz Alicji w swoje dłonie i przycisnął wargi do warg dziewczyny, by wpuścić
do jej ust resztki powietrza, jakie dla niej zachował - zgodnie z przewidywaniami Kaina.
Alicja zatrzymała zbawienne powietrze, ściskając mocno dłonie Rolanda, złączona z nim w
pocałunku ocalenia.
Chłopak posłał jej pożegnalne i pełne rozpaczy spojrzenie i siłą wypchnął ją z mostka. [ Pobierz całość w formacie PDF ]