[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ginie w tumulcie, jaki robią arabscy robotnicy. Cieszą się, bo praca zbliża się do końca.
Pieniądze, duże pieniądze, są w zasięgu dłoni.
 Niczego nie dotykać! Proszę niczego nie dotykać! Nie ruszać nawet centymetra
tkaniny, dopóki wszystko nie zostanie sfotografowane, narysowane i obmierzone.
Takie są prawa. Odkrycie na miarę grobu Tutenchamona. Schodzi fotograf. Prosi
wszystkich o opuszczenie ciasnej przestrzeni. Jego jasne jak słoma włosy przesłaniają
Agacie widok. Nieostrożnie klęka i w tej samej chwili słyszy cieniutki brzęk rozbijanego
szkła. Czuje, że zamiast kuli w kieszeni ma okruchy. Tak, kula, nie ze szkła, lecz z krysz-
tału, rozpada się od nagłego uderzenia na milion drobinek. I jeden duży odłamek. Agata
sięga do kieszeni. Na dłoni lśni błękitny kamień. A wokół poczerniałe pod wpływem
powietrza płatki śniegu. Mała figurka dziewczynki stacza się po pochyłości i ginie w ot-
chłani. Agata oszołomiona kładzie kamień na skale. Lśni w blasku słońca. On  Malach
Ha-Mavet. Niewyobrażalnie piękny od przefiltrowanych promieni. Oszałamiający.
Agata słyszy czyjeś pospieszne kroki. Kamień znika w jej zaciśniętej dłoni.
 Masz go, tak?  Jacques Trever pochyla się nad nią. Mógłby ją zepchnąć w ot-
chłań jednym silnym ciosem. Nie może tego zrobić. Straciłby siedemnaście milionów.
Agata cofa się. Dalej już nie ma gdzie. Trever wyciąga rękę. I błyskawicznie cofa ją.
Dlaczego? Stukot końskich kopyt na skalistej platformie. Biały burnus odkrywa długą
arabską strzelbę. Za pasem lśni zakrzywiony kindżał. Trever unosi kask, chustką ociera
mokre czoło. Robi krok do tyłu. Prawie nad swoją głową ma końskie kopyta.
 Jesteś głupia  szepcze.  Głupia.
 Ktoś inny rządzi tą pustynią, prawda?  Agata oblizuje słonawe wargi. Nie czuje,
że diament zranił jej palce.
 Pustynią zawsze rządzi śmierć!  Trever odchodzi, uważnie przyglądając się za-
kutanemu w burnus Arabowi.
Tak. Pustynia rządzi się własnymi prawami. Tu, u zbiegu ludzkich interesów, za-
wsze walczyły ze sobą przeróżne plemiona. Nikt nie wie, co kryją odwieczne piaski:
ropę, miedz czy inne cenne minerały. Allach jest wielki. Lam Allach il al Allach, wa
Muhammad rusul Allach. Tak zaczyna się każda sura Koranu  świętej księgi muzuł-
manów. Bo Koran, jak Talmud i Biblia tworzą  ludzi Ksiąg.
102
Agata znów czuje ciepło pulsujące z kamienia. Diament w jej dłoni zdaje się pęcz-
nieć, zamiast chłodu  emanuje gorącem. Spogląda w dół: fotograf skończył pracę.
Zwija sprzęt. Samantha i Aurelia dyskutują z architektem i rysownikiem. Przez chwilę
szkielet samotnej królowej wystawiony jest na słoneczny blask. Teraz! Jakaś potężna siła
każe jej zsunąć się w dół i o włos minąć stopami najeżone, ostre odłamki skał. Tuż pod
osłoną sterczącego ukosem głazu dokładnie widzi brunatną czaszkę obciągniętą wysu-
szoną skórą. Oczodoły, w których lśnią drobiny kwarcu, i prawe przedramię z kośćmi
dłoni. Są jak wypreparowane: nadgarstek ze zbyt luzną złotą, poszarzałą od upływu
czasu, bransoletą. Nie wie, jak się to dzieje, ale jej własna pięść rozwiera się, błękitny
diament pada wprost na ciemne piszczele. Agata słyszy za plecami ostry krzyk Aurelii
i skowyt wydobywający się z gardła Trevera. Czyjeś kroki, potknięcie, ciężki upadek
ciał. To, co się dzieje w ułamku sekund, zapamięta do końca życia: oto brązowe kostki
poruszyły się, palce królowej zaciskają się na diamencie, który kruszeje, znika, zanurza
się w piasku, niczym błękitne drobiny szkła. Szkielet bieleje w ostrym świetle błyska-
wicy przecinającej skalisty grób. Grzmot huczy w rozpadlinach, potęgowany świstem
wichury. Piasek wiruje, zasypuje oczy, zatyka usta. Agata czuje, jak czyjeś ramiona obej-
mują ją wpół i wyciągają z pękających skał. W piaskowej burzy ledwie widzi znikające
sylwetki ludzi. Nie słychać ich krzyków, tylko bezgłośnie poruszające się usta. Jak na fil-
mie, gdy wyłączy się dzwięk. Aoskot i wstrząs górotworu. Ziemia usuwa się spod koń-
skich kopyt. Agata przyciska twarz do białego burnusa i zdaje się całkowicie na łaskę
losu. Już nie widzi nic. Tylko łoskot kopyt, rżenie konia i cichy głos przemawiający do
przerażonego zwierzęcia:
 Rich! Jallaaa!
Rich po arabsku znaczy wiatr.
Gdy się budzi z długiego snu, jest ranek. Zdumionym wzrokiem wodzi po zielon-
kawych ścianach namiotu. Jest inny niż ten, który jej przydzielili archeolodzy. Jej nagie
ramię nosi ślady zadrapań. Ale czuje się czysta i świeża. Siada na posłaniu, przestra-
szona i jednocześnie szczęśliwa. %7łe żyje.
 Czy mi się to wszystko śniło?  szepce sama do siebie.  Nie! Przecież wciąż je-
stem na pustyni. Czuję ją.  Obok, na inkrustowanym wielbłądzią kością stołku, leży
jej odzież. Stoją wysokie skórzane buty.  Kto mnie rozebrał? KTO?
Płachta odchyla się. Wysoki Arab w białym burnusie i zawoju zbliża się, Agata krzy-
żuje ramiona na piersiach. Nie zna zamiarów syna pustyni. Wciąga nozdrzami zapach.
Znajomy zapach. Jej usta wydają okrzyk:
 JFK!
 Głupie babsko  mruczy mężczyzna, obejmując jej gołe ramiona.  Mogłaś zgi-
nąć w czasie trzęsienia ziemi!
103
 Skąd się tu wziąłeś? Kiedy?
 Przyleciałem razem z tobą Cessna. W arabskim przebraniu, ze sztuczną brodą. To
nie żarty, mała! Oni za wszelką cenę chcieli upiec dwie pieczenie: odkryć grób królo-
wej, największe zwycięstwo współczesnej archeologii, sława i chwała dla nauki, ale także
zdobyć diament.
 Wiedzieli, że go mam? Skąd? Przecież nawet ty...
Zdjął bawełniany zawój. Robiło się gorąco. I nie musiał już udawać syna pustyni.
 Zbyt szybko uciekłaś z Krakowa.  Jego palce gładzą z czułością rude pasma wło-
sów sklejone piaskiem.  Na drugi dzień rozmawiałem z twoją matką. Bała się o ciebie.
Powiedziałem jej, że grozi ci śmiertelne niebezpieczeństwo...
 Mama też nic nie wiedziała.
 Ale się domyśliła, że znalazłaś coś pomiędzy rzeczami w starej komodzie.
Poleciałem samolotem do Warszawy...
 A twoja urocza kuzyneczka Lieselotte?
Skrzywił usta. Jego dłonie wciąż błądziły po jej szyi i ramionach. Jakby nie wierzył, że
żyje, że ją wyrwał śmierci... ciemnym mocom.
 To ona wszystkim kierowała. Niepohamowane szaleństwo. Obsesja. Dla niej nie
liczyło się ludzkie życie. Nawet mąż, profesor Tschudi, nie potrafił zapanować nad jej
chciwością.
 Kazała zabić? Tamtych? Ona... nie Bilqis?
 Oczywiście, że ona. Wynajmowała przeróżnych zbirów. Obłąkana z powodu
kamienia. Profesor nie o wszystkim wiedział. Kochał ją. Nie domyślał się, dlaczego
młoda i piękna wyszła za starca. Ale w Polsce popełniła błąd: zaufała nazwisku Keller.
Skontaktowała się ze mną. Chciała układu: pół na pół. Wszystko już było zorganizowa-
ne. Mój lot do Kairu także. Za tobą.
 Myślisz, że dotrzymałaby słowa?
 Nigdy. Jest szalona, choć o tym nie wie. Nie odmówiłem. Bałem się o ciebie.
Powiedziałem Lieselotte, że nie interesują mnie pieniądze, tylko prawa do książki.
Jestem przede wszystkim reporterem.
 To koszmar.
 Nie. Z koszmaru można się obudzić. Z klinicznej śmierci  nie. Bałem się o cie-
bie. Ona miała wszędzie swoich ludzi.
 W Polsce też?
Skinął głową.
 Cały czas czułem za sobą czyjeś oczy. Nie, nie jestem przewrażliwiony. Ale użyłem
pewnych metod. Kuzyneczka jest skąpa. Podstawiłem jej cinkciarza z fałszywymi pie- [ Pobierz całość w formacie PDF ]