[ Pobierz całość w formacie PDF ]

hamulec: droga była pusta. Motocykl, zahamowany w pełnym rozpędzie, jak trafiony w
komorę jeleń, wyciągnął się w jakimś skoku, zarzucił.
Obaj podnieśli się momentalnie. Aagodny spadek rowu zamortyzował uderzenie.
- Cały! - ryknął triumfalnie Robert taszcząc motor z powrotem na szosę. - Słuchaj, dawaj mi
parabelę, sam leć naprzeciwko Anglików i pokaż drogę. Niemcy musieli skręcie w tę wąską
na lewo. Ten cholerny kurz...
- Uważaj, są tylko trzy naboje - pogodził się z losem Kolumb.
23
Droga, którą wybrać musieli ścigani, była o sto metrów od nich. Robert skręca. Anglików już
widać. Kolumb biegnie raznie w ich stronę. Nie, nie darują, nie puszczą.
Jeep żandarmerii staje piszcząc wszystkimi hamulcami. Kolumb rzuca się do nich. Podnosi
nogę, by wsiadać, i zdumiony, szeroko otwartymi oczami patrzy w ciemną zrenicę lufy
tommiguna.
- Left - pokazuje drogę, ale barczysty podoficer łapie go za rękę. Sprawnie obmacuje całego w
poszukiwaniu broni, wciąga na wóz, który już zawraca. Kolumb jeszcze nie rozumie.
Szamocąc się ze słowami, nieobrotnie, ale jasno tłumaczy im przebieg sprawy. Flegmatyczny
podoficer o twarzy buldoga kiwa uspokajająco głową. Auto jedzie z powrotem drogą.
 Raz, dwa... - Kolumb ze ściśniętym sercem liczy jakieś dalekie strzały. - Jeśli to on, Robert,
a nie oni do niego, to ma już ostatni nabój. Nagle zalewa go nienawiść tak przerażająca,
głęboka, jak chyba wtedy na Czerniakowie. Z takim wyrazem twarzy powoli zdejmuje z
ramienia rękę żandarma, że buldog posłusznie się godzi, tylko znacząco poprawia leżący na
kolanach tommigun.
Powoli, na zmniejszonych obrotach, przejeżdżają przez niemiecką wieś. Kolumb widzi
rozdziawione szyderczym śmieszkiem gęby Niemców. Czuje, że drżą mu ręce w szybkim, nie
kończącym się dreszczu. Oto dopełnia się miara sprawiedliwości, jaką ma dla niego świat.
 Nie szkodzi. Nie poznali jeszcze, jak ostre mam zęby - myśli nie wiedzieć w czyim imieniu.
Samochód skręca w boczną, wysadzoną lipami drogę. Zwiat wyśmiewa się jaskrawym,
ironicznym słońcem, wiatr szepcze coś chichocząc złośliwie w zieleni listków.
Jeszcze starodawna fosa, mur. Są na podwórzu starego klasztoru. Pełno tu jeepów, kręcący się
panowie w białych pasach, bez hełmów.
 Kryminał czy camp jakiś - domyśla się Kolumb. Słyszy, jak ktoś, prowadzony przez dwóch
eskortantów, wymyśla im po francusku. Gdzieś wydziera się Jakaś Włoszka. Podoficer z
twarzą buldoga nakazuje iść za sobą. Wchodzą w ciemną niszę. %7łelazne drzwi.
Kolumb znalazł się w celi ciemnej jak piwnica. Stanął przy drzwiach. Chwilę oddychał
ciężko. Dusił się. Rozerwał kołnierz dresu. Wściekłość taka, jakiej jeszcze nie zaznał.
Po dłuższej dopiero chwili usłyszał gdzieś nad sobą czyjś oddech. Kimże jest ten
współwięzień? Przypomniał sobie francuskie wykrzykniki, jakie słyszał na korytarzu.
- Are you French? - zapytał unosząc głowę.
- No - zaprzeczył zachrypnięty głos. Widać już kontury pryczy.
- British? - następne pytanie Kolumba, wytrzeszczającego oczy w ciemności.
- Polish - powiada ciemność.
- A job twoju mat - ucieszył się absurdalnie Kolumb.
24
- Ruski? - niechętne pytanie z mroku.
- Polus, bracie - powiada Kolumb i robi krok do przodu. Nagle ktoś wali mu się na głowę.
Zanim zdążył wymierzyć obronny cios, usłyszał:
- Pan podchorąży, rany! Pan porucznik Kolumb...
Współwięzień, który rzucił się z początku do uścisku, stał naprzeciwko onieśmielony, dysząc
ze wzruszenia. Kolumb, którego oczy przyzwyczaiły się do półmroku celi, daremnie
wpatrywał się w obrzękłą twarz. Coś mu się przypomniało.
- Jagiełło?... - zapytał z wahaniem.
- Tak jest. A co do wyrazu twarzy, to Anglicy. Wystarczyło tak... - Rękę o drapieżnie
rozcapierzonych paluchach zbliżył do własnej twarzy, potem dla lepszej demonstracji
przeniósł ją przed oblicze Kolumba, zacisnął palce maskując chwyt  za pysk , drugą ręką
przytrzymał go za koszulę pod rozpiętym dresem. - Jak mnie w ten sposób ścisnął za pysk, a [ Pobierz całość w formacie PDF ]