[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ohydną niesprawiedliwość. Owszem, samą wojnę nawet skrycie ceniła, jak każdą inną szumną i
niezwykłą awanturę. I gdyby wojna przydybała ją gdzieś w mieście, nad brzegiem morza, albo
chociaż na książęcym trakcie, nie rzekłaby ani słowa. Może nawet przyłączyłaby się do rabunku
czy pohulała zdziebełko z wojakami, bo zazwyczaj były to chłopy wesołe, skore do gorzałki,
sprośności i rozlicznych uciech. Ale co innego swawole w wielkim świecie, co innego zaś
pospolite domowe nieporządki!
Szczęśliwe wytępienie grasantów i innego plugastwa przyniosło jej wprawdzie odrobinę
radości, rychło jednak musiała się zabrać do ciesielstwa, murarki i kopcowania brukwi. A do
gospodarskich zajęć nigdy nie miała serca. Z ciosaniem desek na chaty trzeba się było śpieszyć,
bo jesienna szaruga szła już ku końcowi i po łupaniu w kolanach Babunia rozpoznawała
niechybnie, że zima nastanie mrozna i dotkliwa. Wszystko to nie wprawiało wiedzmy w
szampański humor. Prawdę powiedziawszy, snuła się po wiosce w takim nastroju, że co
wrażliwsze niewiasty zaczynały rozważać ponowną ucieczkę do lasu. Ludziom miękły kolana,
kiedy zwalała sosny jednym uniesieniem brwi. Niby miała wymówkę: potrzebowali drewna, by
przed pierwszym śniegiem wznieść osadę i wyposażyć ją jakoś. Robota szła jednak niesporo, aż
wiedzma pojęła, że trzeba do Doliny spędzić nowych wieśniaków. I to jak najprędzej.
Rychło w północnej części Gór %7łmijowych zdarzyło się kilka bardzo dziwnych wypadków.
Paru wędrownych handlarzy ciągnących z wyładowanymi wozami ku swym domostwom, nigdy
do nich nie dojechało. Z okolicznych dworów gwałtownie znikali parobkowie. Dwóch
statecznych, zasiedziałych gospodarzy osobliwym trafem przepadło w leśnej gęstwinie, gdyż
Babunia Jagódka uznała, nie bez racji zresztą, że, prócz młodzieńczego zapału, wiosce przyda się
też nieco rozwagi i doświadczenia. Zresztą, czas naglił, a wiedzma nie była drobiazgowa.
Zgarnęła więc z gościńca niewielki oddziałek koniuchów, którzy ze zrabowanym tabunem koni
zmierzali na południe. Nie pogardziła też wędrownym żebrakiem ani wiejskim głupkiem.
Przydybany na trakcie nieopodal Mnicha utrzymywał wprawdzie, że jest księciem w podróży do
zródła uzdrawiającej wody, lecz zdaniem Babuni owe wyjaśnienia jedynie potwierdzały jego
kwalifikacje na wioskowego idiotę.
Co tu ukrywać, w wilżyńskiej okolicy najłatwiej było o pasterzy, najemników i zbójców. Ci
ostatni o gospodarce niewielkie mieli pojęcie, byli jednak dorodni, w trudach zaprawieni i obrotni
jak mało kto. Babunia żałowała, że szajka z Przełęczy Zdechłej Krowy rozpadła się bezpowrotnie
po niecnej ucieczce zbójcy Twardokęska, człeka rozlicznych zalet i chytrego niezmiernie, choć
sobka i lenia po trochu. Zastanawiała się nawet, czyby go czarem nie ściągnąć na powrót w Góry
%7łmijowe, lecz już tak głęboko w polityce siedział, że poniechała go z żalem. Szczęściem,
podczas wojny ulęgło się mrowie świeżych łupieżców, którzy doświadczeniem nie mogli się
mierzyć z osławionym zbójeckim hetmanem, choć zapamiętaniem w pracy przewyższali go
nawet.
Babunia zasadzała się na nich bardzo prostym sposobem. Brała naręcze chrustu, który
oczywiście nie był do niczego potrzebny, ale bez wiąchy gałęzi jakoś się głupio czuła na trakcie, i
dreptała wprost do kryjówki zbójców. Tam zgrabnym zaklęciem tak im we łbach mąciła, że już
sami z siebie szli do Wilżyńskiej Doliny. Oprzytomniawszy z uroku, zbójcy pomstowali
strasznie, chcieli gardła podrzynać i chałupy palić, lecz bardzo trudno zbytkować, kiedy się
ostrze miecza od dotyku rozmaśla i na ziemię ścieka, a solidna pałka obraca się w rękach jak
żywa i właściciela po grzbiecie wali. Co gorsza, szybko wyszło na jaw, że żadnym się sposobem
nie potrafią z Wilżyńskiej Doliny wyrwać na swobodę. Zcieżki wiły się i splatały, nikły wśród
sosen, póki nie wywiodły ich na koniec w znajome wiejskie opłotki. Po tygodniach takich
zmagań i najtęższym zbójcom ubywało hardości, wpadali w melancholię i pili na umór. Jeden się
nawet obwiesił na wilżyńskim cmentarzu.
Babunia była nieugięta.
Wkrótce powiało tęższym chłodem i wymiotło im z głowy włóczęgę po oczeretach czy
chaszczach. Zgłodniali i zziębnięci brańcy spokornieli na tyle, że jęli się najmować do
gospodarskich posług za miejsce suche pod dachem i garstkę strawy. Co sprytniejsi brali za żony
miejscowe wieśniaczki, wykańczali domy, stawiane na zgliszczach starych chat i, pogodzeni z
losem, kisili kapustę.
Wiedzma przyglądała się temu z nieskrywaną dumą i pewnym rozrzewnieniem. Postanowiła
twardo, że książęce wojenki nie będą jej odtąd wchodzić w paradę i czynić pod samym płotem
zamieszania. Może Wilżyńska Dolina była jedynie zapyziałą wioską na krańcu świata, ale była to
jej wioska i jej kraniec świata. I z nikim nie zamierzała się nim dzielić.
Wreszcie mogła odpocząć.
Babunia Jagódka zazwyczaj odpoczywała w tradycyjny sposób. Do pełnej satysfakcji był jej
potrzebny spory bukłak miodu, ze trzy pieczone półgęski i dorodny parobczak. Nim jednak
przeszła niedziela, miód jej się przepił do cna, a na pieczoną gęsinę nie mogła już patrzeć. [ Pobierz całość w formacie PDF ]