[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Naprawdę musisz się leczyć, stuknięta suko! - Theo niezbyt dobrze radził sobie z
przemocą, nawet w postaci rozmiękłego ciasta, ale po pierwszym wybuchu natychmiast
stracił zapał do walki. - Przepraszam, nie wiem, co we mnie wstąpiło. Może byśmy...
- Dobra! - odparła.
Wytarła ręce w ścierkę, którą następnie w niego rzuciła. Gdy się odsuwał, czuł się jak
w zwolnionym tempie podczas strzelanin w Matriksie, lecz tak naprawdę był po prostu
wysokim, lekko naspawanym facetem, a ścierka i tak by go nie trafiła. Molly przeszła przez
domek do ich sypialni i opadła na podłogę po drugiej stronie łóżka.
- Molly, nic ci nie jest?
Wyłoniła się z paczką wielkości pudełka po butach, owiniętą w świąteczny papier, do
którego przyczepiło się parę wałków kurzu. Podała mu paczkę.
- Proszę. Wez to i idz. Nie chce cię widzieć, zdrajco. Idz.
Theo był zdumiony. Chciała od niego odejść? Prosiła, by to on odszedł? W jaki
sposób to wszystko zepsuło się aż tak szybko?
- Nie chcę iść. Mam bardzo zły dzień, Molly. Przyszedłem z nadzieją na odrobinę
współczucia.
- Tak? Dobra. Proszę bardzo. Oj, biedny naćpany Theo, tak mi przykro, że musisz
przesłuchiwać moją najlepszą przyjaciółkę na dzień przed Wigilią, chociaż mógłbyś w tym
czasie bawić się na nielegalnym polu maryśki, które wygląda jak siedziba ludzi-gibonów. -
Wyciągnęła prezent przed siebie, a on go wziął. O czym ona, do diabła, mówiła?
- Więc to ma coś wspólnego z ogródkiem szczęścia?
- Otwórz - powiedziała.
Nie powiedziała ani słowa więcej. Oparła dłoń na biodrze i posłała mu to swoje
spojrzenie typu  skopię ci tyłek albo wydymam cię do ostatniej kropli krwi , które podniecało
go przerażało zarazem, nigdy bowiem nie był pewien, na którą opcję się zdecyduje - wiadomo
było tylko, że w ten czy inny sposób uzyska zadowolenie, a jego następnego dnia wszystko
będzie bolało. Było to spojrzenie Wojowniczej Laski i doskonale zdawał sobie sprawę, że to
nawrót świra. Pewnie naprawdę nie brała leków. Należało to właściwie rozegrać.
Cofnął się o kilka kroków, po czym zdarł papier z paczki. W środku znajdowało się
białe pudełko ze srebrną pieczęcią ekskluzywnego wytwórcy szkła artystycznego, a w nim,
zawinięta w niebieską chusteczkę najpiękniejsza fajka, jaką w życiu widział. Przypominała
przedmiot z czasów art nouveu, tyle że wykonany z nowocześniejszych materiałów.
Dwubarwne, niebiesko-zielone szkło, z ozdobnymi srebrnymi gałązkami. Obracając fajkę w
dłoni, doznał wrażenia, jakby szedł przez las. Cybuch idealnie pasujący do jego dłoni,
najprawdopodobniej była wykonana ze srebra, na którym widniał ten sam roślinny motyw,
który wyglądał, jakby się wyłaniał ze szkła. Twórca tego przedmiotu musiał wykonać go
specjalnie dla Theo, biorąc pod uwagę jego gust. Poczuł, że zbiera mu się na płacz, i
zamrugał, by odegnać łzy.
- Piękne.
- Mhm - odparła Molly. - Sam widzisz, że martwi mnie nie twój ogródek, tylko ty.
- Molly, chciałem tylko porozmawiać z Leną. Jej chłopak próbował mnie
zaszantażować. A ja tylko uprawiałem...
- Wez to i idz - powiedziała Molly.
- Kochanie, powinnaś zadzwonić do doktor Val, dowiedzieć się, czy cię przyjmie...
- Wyjdz, do cholery. Nie będziesz mnie tu wysyłał do psychiatry. Wyjdz!
Nic nie mógł zdziałać. A przynajmniej nie teraz. Jej głos wpadł w wysoki, szaleńczy
toti Wojowniczej Laski - znał to z czasów, kiedy ją woził do szpitala, zanim zostali
kochankami. Kiedy była tylko miejscową wariatką. Jeśli będzie dalej naciskał, zupełnie straci
panowanie nad sobą.
- Dobrze. Pójdę. Ale zadzwonię, co?
Posłała mu tylko to spojrzenie.
- Są święta...
Spojrzenie.
- Zwietnie. Twój prezent leży na górnej półce w szafie. Wesołych świąt.
Z. szafy wyjął trochę bielizny i skarpetki, zabrał parę koszul i ruszył do drzwi.
Zatrzasnęła je za nim na tyle mocno, że jedna z szyb pękła. Odgłos szkła spadającego na
chodnik brzmiał jak podsumowanie jego całego życia.
Rozdział 11
ZLIMACZY ZLUZ DOBREGO NASTROJU
Wydawał się zrobiony z polerowanego mahoniu, tyle że poruszał się niczym ciecz.
Sceniczne reflektory rozświetlały jego łysą głowę zielenią i czerwienią, gdy chwiał się na
stołku i szarpał struny jasnego statocastera za pomocą szyjki od butelki po piwie. Nazywał się
Catfish Jefferson, miał siedemdziesiąt, osiemdziesiąt albo sto lat i, podobnie jak nietoperz
owocożerny Roberto, nosił w pomieszczeniach okulary przeciwsłoneczne. Catfish był
bluesmanem i w przeddzień Wigilii śpiewał dwunastotaktową, smętną bluesową balladę w
barze  Głowa Zlimaka . Moją małą rżnął Mikołaj Pod gałązką jemioły (Panie, zmiłuj się).
Moją małą rżnął Mikołaj Pod gałązką jemioły. Została gwiazdkową zdzirą, Choć była moim
aniołem.
- Słyszałem! - wydarł się Gabe Fenton. - Prawda, prawda. Zwięte słowa, brachu.
Theophilus Crowe popatrzył na przyjaciela, jednego z całej gromady niespokojnych,
załamanych klientów baru. Kołysząc się prawie w rytm piosenki, pokręcił głową.
- Czy można być bardziej niewinnym? - spytał Theo.
- Czuję bluesa - stwierdził Gabe. - Zrobiła mi krzywdę, jeszcze jaką.
Gabe pił. Theo, choć nie był zupełnie trzezwy, nie pił.
Wypalił cienkiego jak wykałaczka skręta z ziela z Big Sur, na spółkę z Catfishem
Jeffersonem podczas przerwy w występie. Stanęli sobie na parkingu za  Głową Zlimaka i
próbowali przypalić skręta jednorazową zapalniczką przy wietrze o prędkości czterdziestu
węzłów).
- Myślałem, że nie macie tu, kurwa, problemów z pogodą - zachrypiał Catfish, który
tak mocno pociągnął skręta, że żar wyglądał niczym oko demona spoglądające z ciemnej
jaskini ust i palców. (Zgrubienia na opuszkach jego palców były odporne na gorąco).
- El Nino - powiedział Theo, wypuszczając kłąb dymu.
- %7łe co?
- Ciepły prąd oceaniczny w Pacyfiku. Zbliża się do brzegu mniej więcej raz na
dziesięć lat. Psuje połowy, przynosi ulewy i burze. Mówią, że w tym roku może przyjść El
Nino.
- A kiedy będą pewni? - Bluesman włożył swój skórzany kapelusz i mocno trzymał,
by nie zdmuchnął go wiatr.
- Zwykle wiedzą, kiedy już wszystko zaleje, winne plony są zmarnowane, a mnóstwo
nadbrzeżnych domów zsunie się do oceanu.
- Dlatego, że klimat jest za ciepły?
- Aha.
- Nic dziwnego, że cały kraj was nie cierpi - stwierdził Catfish. - Chodzmy do środka, [ Pobierz całość w formacie PDF ]