[ Pobierz całość w formacie PDF ]

- Jak się czuje? Co jej dolega? Gdzie teraz jest? -
bombardowałam Fartun pytaniami, a ona patrzyła na mnie ze
smutkiem.
- Wiem tylko, że matce dokucza bardzo silny ból brzucha.
Wydaje się, że nikt nie potrafi jej pomóc. Może tylko leżeć w
łóżku. Ma trudności z jedzeniem. Bardzo mnie to martwi.
- Zabierzemy ją z Somalii, a w Wiedniu znajdziemy dla
niej dobrego lekarza. Wszystko będzie dobrze.
Płakałyśmy, tuląc się do siebie.
Kiedy usiadłyśmy do herbaty, zjawił się pewien
mężczyzna. Został mi przedstawiony jako mój kuzyn Hasan.
Był naprawdę miłym i otwartym Somalijczykiem. Miał około
dwudziestu pięciu lat. Nic nie mówił, ale przytakiwał
Dirhanowi.
- Hasan przywiezie twoją matkę z Somalii - powiedział
Dirhan - ponieważ wie, jak się tam poruszać.
Głos Dirhana był bardzo ciepły. Już na lotnisku odniosłam
wrażenie, że mogę mu ufać.
- Somalia jest bardzo niebezpiecznym, pozbawionym
rządu krajem, w którym panuje bezprawie. Dużo się jednak
zmieniło - wyjaśniał Dirhan.
- Co na przykład? - zapytałam.
- Czy widziałaś film Helikopter w ogniu?
Słyszałam o tym filmie. O ile dobrze pamiętałam,
opowiadał o krwawych walkach w centrum Mogadiszu w
1993 roku. Somalijscy partyzanci walczyli z amerykańskimi
żołnierzami. Była to brutalna walka, w której śmierć poniosły
setki ludzi. Fotografie dwóch nagich amerykańskich żołnierzy,
których wleczono po ulicach Mogadiszu, obiegły cały świat.
Zdjęcia te stały się powodem, dla którego Stany Zjednoczone,
a nieco pózniej Organizacja Narodów Zjednoczonych nie
zrealizowały swego celu - przekształcenia Somalii na wzór
zachodniego modelu państwa. Oddziały amerykańskie i ONZ
opuściły kraj, po czym władzę przejęli lokalni watażkowie.
Wojna domowa toczyła się dalej.
- Z zasady nie oglądam filmów wojennych, a tym
bardziej, kiedy ich akcja toczy się w mojej ojczyznie -
odpowiedziałam.
- Sprawy już tak nie wyglądają - powiedział Dirhan
spokojnym głosem. - Zakrwawieni partyzanci istnieją jedynie
na filmie. Nie znaczy to że nie dzieje się nic złego, ale ludzie
w Mogadiszu prowadzą teraz stosunkowo normalne życie.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - przerwałam mu.
- No cóż, w Mogadiszu kwitnie handel, są kafejki
internetowe, sklepy z telefonami komórkowymi, a nawet
fabryka coca - coli. Elektrownie dostarczają prąd, dzięki
czemu działa kilka kanałów telewizyjnych i telekomunikacja.
Są setki szkół, w których młodzi mężczyzni mogą się uczyć
angielskiego, matematyki i obsługi komputera. Jest nawet
kilka szkół dla dziewcząt.
Dirhan zauważył moje zdumienie i niedowierzanie.
Próbował zatem wyjaśnić mi to szerzej.
- Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale niemal
każdy mieszkaniec Mogadiszu ma telefon komórkowy.
- Nieustannie słyszę o głodzie w Somali, a ty mówisz, że
każdy Somalijczyk ma komórkę?
Spojrzał na mnie z dezaprobatą.
- Opowiadam o Mogadiszu. W stolicy nie ma głodu. Nie
spowodowała go nawet panująca w kraju susza. Głód jest
problemem na obszarach, gdzie koczownicy i rolnicy czekają
na pomoc Zachodu. Nauczyli się, że nie ma sensu uprawiać
ziemi czy zajmować się stadami. Wolą udać się do punktów
pomocy, w których mogą otrzymać żywność pochodzącą z
zagranicy.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Potwierdzało się
tylko to, co zawsze mówiłam:  Przestańcie zrzucać worki z
ryżem na ziemie zamieszkane przez moich afrykańskich braci
i siostry, ale pozwólcie im stanąć na nogi. Afryka potrzebuje
nowego ducha. Musi się nauczyć, w jaki sposób może sama
utrzymać się przy życiu".
- Przez tysiące lat wiedzieliśmy, że musimy przygotować
się na susze. Nauczyliśmy się robić zapasy na ciężkie czasy.
W rejonach, gdzie pomoc zagraniczna nie może dotrzeć ze
względów bezpieczeństwa, głównie z powodu porwań i
okradania transportów przez oddziały lokalnych watażków, w
tych miejscach ludzie nadal potrafią polegać sami na sobie -
powiedział Dirhan. - Tsunami było dla Somalii znacznie
gorsze niż susza, spowodowało setki ofiar śmiertelnych. [ Pobierz całość w formacie PDF ]