[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ałości, jak dziewczyna znająca świat. Poczęs-
towałem jej ojca szklanką ponczu; Duni podałem
filiżankę herbaty i zaczęliśmy rozmawiać w trójkę,
jak gdybyśmy się znali od wieków.
Konie były już dawno gotowe, a mnie wciąż
jeszcze nie chciało się rozstać z poczmistrzem i z
jego córką. Pożegnałem się z nimi wreszcie; ojciec
życzył mi szczęśliwej drogi, a córka odprowadziła
do bryczki. W sieni zatrzymałem się i poprosiłem,
by pozwoliła się pocałować. Dunia się zgodziła...
Wiele mogę naliczyć pocałunków.
Od czasu, gdy się tym zajmuję, lecz ani jeden
nie pozostawił mi tak trwałego i tak przyjemnego
wspomnienia.
Minęło kilka lat i okoliczności przywiodły mnie
na ten sam trakt, w te same okolice. Przypom-
niałem sobie o córce starego poczmistrza i
ucieszyłem się na myśl, że znów ją zobaczę. Lecz
 pomyślałem sobie  stary poczmistrz został
pewno już przeniesiony gdzie indziej, Dunia za-
pewne wyszła za mąż. Myśl o śmierci kogoś z
nich również przemknęła mi przez głowę, tak że
zbliżałem się do stacji *** ze smutnym przeczu-
ciem. Konie stanęły przed domkiem poczty.
Wszedłszy do pokoju poznałem natychmiast
obrazki przedstawiające historię syna
132/220
marnotrawnego; stół i łóżko stały na dawnych
miejscach, ale w oknach zabrakło kwiatów, a
wszystko wokoło było zniszczone i zaniedbane.
Poczmistrz spał okryty kożuchem; mój przyjazd
obudził go  wstał... To był ten sam Symeon
Wyrin, ale jakże się postarzał! Podczas gdy za-
bierał się do przepisania mojej karty podróżnej,
przyglądałem się jego siwiznie, głębokim
zmarszczkom na dawno niegolonej twarzy, zgar-
bionym plecom  i nie mogłem się nadziwić, jak
trzy lub cztery lata zdołały zmienić żwawego
mężczyznę w słabowitego starca.  Czy mnie
poznajesz?  zapytałem go  jesteśmy starymi
znajomymi.  Być może  odpowiedział ponuro.
 Tu wielki trakt; wielu podróżnych bywało u
mnie.  Czy zdrowa jest twoja Dunia? 
ciągnąłem. Starzec zachmurzył się.  A Bóg ją
tam wie  odpowiedział.  Pewno wyszła za mąż?
 zapytałem. Starzec udał, że nie słyszy mego py-
tania i w dalszym ciągu szeptem czytał mą kartę
podróżną. Przerwałem pytania i kazałem nastawić
imbryk. Zaczęła mnie dręczyć ciekawość i miałem
nadzieję, że poncz rozwiąże język memu staremu
znajomemu.
Nie pomyliłem się: starzec nie odmówił za-
ofiarowanej szklanki. Zauważyłem, że rum
rozproszył jego ponurość. Przy drugiej szklance
133/220
stał się bardziej rozmowny; przypomniał sobie,
czy też udał, że mnie sobie przypomniał i usłysza-
łem z ust jego opowieść, która podówczas bardzo
mnie zainteresowała i przejęła.
 A więc znał pan moją Dunię?  zaczął.
 Któż by jej nie znał? Ach, Dunia, Dunia! Cóż
to była za dziewczyna! Ktokolwiek przejeżdżał,
każdy ją chwalił, nikt nie zganił. Panie obdarzały
ją  jedna chusteczką, inna kolczykami. Panowie
podróżni umyślnie zatrzymywali się, niby to zjeść
obiad czy kolację, a doprawdy tylko po to, aby na
nią dłużej popatrzyć. Zdarzało się, że pan, nawet
najgrozniejszy  cichł przy niej i łaskawie ze mną
rozmawiał. Uwierzy mi pan, że kurierzy, feldjegrzy
zatrzymywali się na całe pół godziny, żeby z nią
porozmawiać. Na niej opierał się cały dom: czy
posprzątać, czy ugotować, wszystkiemu nadążyła.
A ja, stary dureń, nie mogłem się napatrzyć, nie
mogłem się nacieszyć. I jakże ją kochałem, jak
chuchałem na moje dziecię; czy zle jej tu było?
A no nie, od nieszczęścia człek się nie odżegna;
co komu sądzone, to go nie minie.  Tu zaczął
szczegółowo opowiadać o swym nieszczęściu.
Pewnego razu, trzy lata temu, w zimowy
wieczór, gdy poczmistrz liniował nową księgę, a
córka jego za przepierzeniem szyła sobie
sukienkę, podjechała trójka i podróżny w cz-
134/220
erkieskiej czapce, w wojskowym płaszczu, otulony
w szal, wszedł do pokoju żądając koni. Wszystkie
konie były w drodze. Na tę wieść podróżny pod-
niósł głos i nahajkę, ale Dunia, która przywykła
do takich scen, wybiegła zza przepierzenia i up-
rzejmie zwróciła się do przejezdnego z pytaniem:
czy nie zechciałby czegoś zjeść? Zjawienie się Du-
ni odniosło swój zwykły skutek. Gniew podróżnego
minął; zgodził się czekać na konie i zamówił ko-
lację. Gdy zdjął mokrą kosmatą czapkę, odwinął
szal i zrzucił płaszcz, okazał się młodym smukłym
huzarem z czarnymi wąsikami. Rozsiadł się w
mieszkaniu poczmistrza i zaczął wesoło rozmaw-
iać z nim i z jego córką. Podano kolację. Tym-
czasem przybyły konie i poczmistrz rozkazał, aby
natychmiast, nie nakarmiwszy, zaprzęgnięto je do
kibitki podróżnego, ale gdy wrócił, znalazł
młodzieńca leżącego na ławce prawie w nieprzy-
tomnym stanie: zrobiło mu się słabo, rozbolała
go głowa, nie mógł dalej jechać,.. Nie było rady!
Poczmistrz ustąpił mu swego łóżka i
postanowiono, jeśli stan chorego się nie poprawi,
nazajutrz rano posłać do S*** po lekarza.
Następnego dnia huzar czuł się jeszcze gorzej.
Służący jego pojechał konno do miasta po lekarza.
Dunia obwiązała mu głowę chustką zwilżoną
octem i siadła szyjąc sukienkę przy jego łóżku.
135/220
Chory w obecności poczmistrza jęczał i prawie
nic nie mówił, pomimo to jednak wypił dwie fil-
iżanki kawy i jęcząc zamówił obiad. Dunia go nie
odstępowała. Co chwila chciał pić i Dunia po-
dawała mu kubek z przygotowaną przez siebie
limoniadą. Chory, zwilżał usta i za każdym razem,
zwracając kubek, na znak wdzięczności osłabłą
ręką ściskał dłoń Duni. Koło obiadu przyjechał
lekarz. Zbadał puls chorego, pomówił z nim po
niemiecku i po rosyjsku, oznajmił, że. chory musi
mieć spokój i że po jakich dwóch dniach będzie
mógł ruszyć w dalszą drogę. Huzar wręczył mu
dwadzieścia pięć rubli za wizytę, zaprosił na obi-
ad, lekarz się zgodził; obaj jedli z wielkim
apetytem, wypili butelkę wina i rozstali się bardzo
ze siebie zadowoleni.
Minął jeszcze jeden dzień i huzar zupełnie się
ożywił. Był nadzwyczaj wesoły, bez przerwy żar-
tował to z Dunią, to znów z poczmistrzem; wyg-
wizdywał pieśni, rozmawiał z przejezdnymi, wpisy-
wał ich karty podróżne do księgi pocztowej i tak
przypadł do gustu dobremu poczmistrzowi, że już
na trzeci dzień szkoda mu było rozstać się ze
swym uprzejmym lokatorem. Była niedziela; Du-
nia wybierała się na nabożeństwo. Huzarowi po-
dano konie. Pożegnał się z poczmistrzem, hojnie
wynagrodziwszy go za pobyt i gościnę; pożegnał
136/220
się również z Dunią i zaofiarował się, że ją pod-
wiezie do cerkwi, która znajdowała się na skraju
wsi. Dunia stała ogarnięta wątpliwościami... 
Czego się boisz?  rzekł do niej ojciec  przecież
jego wielmożność nie jest wilkiem i nie zje ciebie;
przejedz się do cerkwi.  Dunia siadła do kibitki
obok huzara, służący skoczył na kozioł, woznica
gwizdnął i konie popędziły.
Nieszczęśliwy poczmistrz nie rozumiał, jak
mógł sam pozwolić swojej Duni pojechać razem
z hurazem, jak mógł ulec podobnemu zaślepieniu
i co mu wtedy padło na umysł. Nie minęło pół
godziny, a na duszy zrobiło mu się tak ciężko
i niepokój opanował go do tego stopnia, że nie
wytrzymał i poszedł na nabożeństwo. Gdy zbliżał
się do cerkwi, ujrzał, że ludzie zaczęli się już roz-
chodzić, ale Duni nie było ani za murem
cerkiewnym, ani w kruchcie. Z pośpiechem wszedł
do cerkwi: pop wychodził zza ołtarza, diak gasił
świece, dwie staruszki modliły się jeszcze w kącie,
ale Duni w cerkwi nie było. Nieszczęśliwy ojciec z [ Pobierz całość w formacie PDF ]