[ Pobierz całość w formacie PDF ]

się należeć do kategorii pań, którymi pogardzał.
Uświadomienie sobie tego faktu podziałało na niego jak
zimny, orzezwiający prysznic. Westchnął i odrzucił kołdrę,
wstając z łóżka. Woda przestała płynąć. Carey wyszła spod
prysznica. Poczekał kilka minut, póki nie usłyszał, że mija jego
drzwi i wchodzi do swojej sypialni. Nie chciał ryzykować
kolejnego spotkania prawie nagiej Carey. Miał silną wolę, ale
nie był supermanem.
Mały zegar stojący na wysokiej, drewnianej komodzie
wskazywał szóstą trzydzieści. Poranne światło przesączało się
do pokoju przez zaciągnięte zasłony.
Przygładził sterczące włosy i przesunął dłonią po
nieogolonym policzku. Każdego ranka po obudzeniu nakazywał
sobie wkładać maskę - zimną, obojętną twarz, którą pokazywał
Carey, i dziś było tak samo. Z każdym dniem jednak coraz
trudniej było mu grać.
Lukę wziął z kuchni kubek z kawą, kilka tostów i wyszedł na
zewnątrz. Dostrzegł Carey z Tylerem w pustej zagrodzie przed
szopą. Carey zapinała klamrę siodła na małej, nakrapianej
klaczy o imieniu Sweetheart. Lukę pomyślał, że mogłaby zacząć
uczyć Tylera jazdy konnej na kucyku.
Jego synek siedział na płocie i wpatrywał się jak urzeczony w
Carey, chłonąc każde słowo z nauki, jaką mu dawała. Z dnia na
dzień przestał wyglądać jak dziecko z miasta. Lukę był
RS
47
zdumiony tą przemianą. Chłopiec miał na sobie dżinsy, koszulę
flanelową i nawet mały, kowbojski kapelusz zsunięty na tył
głowy - prezent od nowego przyjaciela, zastępującego mu
dziadka, Williego Jacksona.
Wbrew wcześniejszym obawom Luke'a, Tyler nie był wcale
samotny, mieszkając na farmie. Miał towarzyszy zabaw we
wnukach Jacksonów, które prawie każdego dnia były
zostawiane pod opieką dziadków na ranczu. Lukę nie miał
wątpliwości, że Tylerowi dobrze zrobi lato spędzone tutaj. Jego
syn wyglądał zdrowo i wydawał się być szczęśliwy. Pomimo że
czasem tęsknił za Emily, towarzystwo Luke'a było dla niego na
tyle atrakcyjne przez swoją nowość, że wynagradzało mu
nieobecność matki.
Carey także wyglądała dobrze. Nawet za dobrze, by dać
spokój jego myślom. Długie, piękne włosy nosiła splecione w
warkocz spadający na plecy. %7łółty podkoszulek był jego
zdaniem odrobinę zbyt obcisły, by go nosić przy mężczyznach,
którzy gapili się na nią bezwstydnie. Spojrzenie Luke'a
wędrowało po jej pełnych piersiach, szczupłej talii, a potem
wracało do lawendowej apaszki, którą zawiązała na szyi.
Wiedział, że to wygodne w czasie gorących dni podczas ciężkiej
pracy, ale dodawało też szczególnego powabu jej farmerskiemu
ubiorowi.
Westchnął. Umierał z chęci dotknięcia jej ciała.
Wypił duży łyk kawy, która ostudziła trochę jego zmysły.
Patrzył, jak Tyler zeskakuje z płotu i zbliża się do klaczy. Carey
tłumaczyła mu, jak ma podchodzić do konia. Luke zdenerwował
się na ten widok. Podszedł do nich i przywitał się.
Carey spojrzała na niego, a Tyler krzyknął:
- Hej, Luke, chcesz zobaczyć, jak jeżdżę na Sweetheart?
- Tak, oczywiście. - Stanął obok zagrody z rękoma w tylnych
kieszeniach dżinsów. Nie chciał niszczyć pewności siebie
chłopca i uczyć go strachu przed końmi. Lecz jego ojcowskie
serce podchodziło do gardła, gdy widział, jak syn, podsadzany
RS
48
przez Carey, wsiada na grzbiet konia. Nagle wydał mu się taki
malutki, a Sweetheart, nieduża, łagodna klacz, zdawała się przy
nim taka wielka i grozna.
Następnie Carey podała Tylerowi wodze i pokazała mu, jak je
trzymać.
- Mocno trzymasz go za uzdę, prawda, Carey? - Luke oparł
się o płot, pragnąc, by na niego spojrzała. - Nie chciałbym, żeby
ten koń się przestraszył i pogalopował razem z Tylerem.
Carey wybuchneła śmiechem.
- Sweetheart nie zaczęłaby galopować, nawet gdyby stodoła
wyleciała w powietrze.
Tyler też zachichotał. Sweetheart parsknęła i podrzuciła
głowę, jakby poczuła się obrażona.
- Lepiej sam go potrzymam - stwierdził Luke i lekko
przeskoczył przez balustradę.
Carey szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Zauważył z
bólem, że wyglądała na rozzłoszczoną. Mimo to nie zawahał się;
odebrał jej skórzane lejce i mocno je przytrzymał.
- Wszystko w porządku, Tyler? - spytał syna. Zerknął szybko
i sprawdził ułożenie stóp chłopca w strzemionach. - Jeśli nie
chcesz dziś jezdzić, to nie musisz. Możesz się tylko przez
chwilę przyzwyczajać do siedzenia w siodle i potem zsiąść.
- Jedzmy już - powiedział Tyler ochoczo. - Sweetheart musi
ćwiczyć - dodał, a jego słowa zabrzmiały jak wypowiedz Carey,
zauważył Luke.
Carey wydęła wargi w ledwie powstrzymywanym uśmiechu i
przeszła przez płot. Wiatr rozwiał kilka kosmyków jej włosów, a
słoneczne światło odbijało się w jej orzechowych oczach. W
oczach tygrysicy, jak określał je Luke. Czy kiedykolwiek
piękniejsza kobieta pojawiła się w jego życiu? Nawet jeśli tak,
to jej twarz znikła z jego pamięci przesłonięta przez śliczną
buzię Carey.
- Luke! Na co czekasz? - Głos Tylera przywrócił go do
rzeczywistości. Po raz kolejny sprawdził siodło.
RS
49
- Okrążymy koral raz czy dwa, wolno i spokojnie - powiedział
Tylerowi i zaczął prowadzić konia w żółwim tempie. - Nie chcę,
żebyś nabawił się siodłanej choroby.
- Siodłanej choroby? - spytała Carey z niedowierzaniem. Stała
z rękoma splecionymi na piersi i całą swoją postawą
manifestowała sprzeciw. Ale gdy Luke spojrzał jej
zdecydowanie prosto w oczy, potrząsnęła tylko głową i oddaliła
się.
- Zostawcie Sweetheart osiodłaną, gdy już skończycie.
Zamierzam na niej pojezdzić - powiedziała, idąc w stronę
stodoły. - Ma za mało ruchu.
Luke zrobił z Tylerem kilka okrążeń, ale pomimo usilnych
próśb chłopca nie pozwolił mu samemu trzymać wodzy. Z ulgą
dostrzegł, że ulubiony towarzysz zabaw Tylera, pięcioletni
wnuk Ophelii, Peter, przyszedł ze swoją babcią.
- Tyler! Przyszedł Peter! - zawołała Ophelia. Tyler jedną ręką
trzymał się siodła, a drugą pomachał
przyjacielowi. Ale jego zainteresowanie jazdą konną nie
trwało już dłużej niż było potrzeba, by Peter podziwiał go
siedzącego na końskim grzbiecie.
- Ja mam własnego konia. Jest o wiele większy niż Sweetheart
i ma na imię Bandyta - przechwalał się Peter.
Choć Lukę nienawidził oglądać swego syna upokorzonego,
tym razem uspokoił się, gdy zobaczył, jak Tyler zsiada z konia.
Gdy chłopcy odeszli w kierunku stodoły, ponownie zjawiła
się Carey.
Podprowadził klacz do płotu, przy którym stanęła Carey i
przywiązał do niego Sweetheart.
- Wiem, że nie mam prawa pouczać cię, co jest najlepsze dla
Tylera, ale uwierz mi, popełniasz błąd, chroniąc go w ten
sposób.
- W pierwszej sprawie masz rację. Nie masz prawa mówić,
mi, co dla niego dobre - odrzekł krótko.
RS
50
Carey zmrużyła oczy. Widział wyraznie, że jest dotknięta jego
odpowiedzią. Jednak zamiast odejść, kontynuowała
nieustępliwie:
- Przykro mi, że nie lubisz słuchać prawdy - powiedziała z
napięciem. - Ale jest różnica między pilnowaniem, by mały był
bezpieczny a łamaniem jego odwagi.
Jej ostatnia uwaga ugodziła go boleśnie. Lukę poczuł, że krew
pulsuje mu w głowie.
- Co ty o tym wiesz? Nie masz dzieci. Wpatrywała się w
niego przez chwilę.
- Ty też nie. W każdym razie tak twierdzisz. - Patrzyła na
niego pytająco.
Lukę spojrzał w dół i kopnął jakiś kamyk.
- Jestem za niego odpowiedzialny. I traktuję to poważnie.
- Może zbyt poważnie - mruknęła Carey.
- Jak już powiedziałem, to nie twoja sprawa, Carey. -
Wpatrywał się w nią jak urzeczony. Poczuł mieszankę złości,
frustracji i winy. Próbował kontrolować swoją złość, ale to była
wałka z góry skazana na przegranie. - I jeszcze jedna sprawa.
Właściwie to nie udzieliłem mu pozwolenia na rozpoczęcie dziś
lekcji jazdy konnej.
- Nie udzieliłeś? - prowokowała go.
- Chyba bym pamiętał!
- W takim razie musiałam cię zle zrozumieć. Zeszłego [ Pobierz całość w formacie PDF ]