[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nił Barbarę, a zdesperowana młoda sekretarka ukradła naszyjnik, by zapewnić przyszłość
odrzuconemu przez Blackstone'a dziecku. Wypisał na kartce kolejne daty: urodzin Bria-
ny i Marisy, przyjęcia urodzinowego Ursuli i rok przyjęcia córek Barbary do ekskluzyw-
nej prywatnej szkoły. Zapewne nie przypadkiem zbiegło się to z momentem nabycia
przez ojca Temany Sullivana różowego diamentu. Wszystko ułożyło się bez trudu w lo-
giczną całość. Także rozpad jego małżeństwa. Do tej pory wierzył, że zawiódł Marisę
jako mąż, skupiony na pracy nie dostrzegł jej potrzeb i problemów. Przypisywał sobie
całą winę i uważał się za niezdolnego do stworzenia wartościowego związku. Teraz jed-
nak ujrzał wszystko w nowym świetle. Na długo zanim się poznali, Marisa żyła w kłam-
stwie, z piętnem dziecka odrzuconego przez własnego ojca. Jakoś jednak przekonała go
do siebie, sądząc po ogromnej, wartej wiele milionów kolekcji klejnotów, które jej zapi-
sał w testamencie. Człowiek pokroju Howarda nie obdarowywał w ten sposób kochanek.
Tylko więzy krwi mogły go skłonić do takiej hojności. Matt gotów był się założyć o każ-
de pieniądze, że to stary Blackstone namówił Marisę do rozwodu i wystąpienia o wy-
łączną opiekę nad synem. A teraz, gdy nie mogła się już bronić, powiązanie z Howardem
niszczyło jej reputację. Przynajmniej to był jej winien - musi udowodnić, że nie miała
romansu z Howardem.
Jednak same zdjęcia nie wystarczą. Trzeba nakłonić dzieci Blackstone'a do udo-
stępnienia mu materiału genetycznego ojca. Tylko badanie DNA może udowodnić ponad
wszelką wątpliwość, że Marisa była córką Howarda. Niestety relacje pomiędzy Ham-
mondami a Blackstone'ami pozostawiały ostatnio wiele do życzenia, a wziąwszy pod
uwagę, że niedługo przejmie ich rodzinną firmę, nie mógł liczyć na ich wolę współpracy.
Zresztą lata pracy w trudnym biznesie nauczyły go, że czekając, nic się nie osiąga. Trze-
ba walczyć o rzeczy, na których nam zależy.
- Matt, nie śpisz jeszcze? - Na dźwięk głosu Rachel Matt oderwał wzrok od zdjęć i
spojrzał w stronę drzwi do gabinetu.
Stała tam owinięta w puszysty szlafrok, z rozczochranymi włosami i śladem po-
duszki odciśniętym na zaróżowionym od snu policzku. Jego ręka sama wyciągnęła się w
kierunku jej twarzy, ale w ostatniej chwili opanował się, chwycił szklankę z whiskey i
zacisnął na niej mocno palce.
- Rozważam pewną teorię.
- Teorię? - Rachel podeszła bliżej i zauważyła zdjęcia rozłożone na biurku. - My-
ślałam, że wynik badania DNA Blake'a rozwiał twoje wątpliwości. - Dotknęła zdjęcia
Marisy, które przyniósł z biura.
Na jej twarzy pojawiło się lekkie zdziwienie. Matt ciekaw był, czy dostrzegła to, co
on?
- Nigdy nie widziałam tego zdjęcia.
- Miałem je w pracy. Myślę, że Blake się ucieszy, jeśli postawię je w jego pokoju.
- To świetny pomysł - przytaknęła Rachel, nadal marszcząc w zamyśleniu czoło i
bacznie przyglądając się zdjęciu. - Nie zauważyłam wcześniej, że jej linia włosów układa
się w taki sam kształt jak Blake'a.
- Ja też o tym nie pomyślałem, może dlatego, że rzadko odsłaniała czoło. - Obser-
wując Rachel uważnie, Matt przesunął zdjęcie Marisy tak, by leżało tuż obok fotografii
Howarda.
- O rany, czy mnie oczy nie mylą? - Rachel chwyciła oba zdjęcia i podniosła, by
się im lepiej przyjrzeć.
- A co widzisz? - Matt ciekaw był, czy podobieństwo jego żony i największego [ Pobierz całość w formacie PDF ]