[ Pobierz całość w formacie PDF ]

to szybko - powiedział w końcu.
-Może pora trochę ich postraszyć? - bardziej zasugerował, niż spytał Noel.
- Gdyby w Londynie nastąpił wybuch... oczywiście akt terroryzmu... to
chyba załatwiłoby sprawę?
-W Londynie? Gdzie? - zdumiał się Nelson. Sprawiał wrażenie
przerażonego. - Przecież nie wolno nam ryzykować ofiar!
-Richmond Park.
-Oszalałeś! - Benton skrzywił się, przeszywając go mrożącym spojrzeniem
zza okularów.
-Jest szalony jak marcowy zając! - Nelson nie wytrzymał, podniósł głos.
180
-Mój pośrednik już znalazł odpowiednie miejsce - tłumaczył Noel swym
charakterystycznym spokojnym tonem. - To część parku najbardziej
oddalona od rzeki. Jest tam wejście nieużywane o tej porze roku.
Jedynymi ofiarami, jeśli w ogóle do tego dojdzie, będzie kilka drzew.
Policja uzna, że kierowca chciał dotrzeć okrężną drogą na popularniejszy
wśród spacerowiczów teren, ale ładunek wybuchł przedwcześnie. Panikę
mamy jak w banku, a nikt nie zostanie nawet draśnięty.
-Do tego stopnia ufasz... pośrednikowi? - zdziwił się Nelson.
-Ufam mu całkowicie.
Noel często stosował taktykę powoływania się na tak zwanych
pośredników. Bracia nie mieli pojęcia, że osobiście kontaktuje się ze swoimi
ludzmi.
-I co o tym myślisz? - Nelson zwrócił się do Bentona.
-Potrzebujemy czegoś, co by wstrząsnęło panami ministrami.
-Nie da się ukryć. - Na szerokiej twarzy Nelsona malował się wyraz
bezsilności. - Będziemy głosować. Jeśli zgodzimy się wszyscy,
przystępujemy do działania.
Jednocześnie podnieśli lewe ręce. Noel wstał; bardzo starał się nie
uśmiechnąć.
- Zwietnie - powiedział. - Muszę wyjść i zatelefonować.
Kiedy Paula i Tweed przyjechali na Park Crescent, zastali zespół w
komplecie. Marler wkładał do torby kombinezon i wyposażenie lotnika.
Włożył hełm, sprawdzając, czy nic go nie uwiera.
- Co tu się dzieje? - spytał Tweed, oddając płaszcz Monice.
Odpowiedział mu Harry, który zdążył już włożyć kurtkę od mun
duru polowego. Właśnie chował granaty do kieszeni.
-Uznaliśmy, że warto sprawdzić, co z tą ciężarówką i czy jeszcze tam stoi.
Marler podrzuci mnie na miejsce. Podobno wie od ciebie, że można
wylądować na tym wysokim wzgórzu.
-Najwyższej Górze. - Tweed skinął głową. - Macie wyjaśnić wszystko, co
wyda się wam zagadkowe. Byle szybko.
-Więc jeśli ciężarówka stoi, gdzie stała, i nikogo przy niej nie będzie, sam
ją wysadzę.
-Zgoda. Dziś rano Paula i ja usunęliśmy z naszej drogi kilka
niebezpieczeństw. Zakładam, iż wszyscy wiecie, że doszło do kolejnego
przerażającego morderstwa. Ofiarą jest kobieta. Modus ope-randi sprawcy
bez zmian.
-Informacja jest już w póznym wydaniu  Daily News" - rzekł Newman. -
Drew Franklin, oczywiście. Facet musi mieć wspaniałe kontakty.
-Oficjalnie  bez komentarza" - warknął Tweed. - A tak nieoficjalnie...
jestem pewien, że pan nadinspektor jest bogatszy o dobre dwieście funtów.
Macie tę gazetę?
181
- Wynosimy się!
Marler i Harry znikli. Tweed zabrał się do lektury.
SIOSTRA VIOLIVANDER-BROWNE OKRUTNIE
ZAMORDOWANA
Na mapie Londynu pojawił się kolejny Dom Zmierci. Dziś rano
znaleziono zwłoki Mariny Vander-Browne w jej mieszkaniu w May-fair.
Podobnie jak przed tygodniem siostrze Mariny, Violi, jej także odcięto ręce,
nogi i głowę. Nadinspektor Hammer twierdzi, że śledztwo postępuje w
zadowalającym tempie.
- Zledztwo cofa się w zadowalającym tempie - prychnął Tweed,
oddając gazetę Bobowi.
Wstał. Rozejrzał się po twarzach obecnych w biurze współpracowników.
Wszyscy się zorientowali, że za chwilę usłyszą złe nowiny.
-Powinniście wiedzieć, że zdaniem profesora Saafelda nasz przyjaciel -
lub przyjaciółka - może uderzyć ponownie, i to już za kilka dni. - Tweed
mówił z powagą. - Saafeld nazywa to  burzą krwi". Sprawca czuje
nieprzepartą ochotę dokonania mordu. W miarę jak przymus ten staje się
coraz silniejszy, maleje czas pomiędzy zbrodniami. A więc na
zidentyfikowanie mordercy mamy tylko parę dni. Chcę, żebyśmy
dowiedzieli się wszystkiego o Konspiracji. Za jednym podejściem.
Newman, ty masz zbliżyć się do Noela. Przypiecz go. Nield, twoim celem
jest Benton. Paula porozmawia z Papugą.
-Mogę odczekać kilka godzin? - spytała dziewczyna. - Chciałabym coś
załatwić przed tym spotkaniem.
-Zgoda. Ja się dobiorę do Nelsona, ale to chyba musi zaczekać do
wieczora. Howard chce, żebyśmy razem zredagowali raport dla premiera.
Najważniejsze to przekazać ten dokument w idealnym momencie. Marler i
Harry dostaną zadania, gdy tylko wrócą z Peck-ham Mallet. Poza tym
muszę jeszcze odbyć krótką rozmowę z generałem Macomberem. Wracam
póznym popołudniem.
-Pojedziesz tam sam? - spytała zaniepokojona Paula.
-Sam. Bez dyskusji. Generał w coś gra. A ja mam dla was podpowiedz,
być może przydatną. Szukamy kogoś, mężczyzny lub kobiety, zdolnego
do popełnienia najbardziej sadystycznego okrucieństwa.
-Kogoś, kto przed laty ukręcił głowę temu kotu... - podpowiedziała Paula.
-Możliwe. Pamiętajcie, możemy mieć zaledwie dwa dni na zapobieżenie
trzeciej przerażającej zbrodni.
Minęło południe. Tweed jechał w stronę Tolhaven i promu na Black
Island, a Marler i Harry wracali do biura. Tam i z powrotem polecieli lekkim
samolotem Marlera. Harry trząsł się na siedzeniu obok pilota.
182
- Przydałby mi się łyk brandy - przyznał, wchodząc do biura na
nieco chwiejnych nogach.
Monica poderwała się z krzesła, podbiegła do szafki, wyciągnęła z niej
butelkę i szklaneczkę. Napełniła ją niemal po brzegi, a mimo to Harry wypił
połowę drinka jednym łykiem. Odetchnął z ulgą. Osuszył szklaneczkę, znowu
odetchnął z ulgą, wyprostował się. Wyglądał o wiele lepiej. Zajął swoje
ulubione miejsce, siadając po tu-recku na podłodze.
W drzwiach pojawił się kpiąco uśmiechnięty Marler. Minął go, oparł się o
ścianę, wsadził papierosa do kościanej cygarniczki, zapalił.
-Mieliśmy ciekawą przygodę... - zaczął.
-Przygodę? To był koszmar!
-Opowiem wam, co się stało. Monico, notuj, przygotujemy od razu raport
dla Tweeda.
Rozdział 32
rowadził Marler. Pojechali na małe prywatne lotnisko na obrzeżach
Londynu. Jego właściciel kazał swoim ludziom wypchnąć maszynę
P
na pas.
Obaj założyli hełmy ze słuchawkami, podobno po to, żeby mogli
spokojnie ze sobą rozmawiać podczas lotu. Harry zrobił to bardzo niechętnie.
W ogóle nienawidził latania. Bez entuzjazmu zajął miejsce obok pilota.
Samolot ostro wzbił się w błękitne, prześwietlone złotymi promieniami
słońca niebo, na którym nie było ani jednej chmurki.
-Trochę rzuca...
-Przyjacielu, to bardzo spokojny lot. Rozejrzyj się tylko, co za wspaniałe
widoki!
-Doprawdy?
Marler zajął się mapą, sprawdzając właściwy kurs. Harry uparcie gapił się
przed siebie. Najwyższa Góra koło Peckham Mallet. Niedaleko domu
generała Macombera. Spojrzał na bladą, spoconą twarz przyjaciela.
-To nie potrwa długo - obiecał.
-Już mam wrażenie, że minęła wieczność.
-Odpręż się. Kiedyś leciałem tą zabawką do Prowansji. Na południe
Francji.
-Dzięki Bogu, że mnie z tobą nie było.
-Wez to i popij wodą z butelki, którą ode mnie dostałeś. Drama-mina. [ Pobierz całość w formacie PDF ]