[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Biała magia i czarna magia - powiedział LaRue. Już nie wyglądał na
rozzłoszczonego, tylko zainteresowanego. - Więc, jaka jest różnica?
Biała magia opiera się na siłach natury - powiedziała mu Libby. - Z
czterech podstawowych elementów ziemi, powietrza, ognia i wody, jak
również od słońca i księżyca.
- Czy to wyszukany sposób mówienia 'od Boga'? - spytał LaRue.
Libby zastanowiła się przez chwilę.
- Cóż, może być - chociaż niektórzy z nas mogą użyć innych terminów,
wliczając 'Boginie'.
- A jeśli chcesz ustawić Boga jako zródło białej magii - powiedział Morris
- nie powinno być zbyt trudno odgadnąć skąd pochodzi druga strona.
- Nie, podejrzewam, że nie. - powiedział LaRue. - Spojrzał na Libby
Chastain i spytał - Która jest silniejsza?
- Nie ma odpowiedzi na to pytanie. - powiedziała mu. - Ale istnieje kilka
wyraznych różnic w praktyce. Na przykład, nie możesz używać białej
magii by kogoś skrzywdzić.
- Dlaczego nie?
Libby wzruszyła ramionami.
- To jest po prostu niemożliwe. W białej magi nie istnieją rytuały, które
mogłyby być użyte do wyrządzenia komuś krzywdy. Białe wiedzmy, na
przykład, nie wrzucają klątw.
- To jest sprawa, jestem trochę zaskoczony, że zli nie starli was z
powierzchni ziemi dawno temu. Przypuszczam, że czarna magia zezwala
na klątwy.
- Oh, tak, steki. - powiedziała Libby. - Ale nie zakładaj, że biała magia jest
bezsilna. Samoobrona jest dozwolona, jak również obrona innych. Jest
wiele sposobów na osiągnięcie tego celu.
- Już widziałeś jeden z nich. - powiedział Morris.
Może był na nieznanym terenie, ale Walter LaRue nie był głupi.
- Masz na myśli te talizmany. Te zrobione przez Gretę.
- Tak, te - powiedziała Libby. - To odpierające talizmany, są tak nazwane
ponieważ mogą odpierać zaklęcia rzucane przez innych, wliczając klątwy.
- To miałem na myśli nazywając twoją teściową wiedzmą. - powiedział
Morris. - Nie miałem na myśli żadnej kalumnii, chociaż mogłem to
wyjaśnić trochę lepiej. Jest oczywiste, z tego co pozostawiła Greta, że jest
białą wiedzmą, a ta nazwa nie jest obrazą.
- Była również waszym obrońcą. - dodała Libby. - Najwyrazniej, te
odpierające talizmany były używane do obroty twojej rodziny przed
atakiem czarnej magii. Problemem jest, że wiele zaklęć zachowuje swoją
moc gdy wiedzma nadal jest żywa.
LaRue patrzył na nią przez kilka sekund, następnie pokiwał głową.
- Więc gdy Greta została zabita, talizmany przestały działać. A pózniej,
ktoś kto praktykuje czarną magię morduje nas.
- Albo to, albo zaklęcie było już na miejscu. - powiedział Morris. - Wiesz,
coś jak samolot oczekujący na lot. A gdy twoja teściowa umarła....
- Samolot uniósł się w powietrze. - powiedział LaRue. - Dokładnie nad
nami.
- Tak, coś w tym rodzaju. - powiedział Morris. - Co prowadzi nas do
pytania kto za tym stoi. Macie wroga, Panie LaRue. Albo ktoś w pana
rodzinie. Masz jakiś pomysł kto może nim być?
- Wróg, który zna czarną magię? Nie mogę w tym pomóc. - powiedział
LaRue. - Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że to istnieje, aż do teraz.
- Pana wrogiem nie musi być wiedzma. - powiedziała Libby. - Tylko ktoś
kto wiem jak jedną znalezć. Całkiem sporo wiedz, białych i czarnych,
można wynająć, jeśli wiesz gdzie szukać.
- Jacyś biznesowi rywale? - spytał Morris. - Może ktoś kogo pokonałeś
przy jakimś dużym softwarowym kontrakcie? Albo może były pracownik,
który nie przyjął zbyt dobrze zwolnienia?
LaRue siedział, wpatrując się w podłogę przez dobrą minutę.
- Nie, przepraszam, ale nie przychodzi mi do głowy żadna rozsądna
możliwość. Mam konkurencję w biznesie, ale nic z nożem na gardle. I nie
zwolniłem nikogo od lat. Ludzie odchodzą, oczywiście, z różnych
powodów. Ale nie ma żadnej złej krwi, która przychodzi mi do głowy.
Pózniej gdy oboje szli przez parking, Morris spytał Libby.
- Myślisz, że mówi prawdę?
- Tak, myślę, że tak. - powiedziała Libby. - Nie wyczuwałam od niego
żadnych wibracji towarzyszących oszustwu.
- Cholera. To wszystko utrudnia.
- Możliwe. Ale nie zaniedbujmy oczywistego.
- Którym jest...?
- Obrońcą jest matka żony, prawda?
- Prawda, no i co?
- Więc, gdy skończymy z domem, myślę, że powinniśmy porozmawiać z
żoną.
* * * *
Quincey Morris użył swojego pożyczonego klucza by otworzyć drzwi.
- Wejdz, - powiedział do Libby Chastain. - Witam w Chez LaRue.
Zamykając za nimi drzwi,Libby oparła się o nie. Ona i Morris stali cicho
w korytarzu przez prawie pełną minutę. Wydawało się jakby czegoś
nasłuchiwali, ale nie mówili co to jest.
- Nikogo nie ma w domu. - w końcu powiedział Morris. - ale wiedzieliśmy
o tym. Chodzmy.
- Czekaj. - powiedziała, łapiąc go,na chwilę, za przedramię. - Przyszło mi
do głowy, że najlepiej trzymać nasze myśli dla siebie gdy tu jesteśmy -
przynajmniej do czasu aż odpierające talizmany będą z powrotem na
miejscu.
- Dlaczego? Co cię niepokoi?
Westchnęła raz, miękko.
- Quincey, kazałeś LaRue'om przenieść się do Holiday Inn. Dla ich
bezpieczeństwa,powiedziałeś, prawda?
- Tak, pewnie.
- A dlaczego to zrobiłeś?
- Ponieważ wydaje się, że magiczne ataki są skierowane na miejsce, w
którym LaRue'owie - oh.
- Spędzają dużo czasu. - skończyła. - Dokładnie. Więc zaklęcie
stwarzające wszystkie te problemy, jest skierowane na miejsce, a nie ludzi.
Co oznacza, że przeklęta rzecz - mówię dosłownie - może nie odróżniać
ludzi, którzy tu żyją od kilku gości.
- Masz na myśli, jak ja i ty.
- Odgadłeś Sherlocku. Więc trzymamy się razem, chronimy nasze plecy, i
jesteśmy gotowi na wszystko. W porządku?
- Nie będę się sprzeczał.
Ma krótko uśmiech rozjaśnił jej twarz.
- To będzie pierwszy raz. Oh - jeszcze jedno.
- Tak, mamo.
- Jeśli, o każdej porze gdy tu jesteśmy, usłyszysz jak mówię 'wychodzić' -
a jeśli w ogóle to powiem, to powiem to głośno - wychodzisz najszybciej
jak możesz/ Drzwi, okna - cokolwiek jest bliżej, tego używasz. Nie
zadajesz pytań, nie wahasz się, nie martwisz się o mnie. Jesteś na drodze [ Pobierz całość w formacie PDF ]