[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Gdyby Billy miał odrobinę przyzwoitości, nie namawiałby mojej głupiej siostry do
ucieczki. Mógłby przecie\ inaczej...  Czekała, a\ Rex chwyci przynętę, ale on patrzył przed
siebie, niewzruszony jak kamień.
 Gdyby miał odrobinę rozsądku...
 Carrie! Ja wiem, \e kiedy jesteś zdenerwowana, to cię ponosi i musisz wypuścić
nadmiar pary, popieklić się. Proszę bardzo! Ale tak się składa, \e ja nie wiem, które z nich
nawarzyło tego piwa, które bardziej zawiniło, i powiem ci szczerze: guzik mnie to obchodzi!
Nagle spojrzał w lusterko i, niczego nie wyjaśniając, z piskiem opon zjechał na pobocze.
Zgasił silnik, a potem spojrzał na Carrie z po\ądaniem w oczach.
 Masz zamiar...  w jej głosie zabrzmiał prawdziwy lęk.
Nie miał zamiaru dalej udawać. Uwolnił ją z pasów bezpieczeństwa i przyciągnął
brutalnie do siebie. Oczy mu pociemniały, a napięte wargi odsłaniały białe zęby.
 Igrałaś ze mną przez całe dwa dni, księ\niczko! A teraz z twoich pięknych ust odbiorę
sobie nagrodę za świętą cierpliwość! Nawiązkę za wszystkie dobre słowa, którymi raczyłaś
mnie obsypać!
Zdrętwiała, kompletnie oszołomiona, nie stawiała \adnego oporu. Przydusił ją swoim
ciałem, przylgnął brutalnie do półotwartych ust i wbił w nie sztywny język  nie prosząc o
wzajemność, nie torując łagodnie drogi. To, co robił, nie miało nic wspólnego z pieszczotą,
miłosną grą. To była wojna bez wypowiedzenia, podświadoma zemsta za upokorzenia dwóch
ostatnich dni i za piętnaście lat jałowego \ycia. Odsunął się na milimetr, \eby złapać oddech.
Warknął niezadowolony. Carrie była jak drewno: nie walczyła ani te\ nie odwzajemniła
pocałunku. Ale Rex nigdy w \yciu nie czuł się tak zbuntowany, gotowy zedrzeć z niej maskę
i zmusić do reakcji. Jakiejkolwiek, byle runęła ta przezroczysta ściana między nimi, byle
dowiedzieć się, co naprawdę czuje jego Carrie, kiedy on odchodzi od zmysłów.
 Rusz się, kochanie, otwórz buzię i pocałuj mnie. Widzisz, do czego mnie
doprowadziłaś? Teraz będziesz grzeczna, taaak...
Carrie pociemniało w oczach. Oddychała szybko i niespokojnie, jakby porwała ją grozna
fala cudownego podniecenia. Wyciągnęła ramiona. Jego język wypełnił ją, czuła, jak się
rozpycha i prę\y, a ona odpowiadała pieszczotą na pieszczotę. Nie słyszeli trąbienia
samochodów, świstu powietrza, niczego. Dwoje dorosłych ludzi, którzy zapomnieli o bo\ym
świecie na poboczu ruchliwej autostrady w sobotnie czerwcowe popołudnie. W pościgu za
inną parą zakochanych...
Rex ju\ wiedział, gdzie się zaczyna i gdzie kończy jego świat. Carrie, odkąd ją poznał,
była częścią tego świata i częścią jego samego. Przez piętnaście lat znosił pogodnie tę
świadomość, nie tracił nadziei. I nie na darmo!
 Przepraszam  powiedział markotnie, podniósłszy głowę  nie lubię zachowywać się jak
narwaniec, ale to był jedyny sposób, \eby cię uciszyć.
 Następnym razem powiedz po prostu, \ebym się uciszyła. A nu\ zrozumiem!
Znów zły na siebie za głupią odzywkę, wewnętrznie rozdygotany, włączył kierunkowskaz
i bardzo ostro\nie wśliznął się na autostradę. Być mo\e ta wyjątkowa ostro\ność uratowała
im \ycie chwilę pózniej.
Rex dostrzegł to w bocznym lusterku. Jakby z wnętrza ołowianej chmury, prosto ku nim,
zmierzała czarna, wirująca trąba powietrzna. Ponad konarami drzew wznosiła się i opadała w
obłąkańczym tańcu, wsysając tumany piasku, gałęzie  co się dało.
 Jezu!  wrzasnął przerazliwie i, nie odrywając ręki od klaksonu, wjechał z powrotem na
pobocze. Krzycząc do Carrie, \eby padła na ziemię, silnym uderzeniem ciała otworzył swoje
drzwi i niemal w tej samej sekundzie znalazł się po drugiej stronie samochodu  zanim ona
pomyślała o pasach bezpieczeństwa. Uwolnił ją jednym ruchem i wyciągnął na zewnątrz.
 Nurkuj do rowu!
Dopiero teraz zorientowali się wszyscy. Rozległo się wycie klaksonów i pisk hamulców.
Niektórzy kierowcy dodawali gazu, jakby chcieli przed tym uciec, inni stawali w miejscu jak
wryci, większość zje\d\ała na bok.
Poraził ich ogłuszający, przeciągły gwizd  jakby startującej rakiety albo odrzutowca.
Rex wepchnął Carrie do rowu i przykrył własnym ciałem. Kiedy złapali pierwszy oddech,
było po wszystkim. Trąba powietrzna pomknęła z wiatrem na północ.
śadne z nich nie potrafiłoby powiedzieć, czy spędzili w cuchnącym rowie minutę czy
kwadrans. Serce Carrie biło jak oszalałe. Rex uniósł się na łokciach, a potem przewrócił na
bok. Słyszała jego cię\ki oddech. A więc \yją... Oboje.
 Kochanie, ju\ po wszystkim. Otwórz oczy.
 Rex, czy to było naprawdę... to, o czym myślę?
 Tornado? Owszem. Gdyby było inaczej, wyszedłbym na cholernego głupka, pakując cię
do tego ścieku i łamiąc kości. Nic ci nie jest?
 Kości całe. Czuję się zmaltretowana, ale ręce i nogi mam w porządku. A ty?
 Dobrze. Najgorsze, \e cuchniemy jak skunksy.  Podał jej rękę. Otrzepali się, wytarli
trochę z błota i rozejrzeli wokół... Dopiero teraz dotarło do nich, jak wiele mieli szczęścia.
Porozbijane samochody, le\ąca na boku cię\arówka, jakiś ładunek zawieszony na sośnie.
Kilkanaście wyrwanych drzew, aluminiowe turystyczne krzesełko owinięte wokół słupa
telegraficznego. Krajobraz po bitwie.
 Zmówmy dziękczynny paciorek i zbierajmy się stąd  zachrypiał Rex.
Minąwszy siedem moteli z kompletem gości, zatrzymał się przy ósmym, wyjątkowo
rozległym, który nie zniechęcał przy wjezdzie tabliczką  Brak wolnych miejsc .
 Poczekaj, kochanie, jeśli i ten jest pełny, wynajmę hol albo słu\bówkę!
Tym razem nie było mowy o oddzielnych pokojach. Ani on, ani ona nie chcieli być sami.
Kiedy Rex zniknął za oszklonym wejściem do recepcji, Carrie miała ochotę pobiec za nim jak
dziecko, byle tylko nie zostać w samochodzie. Przypomniała sobie jednak o zabłoconym
ubraniu. Nie była nawet pewna, czy utrzymałaby się na nogach.
Dojechanie do tego miejsca zajęło im a\ dwie godziny. Przebijali się przez zatarasowane
odcinki drogi, pomagając wszędzie tam, gdzie proszono o pomoc. Najbardziej potrzebna
okazywała się męska siła, ale scena, w której Rex kołysał przera\one, maleńkie dziecko albo
uspokajał histeryzującego sześciolatka, wprawiła Carrie w szczere osłupienie.
Nie mogli wyjść z szoku. Carrie, na co dzień związana z ziemią, z przyrodą, nigdy dotąd
nie oglądała na własne oczy tak potę\nego \ywiołu, jego bezwzględnie niszczycielskiej siły!
Co innego ulewa, która niszczy pszenicę, ale jednak przynosi deszcz... Nigdy dotąd nie czuła
się tak bezradna. I nie miała pojęcia, co znaczy śmiertelny lęk. Gdyby nie było z nią Rexa...
Ale był. I wiedział, co trzeba robić! Uratował ją i siebie. [ Pobierz całość w formacie PDF ]