[ Pobierz całość w formacie PDF ]

choć nikt nie potrafiłby zasnąć w takiej chwili, nie byłem pewny, czy starczy mi sił na mękę świętowania! Po raz
wtóry próbowałem uświadomić sobie to, co się stało  historyczny moment, jedno z największych wydarzeń w
dziejach świata, przełom i tak dalej  ale na próżno. Moja głowa stała się areną przemieszanych myśli i
obrazów. Bateria armat, taka jak ta, przy której garbiłem się na pokładzie działowym, wydała mi się teraz
symbolem milionów ton starego żelastwa, walającego się po kątach cywilizowanego świata  teraz nikomu już
niepotrzebnego: rdzewiejące armaty, które nadadzą się najwyżej na od- bijacze, muszkiety i kule muszkietowe
sprzedawane jako kurioza, szable, mój wspaniały kordelas. Spis żelastwa i ołowiu, jaki powstawał w mojej
głowie, zdawał się nie mieć końca. A jeszcze te świeżo wybudowane okręty, których teraz nikt już nie zwoduje!
Muszę wyznać, że ogarnęła mnie wielce dziwaczna jak na taką okoliczność obawa. Na chwilę poczucie
rzeczywistości dotarło wreszcie do mej zmąconej świadomości. Nie był to pospolity, zwykły strach,
W taki, jaki przygwozdził mnie do desek pokładu, gdy usłyszałem pierwszy wystrzał  jak mi się zdawało 
sygnał do boju między dwoma statkami, ale strach powszechny, jakby strach na myśl o pokoju! Oto ludy
Europy i naszego kraju zostały zwolnione z prostego a zrozumiałego obowiązku walki za króla i ojczyznę,
co stanowi kolejne rozszerzenie owych swobód, które i bez tego zamieniły w chaos uporządkowane dotąd
życie społeczne. Powtarzałem sobie, że jako członek  klasy politycznej powinienem cieszyć się takim
rozwojem sytuacji, gdyż o wszystkim przestanie rozstrzygać śmiercionośny miecz. Teraz kolej na
polityków, nasza kolej, moja kolej! Ale świadomość tego zagościła w mym umyśle tylko na chwilę, po
czym znów ogarnął mnie zamęt. Nie kryję, że uroniłem kilka łez.
Z korytarza dobiegł mnie śmiech i pogwarki naszych dam, przechodzących obok mych drzwi w dradze na
pokład. Usłyszałem nawet, że panna Granham wykrzykuje:  A spódnicy nie da się już ani zaprać, ani
zreperować! Czas był najwyższy, bym i ja pokazał się na zewnątrz. Wkroczyłem na śródokręcie, pełne teraz
światła i ludzi, ogarniętych nie tyle szałem radości, co gorączkową krzątaniną. Oba statki powiązano już linami.
Alcyone była niższa niż nasz statek  różnica ta wynosiła niepełną wysokość jednego pokładu. Teraz
powierzchnia naszego małego świata rozszerzyła się  a ilu nowych ludzi! Dobry Boże, sam cesarz Chin nie
rządzi bardziej tłumnym i różnorodnym krajem! Ale oba  domy na falach rozdzielały swe załogi o kilka stóp.
Nasi oficerowie byli wyraznie niezadowoleni ze swych podwładnych, a podoficerowie, co zobaczyłem po raz
pierwszy, puścili w ruch baty, i to nie na żarty. Oczywiście, wszystkiemu zawiniła perspektywa rozluznienia
dyscypliny codziennej służby, którą uświadomiono sobie po kilku chwilach całkowitego rozprzężenia! Przypo
mniałem sobie  dość samolubnie, wyznaję  że można teraz powiesić broń na kołku i znów kierować się
zdrowym rozsądkiem. Wspiąłem się na rufę, a potem na mostek. Kapitan Anderson stał z kapeluszem w dłoni
przy relingu na bakburcie. Sir Henry Somerset, dżentelmen w pełnym umundurowaniu i o nieco nalanej twarzy,
uczepił się want bezana Alcyone, dzięki czemu dwaj kapitanowie znajdowali się na tej samej wysokości. Po
jednej stopie trzymał na każdej z dwóch wręg, siedział na trzeciej, czwartą dzierżył w prawej dłoni, w lewej zaś
kapelusz. Mówił:
 ...do Indii, z pilnym rozkazem zaprzestania walk. Może zdążę na czas, by nie dopuścić do niezłej
siekaniny! Niech to diabli porwą, jeśli mi się uda, proszę pana, stanę się najmniej łubianym człowiekiem na
wschód od Suezu!
 A co słychać w Marynarce, sir?
 Och, mój Boże, nie ma dnia, by nie kazano rozpuścić kilkunastu załóg. Ulice pełne są marynarzy,
którzy nie mogą doczekać się żołdu i żebrzą. Nie miałem pojęcia, że mieliśmy na statkach tylu szubrawców! Tak
to już zawsze się dzieje, kiedy trafi się pokój, niech go szlag. Chwała Bogu choć za to, że niezle wyszliśmy na
tym, który zawarto! Ale kim jest ten dżentelmen?
Kapitan Anderson  trzymał dłoń tuż obok miejsca, w którym szabla Deverela niemal rozcięła reling na
pół  przedstawił mnie. Wspomniał mego ojca chrzestnego, mego brata oraz oczekujące mnie stanowisko. Sir
Henry był wielce łaskawy. Wyraził nadzieję, że zdążymy poznać się lepiej i że będzie mu dane przedstawić mnie
lady Somerset. Kapitan Anderson przerwał tę wymianę uprzejmości pomijając, jak zwykle, wszelkie formy
savoir-vivre u. Również, jak powiedział, cieszy się na spotkanie z sir Henrym i jego małżonką, ale teraz załodze,
przynaj-
mnie; je go załodze, należy się porządna nauczka.
Tymczasem...
Sir Henry przytaknął, opuścił się po wantach
z niedbałą zręcznością starego żeglarza i zwrócił się
do jednego ze swych oficerów.
Kapitan Anderson ryknął:
 Panie Summers!
Biedny Summers rzucił się biegiem ku rufie niczym prosty aspirant. W blasku świateł obu statków widziałem, że
jego zazwyczaj spokojna twarz jest teraz czerwona i mokra od potu, a tak bardzo śpieszył się do kapitana, że po
drodze rozepchnął kilku marynarzy. Uznałem, że nie licuje to z jego zwykłą godnością.
 Panie Summers, załoga samowolnie opuszcza statek!
 Wiem o tym, sir, i staram się jak mogę.
 Ale chyba nie dość! Widzi pan to? A to? Do diabła, człowieku, przecież okradną nas do ostatniej nitki!
 Cieszą się, sir...
 Cieszą się?! To przecież zwykła kradzież! Może pan ogłosić, że ostatni, który zejdzie z Alcyone, otrzyma
dwanaście batów, i obiecać to samo w imieniu sir Henry ego!
Summers zasalutował i pobiegł z powrotem. Anderson rzucił mi złowieszczy grymas, po czym zaczął
maszerować tam i z powrotem po mostku, z rękami założonymi do tyłu, obracając to w jedną, to w drugą stronę
swą kwaśną twarz. W pewnej chwili zatrzymał się przy przednim relingu i ryknął jeszcze raz. Summers
odpowiedział mu z forkaszte- lu} ale przez tubę.
 Sir, pan Askew złożył już w zbrojowni proch i lonty, a teraz odstawia tam kule.
Kapitan skinął głową i kontynuował swój marsz, który dziś nabrał niespotykanie szybkiego tempa. [ Pobierz całość w formacie PDF ]